Spain
Valladolid

Here you’ll find travel reports about Valladolid. Discover travel destinations in Spain of travelers writing a travel blog on FindPenguins.

16 travelers at this place:

  • Day8

    Salamanca to Valladolid

    September 17 in Spain

    On the way to Valladolid we made a couple of detours, the first to see another castle which we did not expect to be open - but it was. Castillo la Mota was originally built in the 12C by the Moors but remodelled in the 15C by Isabela. It has spectacular walls and tower and looks just like a castle should. The second detour was to a town called Tordesillas which was supposed to have a pretty old Plaza Mayor but it was disappointing and dilapidated. This is the place where the Spanish and Portuguese signed a treaty deciding the world between them, with the boundary being the middle of the Atlantic, but the Portuguese managed to push the "middle" of the Atlantic far enough over that they could take Brazil as theirs!

    An unexpected bonus was another castle when we turned off the motorway to have our picnic lunch. Simancas castle was built in the 15C and became the state archive in the 16C and still is today.
    So far on this trip the countryside has been brown, mainly used for growing wheat, all now harvested. There have been many fields of sunflowers, not like Tim's 10ft ones but close packed 3 ft tall, all drying in the sun - obviously more of a sunflower oil area than olives. Today for the first time we saw cows - only a few grazing in a field, there is not much grass here. Also today for the first time we saw vines and passed the town of Rueda which grows excellent white wines.
    Once we arrived in Valladolid we did a bit of sightseeing. It is a pleasant town to wander around but does not have great 'sights'. They never bothered to finish the cathedral and it butts up against the old one in a jumble of stones. We wanted to eat early but had difficulty finding anywhere open before 8.30 but eventually found somewhere just round the corner from the hotel which was surprisingly good.
    Read more

  • Day9

    8 Cuena de Campos 46/288 km

    July 31, 2017 in Spain

    First 8 km were nice along the Canal de Castilla, then again across fields. Fortunately it was partly cloudy = not so hot. Part of the way I was running because I couldn't walk any more, but eventually I've arrived to the alberque in Cuena de C. at 18:30. The hospitalero just came from the albergue, so no problem with calling anyone. The albergue was big and nice, 6e. There were two another bike-pilgrims, but I've got a room for me alone. After nice hot shower, washing the clothes (except the socks - they were done) and some rest I went to a restaurant for dinner. No salad, so I've take cheese and a bottle of wine (10e). After the dinner I've watch the local teenagers playing basketball, fortunately it wasn't directly in front of the albergue.Read more

  • Day8

    7 Peñaflor de Hornija 36/242km

    July 30, 2017 in Spain

    First nice pinewood, than boring infinite fields. Nice castle in Simancas. Fortunately, because of the wind, it wasn't so hot.
    In Wamba I've got 2 jarras and some olives (first stop after 26km). I arrived at my planned destination (Peñaflot) at 16:30. First I've got a shock seeing a note at the door of the alberque, that it is closed (cerrado) from 30.7. to 13.8.! Next one is about 9km further.
    I went to a bar a asked (after una jarra grande) about the alberque. Fortunately there was a helpful woman who brought me to the mayor, who gave me the key. So, eventually I've got a very nice alberque (3e) for me alone.
    For a "dinner" I went to an another bar (there was at least 2 in the small village) : 2 beer + tappas + a glass of wine = 5.6e! The wine was too good, so I've ordered another glass; it was only 0.7e, incredible! And I've got some chips as well.
    My plan for tomorrow: either 23 or 47 km.
    Read more

  • Day7

    6 Valdestillas 34/206km

    July 29, 2017 in Spain

    The second part of today's walk was tiresome, but eventually at 16:30 I've arrived to Valdestillas, where I've got a nice room (25e) in a hostel.
    This is the 6th day = the half of my journey.
    After some rest I went to a bar for dinner (2 jarras + 6 tappas)

  • Day9

    8 Medina de Rioseco 24km

    July 31, 2017 in Spain

    Until 0:30 the place in front of the alberque was a meeting place for the kids of the village, so quite noisy, but then it was quiet and I slept well.
    I set off at 8:30 and arrived to Medina at 1pm - too early to stay here, so another 23 km to the next alberque. I bought some fruits and some drinks.

