Peru
Los Organos

Here you’ll find travel reports about Los Organos. Discover travel destinations in Peru of travelers writing a travel blog on FindPenguins.

6 travelers at this place:

  • Day2

    Widok na Pacyfik

    August 2 in Peru

    Les tortuguitas bungalows - bajkowe miejsce nad oceanem. Choć kiedy dotarliśmy tam taksówką z Talary, oboje z Wojtkiem mieliśmy nietęgie miny. Uliczka z zaschniętej gliny, baraki z gliny/ tektury/ dykty, pojedyńcze zdezelowane półciężarówki i wiatr przetwierający śmieci z jednej strony na druga. Dwie bramy do naszych "bungalowów" to z jednej strony żelazne ciężkie wrota zamknięte na cztery spusty, z drugiej krata. Kierowca taksówki też miał wcale nie wesoła minę, zastanawiając się co ma zrobić w takim miejscu z dwójką gringos z dziećmi.... Ale za kratą znalazł się gospodarz, który wprowadził nas na taras, z którego widok roztacza się wprost na Pacyfik. Dokładnie jak na zdjęciu na booking.com. I to co z zewnątrz prezentuje się jak barak z zaschniętej gliny, w środku jest bungalowem z bambusa, z tarasem, ogrodem i kuchnią. Dokładnie jak na zdjęciu... Jeden problem, że w łazience tylko zimna woda, ale jesteśmy w stanie to przeżyć....
    O 8 padamy na twarz (jednak jet lag robi swoje) a za oknem słychać osławione fale przyboju. Miejsce jak z bajki - mimo pierwszego wrażenia.
    Read more

  • Day3

    Rozmówki hiszpańskie

    August 3 in Peru

    Pobudka o 5.00, nie, żeby ktoś nas budził albo była potrzeba, po prostu jet lag. Wczoraj odkryliśmy, że wybieranie się w te strony bez znajomości hiszpańskiego jest nie tylko nieeleganckie, ale najzwyczajniej w świecie - głupie. Zakupione rozmówki hiszpańskie, zapewniające, że w 7 dni opanujemy podstawy, są równie pomocne jak dajmy na to książka telefoniczna (mogę spokojnie konwersować o tym ile mam braci i sióstr, ale zapytanie o drogę do sklepu mnie, i rozmówki, przerasta). Na szczęście istnieje Google translator (to nie jest reklama, ale gdyby Google chciał nam coś zapłacić, czemu nie ;)) i dzięki temu od wczoraj wiemy nie tylko jak dotrzeć do sklepu, ale i to że rano dostaniemy śniadanie. Co prawda gospodarze patrzą się na nas z lekkim rozbawieniem jak każde ich słowo wstukujemy w komórkę, ale cel uświęca środki.
    Z tarasu czekając na śniadanie podziwiamy pelikany i albatrosy (chyba albatrosy) które walczą o resztki połowu wyrzucone przez rybaków do wody i zastanawiamy się jak najlepiej zabrać się za wykonywanie planu zwiedzania - czyli pływanie z żółwiami, oglądanie wielorybów i wycieczka do lasów mangrowcowych. Oczywiście nasza nieznajomość hiszpańskiego nie ułatwia zadania, lekka ręką - 100 do skuteczności.
    Read more

