Spain
Valladolid

Here you’ll find travel reports about Valladolid. Discover travel destinations in Spain of travelers writing a travel blog on FindPenguins.

12 travelers at this place:

  • Day7

    Dziś moja droga przebiega wzdłuż. Wzdłuż kanału, wzdłuż nasypu po nieistniejącej już linii kolejowej, wzdłuż rzeki. Z dala od miast, wsi i ruchliwych szos. Jedynymi towarzyszami pozostają zatem dla mnie zające (bądź króliki).

    Wychylają się z norek, nadstawiają zajęcze (bądź królicze) uszy, zastygają i, mniej więcej gdy dzieli nas już tylko pięć metrów, podrywają się do biegu, aby zniknąć w sąsiedniej norce, z której po chwili na nowo wysunie się para uważnych, zajęczych (bądź króliczych) uszu.

    Choreografia ta ciągnie się godzinami monotonnej wędrówki – pomnożona przez dziesiątki, a może i setki puszystych skoczków. Jest w niej coś ze sztafety – nowy lokator płoszy dotychczasowego mieszkańca norki, który bez zawahania rzuca się do kolejnej. Z daleka wygląda to tak, jakby cała łąką się ruszała, chcąc w moje ślady porzucić swoją dotychczasową lokalizację i poznać odległe krainy (a przynajmniej tę sąsiednią łąkę, za miedzą). Nie jest to jednak spektakl przygotowany specjalnie dla mnie – pobocze ścieżki jest wręcz zryte od zajęczych (bądź króliczych) norek.

    W zasadzie powinny to być zające. Wiadomo: żyją dziko i są nieco większe. Kto jednak mi zagwarantuje, że nie jest to jakaś enklawa dzikich królików, które, podobnie jak ich krewniacy z egzotycznych wysp, postanowiły skolonizować taki sobie bezimienny spłachetek łąki na pograniczy prowincji Segovii i Valladolidu? Również wielkość kicusiów na niewiele się zdaje: jak miałbym z tej odległości ją ocenić? Jedyny raz, kiedy spotkałem razem zająca i królika, był w muzeum historii naturalnej. Szkielety, owszem, potwierdzały istotne różnice anatomiczne. Niestety, jak na złość nie zabrałem ze sobą rentgenu, zresztą marny by był z niego pożytek przy tak zwinnych pacjentach.

    Dlatego niech już zostaną zającami (bądź królikami). Czymkolwiek są – artyści z nich przedni!
    Read more

  • Day8

    Samotność (Valdestillas)

    August 13, 2016 in Spain

    Chociaż, jak wspomniałem na początku, te zapiski z podróży dotyczą tego co na marginesie, to co istotne pozostawiając niedopowiedzianym, dopuściłbym się poważnego przekłamania, gdybym nie poświęcił paru słów mojej nieodłącznej towarzyszce – samotności.

    Tak wyszło – nigdy tego nie planowałem i po dwóch tygodniach tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że nigdy świadomie bym do tego nie dążył – że ostatecznie w tym roku po raz pierwszy wyruszyłem w podróż sam. Nie byłoby to może aż tak dotkliwe, gdybym, jak w poprzednich latach, dzielił drogę z innymi przygodnymi pielgrzymami. Spotykalibyśmy się w kolejnych schroniskach, planowali następne postoje, uczyli się siebie, aby w końcu z nieukrywanym żalem się pożegnać. Jednak i tych pielgrzymów zabrakło – zostałem sam ze sobą – rekluz goniący horyzont otwartej przestrzeni.