  • Aug12

    Dziś moja droga przebiega wzdłuż. Wzdłuż kanału, wzdłuż nasypu po nieistniejącej już linii kolejowej, wzdłuż rzeki. Z dala od miast, wsi i ruchliwych szos. Jedynymi towarzyszami pozostają zatem dla mnie zające (bądź króliki).

    Wychylają się z norek, nadstawiają zajęcze (bądź królicze) uszy, zastygają i, mniej więcej gdy dzieli nas już tylko pięć metrów, podrywają się do biegu, aby zniknąć w sąsiedniej norce, z której po chwili na nowo wysunie się para uważnych, zajęczych (bądź króliczych) uszu.

    Choreografia ta ciągnie się godzinami monotonnej wędrówki – pomnożona przez dziesiątki, a może i setki puszystych skoczków. Jest w niej coś ze sztafety – nowy lokator płoszy dotychczasowego mieszkańca norki, który bez zawahania rzuca się do kolejnej. Z daleka wygląda to tak, jakby cała łąką się ruszała, chcąc w moje ślady porzucić swoją dotychczasową lokalizację i poznać odległe krainy (a przynajmniej tę sąsiednią łąkę, za miedzą). Nie jest to jednak spektakl przygotowany specjalnie dla mnie – pobocze ścieżki jest wręcz zryte od zajęczych (bądź króliczych) norek.

    W zasadzie powinny to być zające. Wiadomo: żyją dziko i są nieco większe. Kto jednak mi zagwarantuje, że nie jest to jakaś enklawa dzikich królików, które, podobnie jak ich krewniacy z egzotycznych wysp, postanowiły skolonizować taki sobie bezimienny spłachetek łąki na pograniczy prowincji Segovii i Valladolidu? Również wielkość kicusiów na niewiele się zdaje: jak miałbym z tej odległości ją ocenić? Jedyny raz, kiedy spotkałem razem zająca i królika, był w muzeum historii naturalnej. Szkielety, owszem, potwierdzały istotne różnice anatomiczne. Niestety, jak na złość nie zabrałem ze sobą rentgenu, zresztą marny by był z niego pożytek przy tak zwinnych pacjentach.

    Dlatego niech już zostaną zającami (bądź królikami). Czymkolwiek są – artyści z nich przedni!
    Read more

  • Aug13

    Samotność (Valdestillas)

    August 13, 2016 in Spain

    Chociaż, jak wspomniałem na początku, te zapiski z podróży dotyczą tego co na marginesie, to co istotne pozostawiając niedopowiedzianym, dopuściłbym się poważnego przekłamania, gdybym nie poświęcił paru słów mojej nieodłącznej towarzyszce – samotności.

    Tak wyszło – nigdy tego nie planowałem i po dwóch tygodniach tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że nigdy świadomie bym do tego nie dążył – że ostatecznie w tym roku po raz pierwszy wyruszyłem w podróż sam. Nie byłoby to może aż tak dotkliwe, gdybym, jak w poprzednich latach, dzielił drogę z innymi przygodnymi pielgrzymami. Spotykalibyśmy się w kolejnych schroniskach, planowali następne postoje, uczyli się siebie, aby w końcu z nieukrywanym żalem się pożegnać. Jednak i tych pielgrzymów zabrakło – zostałem sam ze sobą – rekluz goniący horyzont otwartej przestrzeni.

    Doświadczenie samotności powracało do mnie falami, przywołując różne jej oblicza i strachy. Najpierw ta fundamentalna samotność, gdy zdaję sobie sprawę, że nigdy do końca nie zostanę przez nikogo zrozumiany. Jak bliskich więzi bym nie budował, jak wiele z siebie nie wylewał, w głębi zawsze pozostanę dla drugiego człowieka tajemnicą. Muszę ją sam w sobie znosić. Mogę starać się ją zagłuszyć, uciekać z siebie w ramiona drugiego. Jednak ta samotność będzie wracała. Dojrzałość, zdaje się, polega między innymi na przyjęciu tej chłodnej pani, z pełną świadomością, że jej ból nigdy nie stanie się rozkoszą.

    Mogę też, pokonany przez nią, popaść w jej inną formę. Obrazić się na ten podły świat, który nie chce mnie zrozumieć. Odrzucić strach przed samotnością, wybierając ją na złość. To samotność egoisty zmęczonego nadmiarem drugiego człowieka, który, nie przystając do mnie, bodzie w mój upór budowania świata na własną miarę. Nie chcę go więcej znosić. Niech chcę zestrajać z nim rytmu moich kroków. I wypieram się go, zostając z jedynym, od którego się nie uwolnię, a zarazem najniewdzięczniejszym z towarzyszy – sobą samym.