  • Day3

    Pływanie z żółwiami

    August 3 in Peru

    Po śniadaniu z widokiem na Pacyfik rozpoczynamy zwiedzanie. Przed wejściem do bungalowów wita nas wielki znak: agencja turystyczna "David Tours". Licząc na anglosaskie korzenie właścicieli ufnie decydujemy się sprawdzić co i jak. Anglosaskie korzenie są jedynie w nazwie, więc cóż, dziękujemy Ci Google. Wiemy już ze chodzi nam o tortugas, i ballenas, zaczynamy też mieć opanowane liczebniki... Trochę drogo wychodzą te liczebniki, postanawiamy szukać dalej. Jak się okazuje, pływać z żółwiami można 200 m od nas (i od agencji turystycznej) - wstęp na molo i kamizelki po 4 sole od osoby... Tak, czytaliśmy w przewodnikach, że dla turystów wszystko jest drożej....
    Żółwie są niesamowite - przyciągają je na przynętę z wypatroszonych ryb (obrzydliwe w dotyku, niestety wiemy już z osobistego doświadczenia), więc przypływają stadami i mają w żołwim nosie to że banda oszalałych ludzi robi wszystko żeby je posmyrać. Jako bonus są ławice obłędnie kolorowych rybek, które roją się wokół żółwi (i rybiej padliny). A przy wejściu, na wielkim posterze, stoi napisane (po hiszpańsku, a jakże), że żółwie (tortugas) są roślinożerne (herbivorus). Najwyraźniej te tutaj nie czytały posteru, albo jak my nie znają hiszpańskiego ;-). M'n'Ms zachwycone żółwiami, ławicy rybek, także zwabionych kanibalistyczną w przypadku rybek padliną, chyba nie dostrzegają z przejęcia, a i padlina im niespecjalnie przeszkadza, chcą więcej i więcej żółwi, najlepiej gdybyśmy w ogóle nie wychodzili z wody od tych obłędnych olbrzymów. Bo, zapomniałam dodać z wrażenia, te zółwie są spokojnie wielkości człowieka. Chyba jednak po zastanowieniu wolałabym żeby były roślinożerne.
    A po pożegnaniu z żółwiami można podziwiać pelikany i albatrosy (czarne?????) rojace się po drugiej stronie pirsu. Na wyciągnięcie ręki i bez lornetki (i niestety bez aparatu który na wszelki wypadek został w pokoju). Trzeba będzie wrócić jeszcze do pelikanow....
    Read more

  • Day4

    Pobudka o 7 rano - i wyruszamy na bezkrwawe łowy wielorybnicze. Jesteśmy z siebie dziko dumni bo udało się nam wynegocjować 25% niższa cenę (oczywiście po hiszpańsku, w liczebnikach jesteśmy coraz lepsi), i jednocześnie przerażeni, czym my za te 25% taniej popłyniemy.
    Ale na pirsie tłumy, wszyscy ładują się do łódek, więc chyba wszystko w porządku. Nasz sternik opowiada dużo (po hiszpańsku), rozumiemy że muchos ballenas i moj bonita - czyli że ma być dużo i ładne. No to super.
    Płyniemy tylko z 40 minutowym opóźnieniem, jako że kilka osób się spóźnia. W sumie to ładnie ze strony sternika, że poczekał. W okół stada pelikanów, tak pokracznych kiedy startują i lądują, że człowiek zaczyna wątpić w siłę ewolucji. Do tego jakieś inne ptaszydła nurkujące z wysokości 5-10m pionowo w dół, i wynurzające się nie tylko żywe ale z ryba. Do tego majestatycznie kołujące nad nami albatrosy i coś co z braku wiedzy nazwijmy umownie mini kondorami morskimi. Kształt całkowicie kondorowy, tylko wielkość nie ta, jakieś 1.20 m rozpiętości skrzydeł kiedy Wiki mówi ma być prawie 3 m.
    OK, ptaków jest zatrzęsienie, ale nam dziś chodzi o wieloryby. Muchos i moj bonita. Z plaskaniem ogonami, skokami nad wodę i ogólnym baraszkowaniem w stadzie.
    Przewodnik i sternik po skończeniu wykładu przepatruja horyzont oraz wody bliższe i dalsze w poszukiwaniu sobie tylko znanych znaków zwiastujacych wieloryby. Inne łódki już na horyzoncie, ale płyną dalej, czyli wielorybów póki co brak.
    Co chwilę albo sternik albo przewodnik machają w podekscytowaniu ręka, na co cała ekipa zrywa się z ławeczek i nastawia aparaty - żeby za chwilę opaść z rozczarowaniem.
    Ale, po kilku falstartach, nareszcie - jest! Grzbiet wieloryba, jak żywy. Są również 4 inne łódki w okolicy, które rzucają się w kierunku ballena, więc ten uznaje, że trochę mu za tłoczno i przechodzi w pełne zanurzenie. Ale zaraz są następne, a nasz sternik wydusza co się da z silnika, i odstawiamy innych, żeby napawać się widokiem, (grzbietów) wielorybów w samotności. Wrażenie prawdę mówiąc niesamowite, wielkość tych grzbietów i nosów jest porażająca i wzbudza w człowieku zupełnie pierwotny zachwyt. Jest też chwytająca za serce para cielaka z mamusia (cielak był wielki, ale mamusia....wooow) - i niestety to już koniec.
    Przewodnik stwierdził że było muchos enough i wracamy. Dopiero teraz zdajemy sobie sprawę jak daleko od brzegu wypuściliśmy się w takiej łupince.
    Read more

