Peru
Cerro Machupicchu

Discover travel destinations of travelers writing a travel journal on FindPenguins.

6 travelers at this place:

  • Day255

    Wanderung nach Santa Theresa

    May 8, 2019 in Peru ⋅ ⛅ 22 °C

    Tag zwei ist besser. Eine 22km lange Wanderung durch das wunderschöne Anden Panorama.

    Auf dem Weg machen wir bei einer Hütte Pause, wo uns traditionellen Produkte und Heilmittel, Zaubermittel der Region vorgestellt werden.
    Dazu gehört auch der Schnaps mit der Schlange drin und ja, wir haben ihn getrunken. Schmeckte nicht gut.

    Außer Mony sind in der Gruppe nur Männer. 5 Engländer, 6 Israelis, ich und der Guide. Die Engländer haben gerade die Schule hinter sich, sind um die 18-19 und haben dementsprechend power.
    Die Israelis sind ca Mitte 20, kiffen zwar andauernden, haben aber auch 5 Jahre Armee hinter sich.... Dementsprechend ist das Tempo. Marschtempo.

    Zum Glück sind wir im Moment richtig gut in Form und können nicht nur mithalten, sondern auch die wirklich einmalige Landschaft genießen.

    Wer allerdings nach der Hälfte auf dem Zahnfleisch kriecht ist unser Guide - Und das trotz der 2kg Koka, die er bis hierhin gekaut hat.
    Ab jetzt muss er voraus gehen "wegen der gefährlichen Schlangen " ;-)

    Pünktlich um 7pm kommen wir dann in Santa Theresa an. Genießen die dort gelegenen heißen Quellen und ein überraschend gutes Hotel.
    Read more

  • Day58

    Machu Picchu

    May 27, 2017 in Peru ⋅ ☀️ 29 °C

    Our final activity in South America was a trip to the infamous Machu Picchu! Nowadays this can be done easily by taking a train from Cusco and then a bus up to the site. However, the 'traditional' way is is to hike to Machu Picchu, now I am a man of tradition...(not really) but I like a challenge. So after some persuasion I managed to convince Susie to go for the hiking option . We opted for the Salkanty trek consisting of 70 ish Km over four days and the final day touring Machu Picchu itself. We delayed our departure for a few days as unfortunately after trying some local cuisine I had emmm...some stomach issues that would not have been helpful on a very lavatory sparse trek!!
    It started with an alarm set for 4am (a reoccurring theme unfortunately) and we were picked up from our hostel by a guide, and a very loud and annoying group of French people. We guessed they were drunk and judging by their behaviour over the next 5 days we were probably correct. Luckily though our big group was split into to two smaller ones, we were in the one without the frogs. Turns out our group was a great bunch and our guide was was a blast!!
    Day 1 lured us into a false sense of security as even Susie said that it was easy! That night though in paper thin sleeping bags and temperatures below zero was not fun!
    Day 2 was the biggie 24Km, 10 hours of walking, going up to an altitude of 4650 meters with stunning views! Well actually no! We took no pictures at the top because just before we got there a snow storm hit, pretty much a white out and it was freezing, we stopped long enough to look at the sign but didnt want to take our hands out of our pockets to get a camera out, there was a group photo taken which hopefully we will be able to get our hands on....so all in all it was a waste of a day!! The next few days passed with out incident really, but we did get to see some amazing scenery! The highlight obviously being Machu Picchu, a staircase up to it with over 1200 steps (I lost count) the sun even graced us with its presence for the first time in 5 days but worth it in the end! A great way to finish the 4 day trek and celebrate Susie's birthday. Other highlights included seeing a toilet with a toilet seat AND paper! Having a shower for the first time in 4 days (even if it was cold) and having a drunken party on the night of day 3, which we regretted massively at the 5am wake up call!
    In all seriousness it was a great experience which I thoroughly enjoyed! For Susie, well
    in her words "I enjoy the satisfaction of completing the trek, I mean I wouldn't do it again, and am not going to take it up as a hobby, but I'm happy to be finished it. "
    Oh well!!! But given that it could have been quite a strained few days for us, it wasn't and she did fantastically well, even though it may not have been her first activity choice!
    Next stop NZ we shall see you on the other side!
    Read more