    Idę zatem, ucząc się mężnie wytrwać z tą pierwszą nieusuwalną samotnością, a opierając się pokusie fałszywej wiary, która rodzi samotność egoisty. Koniec końców, choć w żaden sposób nie unieważnia to bólu wewnętrznej pustki, wiem, że nie jestem sam. Idą ze mną dziesiątki, jeśli nie setki cichych towarzyszy. Modlę się za nich, wspominam, tęsknię. W myślach przewijają się łączące nas melodie, miejsca, cytaty. Raz po raz śmieję się do i z siebie.

    Uczę się dojrzałości, to znaczy nie wymagania od nikogo, by zapełnił moje braki. Nie potrzebuję was do niczego – chcę was na waszych warunkach. Zgadzając się na waszą wolność, zwracam ją samemu sobie – w tej szczególnej lekkości, jaką daje poprzestanie na owej skromnej chwili, którą dajemy sobie. Nie chcę szukać w niej niczego więcej niż bezinteresownej radości. Nabieram kolejny łyk gorzkiej samotności, szczepię się na zgorzknienie, bym tęsknym uściskiem nie zgniatał drugiego człowieka.
    Read more

  • Aug13

    Ziemia pól (Ciguñuela)

    August 13, 2016 in Spain

    Kończą się przyduszne lasy sosnowe. Gdzieś w międzyczasie umykają zaciszne strumyki i kanały. Przekraczam niewidzialną granicę i opuszczam ziemie rzeki Duero, stanowiącej przez wieki granicę między chrześcijańską a muzułmańską Iberią. Żegnam tę odrobinę cienia i wkraczam na tierra de campos, ziemię pól.

    Wita mnie zostawiony w okolicach Madrytu skwar. Nabrane przez te parę dni wytchnienia siły muszą mi wystarczyć. Uczę się więc od nowa potu, ślepoty i suchoty. Powraca bezsilna złość na oddalający się horyzont. Wieża kościoła skrywa się za niewidocznymi wcześniej pagórkami. Schodzisz w dolinkę, która wije się między nimi, z każdym zakrętem licząc na to, że wreszcie wyłoni się znajoma sylwetka budowli. A ona jest coraz dalej.

    W porannych godzinach, kiedy słońce pozwala jeszcze na beztroskie zwolnienie kroku i nieme podziwianie, daję się wciągnąć w ten fascynujący bezkres żółtych pól. Chciałbym nad nimi szybować, objąć je wzrokiem. Marne jednak szanse. Przegrywam z ich rozmachem. Sam jestem przezeń obejmowany.

    Kto zmierzył wody morskie swą garścią
    i piędzią wymierzył niebiosa?
    Kto zawarł ziemię w miarce?
    Kto zważył góry na wadze
    i pagórki na szalach?
    Kto zdołał zbadać ducha Pana?
    Kto w roli doradcy dawał Mu wskazania…?
    Read more

  • Aug14

    Wizygoci (Wamba)

    August 14, 2016 in Spain

    Nie raz w czasie pielgrzymki rzeczywistość zaskakiwała mnie w takim stopniu, że ze zdumieniem przecierałem oczy, zastanawiając się, czy jeszcze śnię, czy już popadłem w stan halucynacji. Nie inaczej było w pewien poranek, przed wschodem słońca w miasteczku o uroczej nazwie Wamba. Jest to, zdaje się, jedyna miejscowość Hiszpanii na literę „W”. Anomalię tę zawdzięczamy Wizygotom, którzy pozostawili po sobie kamienny kościół.

    W miarę jak zbliżam się do rzeczonej miejscowości, dobiegają mnie jakieś krzyki, zaśpiewy, śmiechy, zadziwiające o tej wczesnej porze. Sprawdziwszy w głowie całą serię mniej lub bardziej idiotycznych hipotez (od podchodów dziecięcej kolonii po zasadzkę bułgarskiej mafii), zaczynam na poważnie zastanawiać się, czy przypadkiem zmysły nie odmawiają mi posłuszeństwa. Teoretycznie mogło to być jeszcze encierro, ale nawet byki pogardziłyby taką godziną. Mimo wszystko i na nie za wcześnie.