  • Day5

    Upiorne noce dyskotekowe

    August 5 in Peru

    Oprócz wrażeń podróżniczych, Los Organos również niestety zapewnił nam krótki kurs jak raj zamienić w piekło. Czwartkowej nocy do snu kołysały nas fale przyboju, a w piątek o 22 ze snu (cóż, jet lag) wybudził nas łoskot i dudnienie dyskoteki - za ścianą. Subwoofer, beat, disco peruwiano pełna parą ZA ŚCIANĄ. Trzęsie się sufit, ściany, podłoga i łóżko. Decybeli nie liczę, myślę że poza wszelką skalą. Czary goryczy dopełnia fakt że wzdłuż całej długiej plaży jest to jedyna dyskoteka. ZA ŚCIANĄ . Otumaniony ze snu umysł próbuje tłumaczyć sobie i dzieciom, że weekend, że pewnie do 24, no 1 w nocy skończą. Gdzie tam...4 rano i dalej łup łup łup...a jutro sobota...
    PS w sobotę zaczęli o 7 i skończyli o 6 rano. W sumie dziwne, że po tym wszystkim jakoś funkcjonujemy...ale jak widać co ci nie zabije to cie wzmocni - w piątek nie dało się spać, w sobotę obudziliśmy się że 2 razy.
    Read more

  • Day98

    Pour rejoindre l'Équateur, quoi de mieux que du stop sur la mythique Panaméricain ?
    Pour ça, il faut déjà la rejoindre. Je prends donc un bus de nuit de Huaraz à Trujillo. Le premier jour se passe bien et je campe sur la plage de Los Organos au nord du Pérou.
    Le lendemain, ceviche de morues fraiches au petit déjeuner puis reprise du stop. Passage de frontière dans l'après-midi et arrivé à Machala pour la nuit.
    Ensuite, en bus cette fois-ci, je me rends à Montanita sur la côte équatorienne. Le bus prend plus de temps que prévu et je rate les vingt premières minutes de la finale de ligue des champions...
    On m'avait conseillé Montanita, mais une fois le match terminé, je me rends compte que c'est une ville très touristique, bonne que pour faire la fête.
    Vingt minutes de stop plus trad, je me retrouve à Las Tunas. Plage déserte à côté d'un petit village. L'occasion de ressortir enfin mon hamac. La dernière (et première) fois que je l'avais sortie c'était à Bariloche en Patagonie. Pour avoir l'impression de ne pas le transporter pour rien, je dors dedans cette nuit !
    Read more