    Doświadczenie samotności powracało do mnie falami, przywołując różne jej oblicza i strachy. Najpierw ta fundamentalna samotność, gdy zdaję sobie sprawę, że nigdy do końca nie zostanę przez nikogo zrozumiany. Jak bliskich więzi bym nie budował, jak wiele z siebie nie wylewał, w głębi zawsze pozostanę dla drugiego człowieka tajemnicą. Muszę ją sam w sobie znosić. Mogę starać się ją zagłuszyć, uciekać z siebie w ramiona drugiego. Jednak ta samotność będzie wracała. Dojrzałość, zdaje się, polega między innymi na przyjęciu tej chłodnej pani, z pełną świadomością, że jej ból nigdy nie stanie się rozkoszą.

    Mogę też, pokonany przez nią, popaść w jej inną formę. Obrazić się na ten podły świat, który nie chce mnie zrozumieć. Odrzucić strach przed samotnością, wybierając ją na złość. To samotność egoisty zmęczonego nadmiarem drugiego człowieka, który, nie przystając do mnie, bodzie w mój upór budowania świata na własną miarę. Nie chcę go więcej znosić. Niech chcę zestrajać z nim rytmu moich kroków. I wypieram się go, zostając z jedynym, od którego się nie uwolnię, a zarazem najniewdzięczniejszym z towarzyszy – sobą samym.

    Idę zatem, ucząc się mężnie wytrwać z tą pierwszą nieusuwalną samotnością, a opierając się pokusie fałszywej wiary, która rodzi samotność egoisty. Koniec końców, choć w żaden sposób nie unieważnia to bólu wewnętrznej pustki, wiem, że nie jestem sam. Idą ze mną dziesiątki, jeśli nie setki cichych towarzyszy. Modlę się za nich, wspominam, tęsknię. W myślach przewijają się łączące nas melodie, miejsca, cytaty. Raz po raz śmieję się do i z siebie.

    Uczę się dojrzałości, to znaczy nie wymagania od nikogo, by zapełnił moje braki. Nie potrzebuję was do niczego – chcę was na waszych warunkach. Zgadzając się na waszą wolność, zwracam ją samemu sobie – w tej szczególnej lekkości, jaką daje poprzestanie na owej skromnej chwili, którą dajemy sobie. Nie chcę szukać w niej niczego więcej niż bezinteresownej radości. Nabieram kolejny łyk gorzkiej samotności, szczepię się na zgorzknienie, bym tęsknym uściskiem nie zgniatał drugiego człowieka.
    Read more

  • Day8

    Ziemia pól (Ciguñuela)

    August 13, 2016 in Spain

    Kończą się przyduszne lasy sosnowe. Gdzieś w międzyczasie umykają zaciszne strumyki i kanały. Przekraczam niewidzialną granicę i opuszczam ziemie rzeki Duero, stanowiącej przez wieki granicę między chrześcijańską a muzułmańską Iberią. Żegnam tę odrobinę cienia i wkraczam na tierra de campos, ziemię pól.

    Wita mnie zostawiony w okolicach Madrytu skwar. Nabrane przez te parę dni wytchnienia siły muszą mi wystarczyć. Uczę się więc od nowa potu, ślepoty i suchoty. Powraca bezsilna złość na oddalający się horyzont. Wieża kościoła skrywa się za niewidocznymi wcześniej pagórkami. Schodzisz w dolinkę, która wije się między nimi, z każdym zakrętem licząc na to, że wreszcie wyłoni się znajoma sylwetka budowli. A ona jest coraz dalej.

    W porannych godzinach, kiedy słońce pozwala jeszcze na beztroskie zwolnienie kroku i nieme podziwianie, daję się wciągnąć w ten fascynujący bezkres żółtych pól. Chciałbym nad nimi szybować, objąć je wzrokiem. Marne jednak szanse. Przegrywam z ich rozmachem. Sam jestem przezeń obejmowany.