    Szlak wijąc się, schodzi w dolinę rzeki, a głosy zdają się mnożyć i rozprzestrzeniać (choć w żadnym wypadku nie stają się wyraźniejsze). Powraca do mnie szalona myśl, że wrócili Wizygoci.

    A może wcale nie wrócili? Może żyją w tej ich Wambie nieprzerwanie od stuleci, ale ze względów politycznych – w ukryciu? Za dnia Juan Antonio jest uczesanym listonoszem, roznoszącym gazetki reklamowe i pisma urzędowe (wobec wymarcia wszelkiej innej korespondencji), ale gdy zapadnie noc, staje się nieznającym litości Leowigildem: drze rachunki bankowe, oświadczenia podatkowe i katalog wysyłkowy „Wszystko dla twoich rabatek”. Rosę Marię możecie spotkać w trzecim obejściu po lewej, zaraz za rzeką. To niczym nie wyróżniająca się stateczna wdowa po zasłużonym dla lokalnej społeczności mechaniku samochodowym. Jednak gdy w promieniu pięciu kilometrów zniknie ostatni obcy, przeistacza się w zielarkę Ermenbergę – skacze po łące na bosaka, w powłóczystej szacie, ze srebrnym sierpem w dłoni, ścinając starannie wyselekcjonowane liście i kwiaty do eliksiru miłości dla Goswinty (znanej też jako piekielnie nudna i brzydka siostra proboszcza, Maria Rosario), wzdychającej wieczorami do Recceswinta (nieśmiały traktorzysta Felipe).

    Widok, jaki wreszcie ukazuje się moim oczy, w niewielkim jedynie stopniu uspokaja mnie. W różnych (nieraz dość dziwnych) miejscach i pozach porozsiadały się, stoją lub snują się gromady młodzieży w zaawansowanym stadium upojenia alkoholowego. Zwisające smętnie o tej porze chorągiewki wskazują, że to ostatnie godziny całonocnej fiesty (jak w wielu krajach, w sierpniu, po żniwach, zbiegają się wszystkie możliwe odpusty, święta, festyny). Wymijam zataczające się hordy, dziękuję za propozycje piwa (dla mnie stanowczo za wczesne) oraz pozdrawiam zdumionych, że to już „dzień dobry”.

    Nie zatrzymuję się w wiosce, ale zdecydowanym krokiem ją przecinam, nie zwalniając tempa, aż zamilkną za mną stłumione głosy dogorywających. Wtedy odwrócę się, by w łososiowym świetle przedświtu jeszcze raz rzucić okiem na ukrytą między zboczami dolinki wioskę. Może to i fiesta, ale kto tam wie, czy nie było wśród nich żadnych Rekkaredów, Witeryków, Sisebutów czy Gundemarów. I czy dziewczyna o skrzeczącym głosie harpii nie nazywa się w rzeczywistości Galaswinta, Hildoara, Recyberga albo chociaż Cixlonia…
    Read more

  • Aug14

    Dopływy Odry (Castromonte)

    August 14, 2016 in Spain

    Po raz kolejny odkrywam (i przez najbliższe dni będę miał okazję tylko się w tym utwierdzić), jak skończenie głupimi stworzeniami są owce. Uniżenie przepraszam wszystkich ich wielbicieli, hodowców, przyrodników, etologów i socjobiologów. Jednak po moich licznych spotkaniach z tymi, skądinąd pożytecznymi i przyjaźnie wyglądającymi, zwierzątkami, trudno mnie przekonać do zmiany zdania.

    Na dobrą sprawę wystarczy jedno spotkanie z takowym stadem na drodze gruntowej, szerokości mniej więcej 3-4 metrów, by szczerze zwątpić w jakąkolwiek jego logikę samozachowawczą. Idą takie przed siebie, za bardzo nie interesując się otaczającym światem. Część wymija mnie, ale nagle: niespodzianka. Jedna, druga owca zatrzymuje się na mój widok i stoi. Nie ruszy się do przodu, do tyłu ani w bok. Początek stada już znika za plecami, ale te tu stoją i się patrzą. Dopiero pasterz musi zawrócić i pogonić je. Jednak gdy w końcu wydaje się, że nasz oporny manewr mijania można uznać za zakończony, jedna z ostatnich owiec ogląda się na mnie, staje i beczy, wstrzymując resztę – jakby czekała, aż do nich dołączę. Znowu musi wkroczyć pasterz, owczarki i dopiero setka zwierząt ruszy w dalszą drogę – przynajmniej do następnego spotkania.