  • Day18

    Inca trail, dżungla i gorące źródła

    August 18, 2018 in Peru ⋅ ⛅ 16 °C

    Wyjazd o 5 rano. Dzięki uprzejmości gospodarzy suchy prowiant w ramach śniadania do ręki przed podróżą. Nowy busik zjeżdża punktualnie, a w nim Sylwia, i dołączająca do nas na ostatnie dwa dni Patrycja z Gallway w Irlandii. Jesteśmy ledwie przytomni że zmęczenia, ale Patrycja ma gorzej - wyruszyła z Cuzco o 2 nad ranem...
    Ale widoki warte są wszelkich poświęceń. Wschód słońca nad Andami jest po prostu boski. I tu, po raz kolejny, odsyłam do zdjęć 😁. Mimo męczącej choroby wysokościowej, a może lokomocyjnej, na jednym z postojów odprawiamy Sun Salutation, (czy raczej wolną interpretację tejże) wykorzystując jogę do rozciągnięcia zmaltretowanych po trekingu mięśni.
    Na szczęście nie płoszy to Patrycji, najwyraźniej nasze poczucie humoru jest dopasowane 😁.
    Po 4.5 h jazdy ciągle w dół docieramy do dżungli wysokiej ( OK. 1500 m npm), i po raz kolejny wita nas znak "Inca trail" nie wiedząc czemu ozdobiony czaszką jakiegoś wcale nie małego przeżuwacza, zapewne lamy. Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją - a może memento mori?
    I bez przygrywki, ruszamy ostro w górę. Pełne słońce, wilgotność powietrza jakieś 200% (tak naprawdę ok. 65%), a ze względu na komary i meszki mamy długie rękawy i długie nogawki. Do rozpuszczenia jeden krok - a każdy jeden pod górę. Roślinność nie jest co prawda aż tak rozbuchana jak (wyobrażamy sobie) w dżungli niskiej, ale i tak bije na głowę wszystko co widzieliśmy do tej pory. Kawa, awokado, mango, papaje i ananasy rosną w zasadzie jak chwasty. Do tego plantacje koki (niby nielegalne, ale nikomu nie zależy, żeby je likwidować) i roślinki przypominające wyglądem marihuanę.
    Mijamy gospodarstwo agroturystyczne, w którym turysci uczą się wytwarzać czekoladę, i mimo tesknego wzroku M'n'Ms pniemy się dalej w górę. Po dwóch godzinach naprawdę morderczego marszu, wypiciu całej wody, i wyczerpania wszystkich pomysłów podniesienia morale, docieramy na szczyt. Tam wita nas gospodyni z mrożonymi sorbetami z mango, za które oddalibysmy lekka ręką duszę. Na szczęście gospodyni życzy sobie tylko 1 sol za sorbet, zachwyceni staramy się więc rozsądnie sączyć je po odrobinie, a nie pożreć w całości. Kiedy po sorbetach i odpoczynku w cieniu powoli wracamy do siebie, a M'n'Ms odzyskują normalne kolory, kolejna niespodzianka. W raju sorbetowym, przy stole w ogrodzie pod markizą, z widokiem ( blisko) na dżunglę, kwiaty i motyle, a (dalej) na horyzoncie na Andy, będziemy jeść obiad, przygotowany przez sorbetowwą gospodynię.
    Smakuje rewelacyjnie, zresztą nie ma się co dziwić, wszystko właściwie z ogródka lub dżungli, sweżuteńkie. A sceneria tylko poprawia apetyt.
    Po obiedzie droga prosto w dół, do naszego busika, który częściowo przez bezdroża zawodzi nas do ciepłych źródeł. Mimo tego, że jeszcze niedawno dalibyśmy się posiekać za zimny prysznic dla ochłody, perspektywa relaksu w ciepłej wodzie zwycięża, i już po chwili wszyscy zanurzamy się w najcieplejszym basenie.
    Na zakończenie dnia kolejna niespodzianka. Busik dowozi nas do zakończenia drogi, dalej tylko na piechotę. Jak mówi Sylwia - bez problemu, to tylko 2 godzinki. "Zapomina" tylko dodać, że w te 2h mamy przejść 10 km z pełnym obciążeniem...a jest prawie 5 po południu...
    Start wyjątkowo paskudny - ostro pod górę. Po 20 min ostrej wspinaczki dysząc i promieniując ciepłem wychodzimy na trasę. I tam dopiero zaczyna się rzeczone 10km.
    .
    .
    .
    Daliśmy radę :) choć pod koniec z desperacji śpiewaliśmy w głos szanty, i planowaliśmy gry komputerowe. Za to bonusem były świetliki rozbłyskujące w ciemnościach na zakończenie naszej bohaterskiej wędrówki, które nie dość, że pięknie przywitały nas a Agua Calientes, to jeszcze odwróciła uwagę od marszu w krytycznym momencie.
    Do hotelu musieliśmy jeszcze przedrałować przez całą długość Agua Calientes ( a długie jest) i oczywiście pod górkę.
    Dlatego informacji, że pobudka o 3, żeby stanąć w kolejce do autobusu przed 4 rano nie przyjęliśmy z entuzjazmem....Aż widząc nasze wymęczone miny Sylwia zgodziła się przesunąć start o 15 min...
    Padamy do łóżek, z założeniem przespania jak najdluzszego czasu, a tu ledwie przykładamy głowę do poduszki, nad nami stuk...stuk stuk.....stuk stuk stuk...stuk stuk... I chwilą ciszy. OK, ktoś coś upuścił, śpimy. A tu stuk... Stuk stuk...stuk stuk stuk....
    Po 5 razie Wojtek nie wytrzymuje, i idzie sprawdzić co się dzieje. Wizja stukow przez cała noc jest z lekka przerażająca.
    Okazuje się, że właściciel hotelu robił pranie, a ze mu się nudziło, to dla urozmaicenia grał w kosza...
    Uff, wreszcie cisza, idziemy spać
    Read more

You might also know this place by the following names:

Cerro Machupicchu

Join us:

FindPenguins for iOS FindPenguins for Android

Sign up now