  • Day272

    Peru ist nach meiner groben Planung das letzte Land bei dem ich mich nah am Pazifik bzw generell am Meer befinde daher musste ich na klar hier die Tauchspots abchecken. Gesagt getan und zack kam heraus das man in Lima oder Mancora tauchen kann. Somit war also nichts mit groß seelisch und moralisch auf den nächten tauchgang vorbereiten, vielleicht auch besser so. Das Tauchunternehmen Spondylus hat bis auf eine Bewerbung auch nur gute Kommentare bei Tripadviser. Das ist immer ein gutes Zeichen! Die eine schechte Bewertung ging auch eher um die schief gelaufenen Rabattverhandlung aber nicht um schlechtes Equipment oder so. Im Büro was zufälligerweise direkt gegenüber von meinem Hostal Palo Santo lag, erfuhr ich aber, das sie die Tage nicht rausfuhren konnten da die Marine von Los Organos den Anleger gesperrt hatte. Was ein Mist! Am Abend sollten Sie aber erfahren ob für den Folgetag der Hafen freigegeben ist. Somit stiefelte ich um 20 Uhr nochmals dahin. Auf der einen Seite hoffte ich das es klappen würde, da der Tauchspot eine stillgelegte Bohrinsel sein sollte, die seit 2011 außer Betrieb ist wegen zu starker Strömung. Inzwischen wohnen darauf Seelöwen sagte das Mädel im Büro. Auf der anderen Seite machte mich allein schon wieder der Gedanke nervös das ich am tag darauf vielleicht tauchen werde. Immer das gleiche! Ob sich das irgendwann mal legt? Schließlich wäre ich dann schon bei zehn Tauchgängen. Sollte doch spontan die Tauchexpidition abgesagt werden wollte ich nicht eine Woche bangen das meine Kreditkartenzahlkung storniert wurde. Bevor ich zusage musste ich nämlich eine Anzahlung leisten. Leider ist es was tricky in Peru mit dem Bargeld. In allen Ländern konnte man locker um die 300 Dollar abheben, manchmal leider mit Gebühr von drei bis vier Dollar, aber hier in Mancora ging nicht mehr als 100 Dollar mit satter gebühr. Traumhaft! Hoffentlich geht das nicht durch das ganze Land so! Auf ständig gedöhns mit Bargeld hatte ich eigentlich keine Lust zumal es bis jetzt immer gut geklappt hatte. Schlussendlich einigte ich mich mit dem Mädels im Büro eine Cashanzahlung zu leisten und am Folgetag wenn es dann wirklich losgeht alles per Kreditkarte zu zahlen, da sie keine Bearbeitungsgebühr erheben. Diese war nämlich schon manchmal so viel wie eine Essensration eines oder sogar zwei Tage, je nachdem wie man haushaltet. Nun hieß es etwas Frühstückkaufen da wir um 7:20 Uhr schon am Büro sein musste und ich leider dann mein Frühstück, was aus einem Brötchen etwas Butter, Marmelade und einem Spiegelei bestand, nicht mitnehmen konnte. Danach packte ich meine beiden Backpacks wie gewohnt schon total routiniert, ales hatte inzwischen seinen gewohnten Platz, zusammen. Nach dem Tauchgang wollte ich nämlich nach Piura, was so 3-4 Stunden Busfahrt entfernt war. Da wollte ich eine Nacht bleiben und tags drauf zu meinem eigentlichen Ziel Trujillo bzw dem Stadtteil Huanchaco, der am Meer liegt. Vor kurzem war in Peru ja ein schlimmes Busunglück daher dachte ich es ist vielleicht erstmal besser am Tag zu fahren zumal ich auch gerne was von der Landschaft sehen wollte. Nach dem PAcken ging es ins Bett da der Wecker um kurz nach 6 gehen sollte. Einschlafen lief auch noch gut aber dann kamen die Moskitos und ich kratzte mir einen WOlf die Nacht war aber auch zu faul und müde was dagegen zu unternehmen, Pech gehabt also! Als dann der Wecker ging war ich was gerädert aber dann kamen die Erinnerung und sofort die Aufregung. Daher bekam ich auch mal wieder nur drei kleine trockene Toast mit Marmelade, die ich noch vom Vortag vom Frühstück hatte, und eins mit einer kleinen Banane runter. Im Padibüro