    Być może jest w tym jakiś zamysł. Być może da się znaleźć jakieś wytłumaczenie dla takiego zachowania. Nie przeczę – w końcu przy odrobinie gimnastyki każdy skończenie chaotyczny zbiór da się jakoś uporządkować, a dla najbardziej irracjonalnego postępowania – znaleźć wytłumaczenie. Niekoniecznie jednak uzasadnienie. Co z tego, że głupi wie punkt po punkcie, dlaczego podejmuje takie a nie inne działania, skoro błądzi i nie dociera do upragnionego celu?

    W tym kontekście poważnie myślę o jakiejś naiwnej owczej mitologizacji, która w tej czy innej formie powraca w naszej kościelnej wyobraźni. Nie uważam się za żadnego znawcę owczej natury, ale mam wrażenie, że więcej w tych wyobrażeniach wypranych i wyczesanych owieczek Marii Antoniny niż kastylijskiego (a nawet tatrzańskiego) owczęcia. Warto zresztą przemyśleć na poważnie, co to Jezusowie porównanie nas do owiec mówi. Ile w nas zachowań, schematów rozumowania i podejmowania decyzji na owczą a nie ludzką miarę…

    W czasie licznych i zupełnie nieprzewidywalnych w swoim rozwoju spotkań z owcami powraca do mnie też zdanie zapamiętane z lekcji przysposobienia obronnego na temat ratowania zwierząt gospodarskich z pożaru. Po tym jak już wyprowadzi się z konie w workach na głowach, kaczki i kury w takichże samych workach (zapisać: potrzebne dużo worków na wypadek pożaru) oraz wyciągnie świnie za tylne łapy (bo w ten sposób nie pokopią, w co mocno wątpiła moja filigranowa koleżanka), przychodzi kolej na owce:

    Punkt pierwszy: znajdź przewodnika stada – reszta owiec pójdzie za nim (ciekaw jestem, czy ktoś organizuje zawody szukania przewodnika w stogu siana).
    Punkt drugi: jeśli nie uda ci się znaleźć przewodnika stada (chyba możemy spokojnie od tego zacząć), zmuś dowolną owce do beczenia, a reszta pójdzie za nią (rozumiem, że trzeba ją pociągnąć za ucho, no i oczywiście wiadomo, że na płonącej farmie będzie to jedyna becząca owca, przez co zwróci na siebie uwagę).
    Nie wiem, dlaczego to sobie przypomniałem, ale przyznajcie: też macie takie absurdalnie przypadkowe wiadomości zapamiętane ze szkoły. Jak na złość, bywa, że to są te wiadomości, które obiecaliście sobie zapomnieć na drugi dzień po sprawdzianie, jako bunt przeciw idiotycznym wymaganiom. Tymczasem tyle rzeczy z głowy wyleciało, a to się trzyma! Jeden z moich współbraci ma tak z dopływami Wisły i Odry. Z paniką w głosie wymieniał nam je w te i nazad przy obieraniu ziemniaków. W Hiszpanii za czasów generała Franko uczono na przykład imion królów wizygockich. Zrobiło się z tego nawet takie powiedzenie, że jak dziecko wchodziło w drogę rodzicom i uparcie zapewniało, że już odrobiło pracę domową, mówili mu: A znasz już wszystkie imiona król wizygockich? Wyobrażam więc sobie (nie prowadziłem badań), że musi w pokoleniu 50-latków istnieć znacząca grupa neurotyków, którzy ni stąd ni zowąd budzą się w nocy i recytują na jednym oddechu Wizygotów, ku przerażeniu małżonków i/lub beznadziejnym westchnięciu psychiatrów (czasem są to te same osoby).

    Może zatem nie ma co się dziwić tym owczym (i ludzkim) pędom, skoro taki nieprawdopodobny bajzel rządzi w naszych puszących się przemądrzałością głowach?
    Read more

You might also know this place by the following names:

Provincia de Valladolid, Valladolid, Balladolit, Província de Valladolid, バリァドリッド(バジャドリッド)

Join us:

FindPenguins for iOS FindPenguins for Android

Sign up now