    Kto zmierzył wody morskie swą garścią
    i piędzią wymierzył niebiosa?
    Kto zawarł ziemię w miarce?
    Kto zważył góry na wadze
    i pagórki na szalach?
    Kto zdołał zbadać ducha Pana?
    Kto w roli doradcy dawał Mu wskazania…?
    Read more

  • Day9

    Wizygoci (Wamba)

    August 14, 2016 in Spain

    Nie raz w czasie pielgrzymki rzeczywistość zaskakiwała mnie w takim stopniu, że ze zdumieniem przecierałem oczy, zastanawiając się, czy jeszcze śnię, czy już popadłem w stan halucynacji. Nie inaczej było w pewien poranek, przed wschodem słońca w miasteczku o uroczej nazwie Wamba. Jest to, zdaje się, jedyna miejscowość Hiszpanii na literę „W”. Anomalię tę zawdzięczamy Wizygotom, którzy pozostawili po sobie kamienny kościół.

    W miarę jak zbliżam się do rzeczonej miejscowości, dobiegają mnie jakieś krzyki, zaśpiewy, śmiechy, zadziwiające o tej wczesnej porze. Sprawdziwszy w głowie całą serię mniej lub bardziej idiotycznych hipotez (od podchodów dziecięcej kolonii po zasadzkę bułgarskiej mafii), zaczynam na poważnie zastanawiać się, czy przypadkiem zmysły nie odmawiają mi posłuszeństwa. Teoretycznie mogło to być jeszcze encierro, ale nawet byki pogardziłyby taką godziną. Mimo wszystko i na nie za wcześnie.

    Szlak wijąc się, schodzi w dolinę rzeki, a głosy zdają się mnożyć i rozprzestrzeniać (choć w żadnym wypadku nie stają się wyraźniejsze). Powraca do mnie szalona myśl, że wrócili Wizygoci.

    A może wcale nie wrócili? Może żyją w tej ich Wambie nieprzerwanie od stuleci, ale ze względów politycznych – w ukryciu? Za dnia Juan Antonio jest uczesanym listonoszem, roznoszącym gazetki reklamowe i pisma urzędowe (wobec wymarcia wszelkiej innej korespondencji), ale gdy zapadnie noc, staje się nieznającym litości Leowigildem: drze rachunki bankowe, oświadczenia podatkowe i katalog wysyłkowy „Wszystko dla twoich rabatek”. Rosę Marię możecie spotkać w trzecim obejściu po lewej, zaraz za rzeką. To niczym nie wyróżniająca się stateczna wdowa po zasłużonym dla lokalnej społeczności mechaniku samochodowym. Jednak gdy w promieniu pięciu kilometrów zniknie ostatni obcy, przeistacza się w zielarkę Ermenbergę – skacze po łące na bosaka, w powłóczystej szacie, ze srebrnym sierpem w dłoni, ścinając starannie wyselekcjonowane liście i kwiaty do eliksiru miłości dla Goswinty (znanej też jako piekielnie nudna i brzydka siostra proboszcza, Maria Rosario), wzdychającej wieczorami do Recceswinta (nieśmiały traktorzysta Felipe).

    Widok, jaki wreszcie ukazuje się moim oczy, w niewielkim jedynie stopniu uspokaja mnie. W różnych (nieraz dość dziwnych) miejscach i pozach porozsiadały się, stoją lub snują się gromady młodzieży w zaawansowanym stadium upojenia alkoholowego. Zwisające smętnie o tej porze chorągiewki wskazują, że to ostatnie godziny całonocnej fiesty (jak w wielu krajach, w sierpniu, po żniwach, zbiegają się wszystkie możliwe odpusty, święta, festyny). Wymijam zataczające się hordy, dziękuję za propozycje piwa (dla mnie stanowczo za wczesne) oraz pozdrawiam zdumionych, że to już „dzień dobry”.