angekommen saßen schon die ersten und wartenden. Das Stromausfall meine Kreditkartenzahung verhindern könnte hatte ich bis dahin nicht eingeplant. Daher ging es erstmal zur Tour und Zahlen wollte ich danach. Mit einem kleinen Minivan ging es zum Hafen bzw genauer gesagt war es ein einfacherer Anleger. Auf der Fahrt saß ich bei Maria die ich tags zuvor schon im Büro kennen gelernt hatte. Sie kommt aus FInnland aber studiert momentan in Lima und war auf besuch in Mancora. Sie hat schon das Advanced Zertifikat sodass ich schonw as trauriig war das sie nicht mein Buddy sein wird. Schlussendlich sollte aber doch alles anders kommen was mich freute, da sie einen echt netten EIndruck machte und dadurch auch meine Nervosität was sank. Sie war total relaxt obwohl sie über ein jahr nicht mehr tauchen war - krass! Aus dem Minivan konnten wir eine tolle Landschaft bewundern. Sie erinnerte mich an den Film Beverly Hills Cops mit Eddy Murphy; leider weiß ich nicht mehr welcher Teil. Auf jeden Fall geht es um Schmuggel und die Abfertigung ist in Hallen einer Ölfirma. Diese steht in einem Wüstengebiet voller rot sandiger und trockener Landschaft. Drum herum kann man die Ölpumpen vereinzelt arbeiten sehen. Genauso war es dieses mal auch hier nur das ich sowas zum ersten Mal live sah und nicht im Film. Am Anleger angekommen wurde wir von hohen Wellen begrüßt und mutten beim hinunterklettern der Leiter um ins Boot zu gehen aufpassen das wir nicht von diesem ans Pier gedrückt wurden. Sachen über die man sich vor dem tauchzertifikat auch keine Gedanken macht kam mir da nur in den Kopf. Als wir alle im Boot waren wurde auch schon die Anwesenheit geschickt, auch ein sehr gutes Zeichen. Dabei kam dann raus das ich mit Maria, Frank (beide Advanced) und der Instructorin Mag tauchen würde. Sofort hatte ich schon ein schlechtes Gewissen da ich mit meinem Open- Water zertifikat nur max. 18 Meter tief aber die Advanced bis zu 30 Meter tief dürfen. Beim Tauchen gilt aber immer die Regel innerhalb der Komfortzone zu bleiben somit die des "Schwächsten", somit mir. ich entschuldigte mich dann auch schon bei Maria aber sie nahm es locker und meinte ich soll mir keinen Kopf machen. Dann ging auch schon das Gewusel los. die Plattform sahen wir schon von weiten aber die BCDs waren noch nicht mal an den Tanks geschweige denn das wir Neoprenanzüge anhatten. Leider waren diese auch nciht vorbereitet also die passenden Größen zurecht gelegt. Das auf einem fahrenden Boot war na klar nicht so easy aber zum Glück waren wenigstens die Sauerstofftanks sicher fest. Und zack waren wir schon und wurden von zwei großen braunen Seelöwen begrüßt. Was für massige Tiere aber wie filigran sie ins Wasser springen und genauso wieder heraus und auf die Holzstreben klettern, verrückt! Zu unser allr Glück konnten wir auf die Entfernung auch einen rießigen Schwarm Delfine sehen die gefühlt geradewegs auf uns zu schwammen. Es waren gewiss um die 50 Stück aber ganz ehrlich, ihr wisst ja wie schlecht ich im schätzen bin! Dann ging es auch schon weiter mit Ausrüstung anziehen und schon kam ich ins grübeln wie viel Gewicht ich beim letzten Tauchgang hatte. Das wusste ich natürlich nicht mehr und somit wurde mal wieder geschätzt, stellte sich nachher aber als gar nicht so schlecht kalkuliert heraus. Dann ging es auch schon ratz fatz ins Wasser. Da merkte ich erst das wir gar keine Schnorchel hatten zu unseren Atemregulatoren, was nicht weiter schlimm, aber ungewohnt war. Weitere Sache war auch neu, die Luftdruckanzeige war in BAR und nicht wie ich sonst hatte in PSI. Schon hatte ich Angst das ich vergesse wie ich meine Druckanzahl unter Wasser dem Instructor anzeige aber wie immer hab ich mir zu viel Sorgen gemacht. Frank und Maria tauchten zuerst ab und Mag folgte mit mir und sobald ich unter Wasser war wurde ich auch wie sonst auch ruhiger, verrückt aber wahr! Dazu trug aber auch bei das wir an einem Seil abtauchten, da die Sicht und die Strömung schon stark war und ich dieses Mal auch nicht so Probleme hatte mit dem Abtauchen wie in Ecuador sondern nur bissl brauchte mit dem Druckausgleich auf den Ohren. Mag war aber geduldig. Auf 5 Meter waren nicht nur die Säulen der Plattform sondern auch ein Ring um diese sodass wir das gut als Anhaltspunkt nehmen konnten. Überall waren auch Leinen an denen man sich festhalten konnte. Das gab einem mehr Sicherheit bei der Strömung und vor allem war es für mich das erste Mal das ich nicht über oder neben etwas tauchte sondern auch zwischen den Säulen durch. ganz in der Mitte dieser allen fühlte ich mich auch nicht so wohl stellte ich dann fest. Mir reichte es schon einfach an einem Seil fest zu halten und von da aus den vielen Fischen zu zu schauen oder die Säulen mit den vielen Muscheln und Tiere zu betrachten. Erst war ich noch mit Mag unterwegs aber das änderte sich ganz schnell. Frank fühlte sich nicht wohl und wollte auftauchen. Erst dachte ich wir tauchen alle auf bis ich dann mal peilte das ich mit Maria unten bleiben wollte. Das mit dem Kommunizieren unter Wasser ist immer so eine Sache aber Maria hatte Mag sofort kapiert und war auch total relaxt. Als ich dann raffte das wir alleine unten bleiben war ich schon erst was nervös. Leider funktionierte meine Tiefenanzeige nicht und wir hatten beide keine Uhr und wussten nicht wie lange wir schon unter Wasser sind. Zumindest fiel mir dann ein das wir den "Ring" als Anhaltspunkt hatten da dieser auf 5 Minuten lag und wir da unseren dreiminütigen Saftystop machen mussten. Auch eine interessante Situation die ich so noch nicht hatte und die mich dazu lernen lies.Allein wie man mit seinen vielen Gedanken, Zwiefel und Ängste die bei einer ungewohnten situation unter Wasser aufkommen lernt um zu gehen. Maria übertrug aber so schnell ihre Relaxtheit auf mich das wir bald uns dort weiter bewegten und uns die Unterwasserweltansahen und Bilder mit ihrer GoPro machten. Auf einmal war auch Mag wieder da und meinte wir sollten auftauchen. Beide hatten wir aber echt noch viel Luft aber wussten ja nicht wie lange wir schon unten waren. Es war mal wieder beeindruckend wie wenig Luft Mädels brauchen. Wir hatten beide nicht mal die Hälfte der Tanks aufgebraucht und erst beim letzten Viertel hätten wir auftauchen müssen. Dazu kam aber das es langsam echt kalt wurde unter Wasser da wir nur 15 grad Wassertemperatur hatten bei der Tiefe. Oben wieder angekommen sagte Mag das wir mehr als 40 Minuten schon unten waren - es hat sich angefühlt wie 20 Minuten, verrückt! Und beide hatten wir noch 100 bar ca. übrig an Luft. Dafür das es schon wieder einiges Neues für mich war verblüffte mich das ich so wenig Luft gebraucht hatte. Mag war auch echt stolz auf uns und meinte wir hätten zwei Stunden unten bleiben können. EIgentlich atmet man ja schneller in ungewohnten/ neuen Situationen aber die Nervosität von morgens und der flaue Magen war komplett weg. Echt immer das gleiche bei mir! Zurück auf dem Boot machten sich die beiden DSD- Taucher fertig. Das sind die die noch nie getaucht haben, somit kein Zertigikat haben und 1:1 Betreuung haben beim tauchen. Sowas würd ich bei allem Respekt nicht machen! Leider habe ich ja auch den kompletten Backround nun im Kopf was da alles passieren muss! Wahrschienlich werden solche Klienten nach dem Motto, je weniger man weiß desto weniger