    Nie zatrzymuję się w wiosce, ale zdecydowanym krokiem ją przecinam, nie zwalniając tempa, aż zamilkną za mną stłumione głosy dogorywających. Wtedy odwrócę się, by w łososiowym świetle przedświtu jeszcze raz rzucić okiem na ukrytą między zboczami dolinki wioskę. Może to i fiesta, ale kto tam wie, czy nie było wśród nich żadnych Rekkaredów, Witeryków, Sisebutów czy Gundemarów. I czy dziewczyna o skrzeczącym głosie harpii nie nazywa się w rzeczywistości Galaswinta, Hildoara, Recyberga albo chociaż Cixlonia…
    Read more

  • Day9

    Dopływy Odry (Castromonte)

    August 14, 2016 in Spain

    Po raz kolejny odkrywam (i przez najbliższe dni będę miał okazję tylko się w tym utwierdzić), jak skończenie głupimi stworzeniami są owce. Uniżenie przepraszam wszystkich ich wielbicieli, hodowców, przyrodników, etologów i socjobiologów. Jednak po moich licznych spotkaniach z tymi, skądinąd pożytecznymi i przyjaźnie wyglądającymi, zwierzątkami, trudno mnie przekonać do zmiany zdania.

    Na dobrą sprawę wystarczy jedno spotkanie z takowym stadem na drodze gruntowej, szerokości mniej więcej 3-4 metrów, by szczerze zwątpić w jakąkolwiek jego logikę samozachowawczą. Idą takie przed siebie, za bardzo nie interesując się otaczającym światem. Część wymija mnie, ale nagle: niespodzianka. Jedna, druga owca zatrzymuje się na mój widok i stoi. Nie ruszy się do przodu, do tyłu ani w bok. Początek stada już znika za plecami, ale te tu stoją i się patrzą. Dopiero pasterz musi zawrócić i pogonić je. Jednak gdy w końcu wydaje się, że nasz oporny manewr mijania można uznać za zakończony, jedna z ostatnich owiec ogląda się na mnie, staje i beczy, wstrzymując resztę – jakby czekała, aż do nich dołączę. Znowu musi wkroczyć pasterz, owczarki i dopiero setka zwierząt ruszy w dalszą drogę – przynajmniej do następnego spotkania.

    Być może jest w tym jakiś zamysł. Być może da się znaleźć jakieś wytłumaczenie dla takiego zachowania. Nie przeczę – w końcu przy odrobinie gimnastyki każdy skończenie chaotyczny zbiór da się jakoś uporządkować, a dla najbardziej irracjonalnego postępowania – znaleźć wytłumaczenie. Niekoniecznie jednak uzasadnienie. Co z tego, że głupi wie punkt po punkcie, dlaczego podejmuje takie a nie inne działania, skoro błądzi i nie dociera do upragnionego celu?

    W tym kontekście poważnie myślę o jakiejś naiwnej owczej mitologizacji, która w tej czy innej formie powraca w naszej kościelnej wyobraźni. Nie uważam się za żadnego znawcę owczej natury, ale mam wrażenie, że więcej w tych wyobrażeniach wypranych i wyczesanych owieczek Marii Antoniny niż kastylijskiego (a nawet tatrzańskiego) owczęcia. Warto zresztą przemyśleć na poważnie, co to Jezusowie porównanie nas do owiec mówi. Ile w nas zachowań, schematów rozumowania i podejmowania decyzji na owczą a nie ludzką miarę…

    W czasie licznych i zupełnie nieprzewidywalnych w swoim rozwoju spotkań z owcami powraca do mnie też zdanie zapamiętane z lekcji przysposobienia obronnego na temat ratowania zwierząt gospodarskich z pożaru. Po tym jak już wyprowadzi się z konie w workach na głowach, kaczki i kury w takichże samych workach (zapisać: potrzebne dużo worków na wypadek pożaru) oraz wyciągnie świnie za tylne łapy (bo w ten sposób nie pokopią, w co mocno wątpiła moja filigranowa koleżanka), przychodzi kolej na owce:

    Punkt pierwszy: znajdź przewodnika stada – reszta owiec pójdzie za nim (ciekaw jestem, czy ktoś organizuje zawody szukania przewodnika w stogu siana).
    Punkt drugi: jeśli nie uda ci się znaleźć przewodnika stada (chyba możemy spokojnie od tego zacząć), zmuś dowolną owce do beczenia, a reszta pójdzie za nią (rozumiem, że trzeba ją pociągnąć za ucho, no i oczywiście wiadomo, że na płonącej farmie będzie to jedyna becząca owca, przez co zwróci na siebie uwagę).
    Nie wiem, dlaczego to sobie przypomniałem, ale przyznajcie: też macie takie absurdalnie przypadkowe wiadomości zapamiętane ze szkoły. Jak na złość, bywa, że to są te wiadomości, które obiecaliście sobie zapomnieć na drugi dzień po sprawdzianie, jako bunt przeciw idiotycznym wymaganiom. Tymczasem tyle rzeczy z głowy wyleciało, a to się trzyma! Jeden z moich współbraci ma tak z dopływami Wisły i Odry. Z paniką w głosie wymieniał nam je w te i nazad przy obieraniu ziemniaków. W Hiszpanii za czasów generała Franko uczono na przykład imion królów wizygockich. Zrobiło się z tego nawet takie powiedzenie, że jak dziecko wchodziło w drogę rodzicom i uparcie zapewniało, że już odrobiło pracę domową, mówili mu: A znasz już wszystkie imiona król wizygockich? Wyobrażam więc sobie (nie prowadziłem badań), że musi w pokoleniu 50-latków istnieć znacząca grupa neurotyków, którzy ni stąd ni zowąd budzą się w nocy i recytują na jednym oddechu Wizygotów, ku przerażeniu małżonków i/lub beznadziejnym westchnięciu psychiatrów (czasem są to te same osoby).

    Może zatem nie ma co się dziwić tym owczym (i ludzkim) pędom, skoro taki nieprawdopodobny bajzel rządzi w naszych puszących się przemądrzałością głowach?
    Read more

  • Day9

    To co dobre warto powtarzać. Na camino wprawdzie pierwszeństwo przed zachciankami ma droga, ale nieraz przyzwala na nie. Po blisko czterdziestu kilometrach marszu czuję się całkowicie usprawiedliwiony do spełnienia jednej z nich i zatrzymuję się na nocleg w Medina de Rioseco w klasztorze sióstr klarysek.

    W domku pielgrzyma, na kuchennym stole czeka już na mnie ciasto i miska ogórków. W wymarłym o tej porze mieście nie dostanę niczego innego do zjedzenia, ale poczęstunek od sióstr całkowicie zaspokoi moje potrzeby.

    Kiedy wezmę prysznic, upiorę ubrania i wyrównam temperaturę ciała do przyzwoitych rejestrów, odważam się rzucić wyzwanie palącym promieniom i wyruszam na spokojny spacer malowniczymi uliczkami starówki – na szczęście w cieniu. Moją uwagę zwraca rzeźba krokodyla przytwierdzona do ściany jednego z budynków. Wiąże się z legendą o pochodzeniu krokodylej skóry z miejscowej katedry. Zwierzę miało jakimiś nieznanym kanałami dopłynąć tu z Nilu i pożerać w nocy budowniczych świątyni, aż nie przyszedł miejscowy Szewczyk Dratewka, by raz na zawsze skończyć z tą murarską dietą.

    Wieczorem odmawiam z siostrami nieszpory i odprawiam mszę z wigilii Wniebowzięcia Marii Panny. Nieszpory okazują się, jeśli można tak powiedzieć, zwodnicze. Bo mniszki każdy wers psalmu śpiewają na inną melodię. Choć psalmy nie są długie i tak trzeba przyznać, że siostrom inwencji nie brakuje. Ponieważ kantorka śpiewa raczej basem niż sopranem, ma to dodatkowe walory tonacyjne.