gedanken macht man sich, abgefertigt. Ich bekam noch mit wie der Boss zu dem einen sagte er sollte sich einfach nur entspannen und atmen - haha! Nun ja, ich sonnte mich in der Zeit und genoß den erfolgreich abgeschlossenen ersten tauchgang. Frank erzählte uns das er sich nicht wohl gefühlt hat und daher abgebrochen hat. Er bekam nicht richtig Luft und wollte an die Oberfläche "und einfach einen atem nehmen", sagte er. ich weiß was er meint! Das erinnerte mich an meine ersten Tauchgänge und das man auf einmal in normaler Umgebung und an Land "bewusst" atmet also darauf achtet und sogar schaut wie tief man atmet anstatt es wie gewohnt unterbewusst zu machen. Das ist echt verrückt aber so ist es! frank hatte mir vorher aber noch seinen Atemregler gezeigt und er machte ein wenig Geräusche, wie die ganze Ausrüstung, war überall schon so einige Anzeichen zu sehen, dass diese schon viel gebraucht wurde. Kann auch gut sein das er sich bei dem gedanken zu sehr herein gesteigert hat und dadurch nicht gut Luft bekommen hatte. Man weiß nie aber er hat ja alles richtig gemacht! Safty first! Zwischen den Tauchgängen aß ich nur eine Banane und hoffte das es auch dem Muskelkater vom Joggen vom Vortrag noch Muskelkater half. Danach nur eine Aprikose und ein paar Kekse. Dann ging es auch schon zum nächsten Tauchgang. Mag wollte dieses Mal mit Frank abtauchen aber dann sollte er mein Buddy sein da sie mit Maria dieses mal was tiefer tauchen wollte. Die anderen hatten nämlich gemeint das ab 20 Meter die Sicht wesentlich besser wäre. Ich hoffte noch das Frank dieses mal keine Faxen haben werde als es schon wieder unter Wasser ging und da geschah es auch schon. Ich verlor meine eine Flosse und Frank bemerkte es nicht und half mir nicht. Ich wuselte im Wasser rum und wollte se einfangen aber bekam sie vor Aufregung nicht gefasst und dachte nur, dass sie gleich weg ist bei der Strömung. Mag war aber sofort zur Stelle, zum Glück! Ich bekam den Fin dann auch schon gefasst und sie half mir diesen an zu ziehen. Wieder eine Situation die ich so nicht hatte und zu bewältigen war. Nachher meinte Mag das sie sofort gemerkt habe wie ich etwas hyperventilierte und im nachhinein gab ich ihr recht. Dazu, das hatte ich noch nicht gesagt, bin ich nur mit 170 bar statt den normalen 200 bar an Luftdruck runter gegangen. Mein zweiter Tank war nicht komplett voll und Maria meinte erst sie können den nehmen aber da sie tiefer runter wollte mit Mag meinte ich das ich das schon manage. Vom tauchgang davor wussten wir ja das wir beide nicht viel Luft benötigten. Das aber so eine Situation kommt war nicht geplant daher war meine erste Reaktion zu schauen wie viel Luft mich das gekostet hatte aber wie ein Profi war alles im grünen Bereich. Sonst heißt es eigentlich das die kleinen dünnen Mädels fast keine Luft verbrauchen, welch ein Kompliment das ich mich nun auch dazu zählen konnte. Das überwunden gingen wir weiter runter und dann hangelte ich mich mehr oder wneiger auf 15 Meter mit Frank, dem großen Holländer mit blauen Augen, zirka so alt die wie 29 jährige Maria, von einem Seil zur anderen. Er sah nicht so relaxt aus und machte auch keinen großen Anstalten anderes aus zu probieren oder sich viel zu bewegen. Das wunderte mich etwas da er ja schon advanced war aber auch er hatte viel Zeit verstreichen lassen seit er das letzte Mal getaucht hatte.Mir wurde aber auch dieses mal wesentlich schneller kalt und bald kam auch schon Mag und Maria und wir sollten auftauchen. Das wunderte mich da wir echt alle noch viel Luft hatten. Schlussendlich verstand ich dann aber auch das es schon Mags dritter tauchgang war und sie immer kürzer nur unten bleiben durfte. Somit ging es auf 5 Meter und zum Safty stop wo wir noch etwas um die Holzringpfeiler schwebten und die Massen an Fische beobachteten. Leider konnten wir dieses mal nicht so die Farbprackt und - reflation genießen wegen der schlechten Sicht. Trotz allem habe ich bei den verschiedensten Situationen viel dazu gelernt! Als alle oben waren und das zeug verstaut war gab es noch ein paar Sprung. und Schwimmeinheiten vom Boot und einen letzten Blick auf die Seelöwen. nachdem das Abschlussbild geschossen wurde und der Chef unser Überlegen feierte waren wir uch schon wieder am Anleger. Dort kletterten wir wieder wie die Äffchen die Leiter hoch und versuchten den Wellen die das Boot schwer in Bewegung heilten zu entkommen. Dies geshcafft sagen wir nun die Meute an Leuten die mit Schwimmweste im Wasser am Seil schwammen und einige große Schildkröten fütterten. Das ist gewiss auch ein tolles Erlebnis! Als ich aber sah wie viel die Leute diese anfassten wurde ich schon wieder was sauer! Die armen Tiere! Ich ärgerte mich auch übe rmich selbst das ich mich und meine Bewegungen bei den tauchgängen nicht immer gut unter kontrolle gehabt hatte und mindestens einmal die Korallen bzw Muscheln was beschädigt hatte. Es lag enfach an der ungewohnten Umgebung und das es keine "freie Fläche" war wo wir getaucht hatten. Man musste ständig in alle Himmelsrichtungen sehen um zu wissen das man gegen nichst kommt. Das war echt nicht so einfach. Zurück im van ging es wieder an den Ölpumpen vorbei zum Büro. Eigentlich hatte ich Mega Hunger danach aber ich musste bezahlen und wollte duschen und das zögerte sich was hinaus. Zahlen ging nämlich nicht mit Karte weil weiterhin kein Strom da war also musste ich doch dann Bargeld auftreiben. Dies abgehandelt ging es zum Ticketschalter und wir hätten inzwischen 14 Uhr. Eig fahren alle 45 min Busse von Eppo von mancora nach Piura aber meiner , der nächste, sollte erst um 15 uhr fahren. Ich fragte ob es einen früher gibt aber gab es nicht. Also ging ich mit meinem Ticket zum Retauarant nebenana und orderte ein Sandwich mit spanischer chorizowurst. Du gab es ungelogen einen halben Liter papayasaft und das für in Summe 2 Euro also 9 sol. Während ich da saß fuhr ein Eppo - Bus los der gefühlt halb leer war. Warum ich aber auf den für 15 Uhr vertröstet wurde weiß nur der liebe Gott- an die Sitten hier in Peru muss ich mich noch gewöhnen. Sonst kenne ich es eher das der Bus bis unter das Dach voll gemacht wird. Nicht das ich bei der Hitze was dagegen hätte es mal anders an zu gehen ;-) Auf der Strecke stellte sich dann raus das die anderen Plätze schon verkauft waren und nach und nach voll wurden. In Piura angekommen verstand ich nun auch das System in Peru. Dort gibt es nicht einen Terminal mit allen Bussen und Transferunternehmen sondern jeder hatte seinen eigenen Terminal, was eine Logik. Je nachdem wohin man also will muss man zu einem anderen Terminal. Das nervte mich sofort schon aber was sollte man machen! Dazu war ich damit beschäftigt zu staunen wie krass schlecht echt die Straßen in Piura waren. Ingrid hatte mich zwar schon vorgewarnt aber das die aus so mega Schlaglöchern und Splitt bestanden hätte ich nicht gedacht. Bald sollte ich auch erfahren das vor einem jahr ein extremes hochwasser war das zig Straßen überflutet hatte. Die Reparaturarbeiten hielten bis jetzt also weiter an, oh mann,wie die Schlaglöcher und bedingungen die ich schon in Moldawien gesehen hatte. Zum Glück war es aber nicht in jeder Stadt so!Read more

You might also know this place by the following names:

Los Organos

Join us:

FindPenguins for iOS FindPenguins for Android

Sign up now