    Po takim doświadczeniu msza przebiega już w o wiele spokojniejszych warunkach, tak że prawie bym nie zauważył, że to pierwszy raz, kiedy głoszę kazanie w języku Cervantesa (a przynajmniej w czymś, co ma pretensje go przypominać). Najwyraźniej muzyczne ekstrawagancje sprzyjają modlitwie wstawienniczej za kaznodziejów. Polecam moim braciom do wypróbowania – choć zastrzegam, że może to działać jedynie w przypadku hiszpańskich klarysek.

    Jeszcze chwila wspólnej modlitwy w ciszy, uściski, pożegnania i wyprzedzam do łóżka słońca. Niech sobie jeszcze świeci. Dla mnie dzień już zakończony. Spotkamy się jutro. Oby na przyjacielskiej stopie!
    Read more

  • Day10

    Santiago (Villalón de Campos)

    August 15, 2016 in Spain

    Kilka minut przed mszą w zakrystii pojawia się pełen energii staruszek. Przez ostatni kwadrans wyczerpaliśmy z zakrystianem wszelkie możliwe mniej i bardziej kurtuazyjne tematy, obejmujące w znacznej mierze serię luźnych skojarzeń autobiograficznych mężczyzny. (Niech mu na imię będzie Manolo.) Ze spraw bardziej bieżących, wiem już, że zamiast nowego, dopiero co wyświęconego proboszcza Francisca, sumę odprawi pochodzący z okolic i przebywających akurat u rodziny na wakacjach ksiądz-emeryt, Santiago (na co dzień mieszka w Toledo).

    Santiago wchodzi do zakrystii i z właściwą Hiszpanom gracją zaczyna wszystko mieszać, przestawiać i zmieniać, tak że w pewnym momencie biedny Manolo już nie wie, na czym stoi, zaś na kredensie piętrzy się, nie wiedzieć czemu, sterta różnych alb, stół i ornatów. W drodze do prezbiterium ksiądz stwierdza, że właściwie jestem gościem i do tego młodszy, więc lepiej jeśli to ja będę odprawiał mszę, a on wygłosi kazanie. Propozycja jest tak nagła, że nie zdążam się zdziwić i w zasadzie nawet się tą improwizacją nie przejmuję – do tej alarmującej chwili, gdy staruszek dorzuca, żebym się nie martwił, bo mi pomoże. Tak, to najwyższy znak, by zacząć się bać.

    Rozpoczyna się zatem przestawianie mikrofonu, aleatoryczne przestawianie założonych stron w mszale w momencie, gdy akurat coś z nich usiłuję przeczytać, zaś kielich i wszelkie inne mszalne utensylia mają rzadką okazję wykonania skomplikowanych układów choreograficznych na ołtarzu.

    Myślicie, że to najgorsze, co mogło się przydarzyć? Jeszcze nie! Santiago czuje się bowiem zobowiązany przyjąć mnie po królewsku. Zatem na początku mszy oraz przez znaczną część kazania najpierw przedstawia mnie zebranym (tak, mówi to samo dwa razy, na wszelki wypadek!), a następnie prezentuje lokalną społeczność, opowiadając o kastylijskich cnotach, wśród których pierwsze miejsce zajmuje gościnność. Następnie mam(y) wykład znaczących wydarzeń z historii miasteczka, by wreszcie przejść do informacji turystycznych o miejscach wartych odwiedzenia. Gdzieś między odrestaurowanymi witrażami a założeniami architektonicznymi rynku pojawiają się glossy o Wniebowzięciu. Zdania z konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus łagodnie się przeplatają z miejscowymi legendami i wspomnieniami z dzieciństwa. Co jakiś czas Santiago robi pauzę i odwraca się w moją stronę, aby dodać jakieś szczegóły (jeszcze bardziej) dla mnie.

    Ukradkiem spoglądam na twarze ludzi, którym mimowolnie zgotowałem takie widowisko, z powtarzaną jak refren osobistą dedykacją. Nikt jednak się nie śmieje ani nie oburza. Najwyraźniej kazanie trzeba po prostu odsiedzieć, nie przykładając większej wagi do treści. Nie o nie tu chodzi.

    Po mszy kolejki do zakrystii – znajomych i odległych krewnych Santiago. Ktoś mnie ściska, ktoś tłumaczy, że to tu mówi się najczystszą wersją kastylijskiego, jeszcze ktoś inny z przejęciem pokazuje pogięte zdjęcie młodego księdza – brata, który został zamordowany kilka miesięcy po święceniach przez kubańskich rewolucjonistów. Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o tej historii, ale już Santiago przestawia delikwenta, a mi podsuwa jakąś znajomą rodzinę. No a Manolo usiłuje połapać się w nowej stercie szat liturgicznych.

    Żegnamy się i witamy na przemian. Santiago zaciąga mnie ze swoimi kolegami ze szkoły do baru, gdzie spędzamy jakieś pół godziny, skacząc ze wspomnienia na wspomnienie. W końcu za rogiem budynku znika jego podstarzała, ale wciąż pełna werwy sylwetka. A ja myślę o tych wszystkich niepozornie świętych księży – jąkających się, przeciętnych, nudnych, ale którzy mają w sobie taką szczególną, prostą dobroć, za którą nie da się ich nie lubić. I tyle im do bycia dobrymi księżmi wystarczy. Niczym już nadrabiać nie muszą!
    Read more

  • Day10

    Schroniska bywają różne. Można je podzielić na municypalne, kościelne i prywatne. Taka klasyfikacja jednak, choć sporo mówi, niekoniecznie ujmuje to, co w życiu pielgrzyma (i schroniska) kluczowe: bycie-przyjętym.

    Z całą szczerością przyznać muszę, że nie tylko na madryckim szlaku doświadczenie to coraz rzadsze (choć może nie od wczoraj tak jest). Co znaczy być przyjętym? Jakiego przyjęcia się oczekuje? Może lepiej: o jakim się marzy, bo pielgrzym, sezonowy bezdomny, żebrak czterech ścian, żadnych pretensji rościć sobie nie może. Przestaje być klientem, a uczy się przyjmować. To chyba najcenniejszy element pielgrzymki, którego tak nam brakuje na co dzień.

    W tym kontekście trudno mówić o przyjęciu w oficjalnym, rządzącym się regulaminem wielkim schronisku municypalnym, którego opiekunowie – urzędnicy spisują imiona, numery, przyjmują opłaty, wydają kwity i wyznaczają miejsca w dormitoriach. Nie jest też tym przyjęciem, o którym mowa, mniej lub bardziej luksusowa gościna w prywatnym schronisku, które w swym funkcjonowaniu zbliża się raczej do pensjonatu (o różnym standardzie usług).

    Schroniska, za którymi tęsknię, to te prowadzone przez wolontariuszy, gdzie wszystko opiera się na dawaniu. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: pielgrzym jak najbardziej, w poczuciu sprawiedliwości i w zgodzie z tą logiką dawania, powinien zostawić nieoszczędną ofiarę. Może ona być wyższa nie tylko od urzędniczej zapłaty, ale i od rachunku pensjonarskiego. Rzecz bowiem nie w kalkulowaniu, ale wprost przeciwnie: w zamknięciu na nie oczy, w naiwnym zaufaniu, że dając szczodrze, nigdy nie tracimy. Tego też nam dziś brakuje.

    W mojej relacji z camino nie mógłbym zatem pominąć nienarzucającego się, a jednocześnie niesłychanie hojnego przyjęcia przez wolontariuszy w schronisku w Villalón de Campos. Szczęście trafiło mi się podwójne, bo akurat Maria Cinta i Rafael, katalońskie małżeństwo w średnim wieku następnego wracało do domu i z tej okazji urządziło uroczystą kolację dla nowych znajomych z miasteczka, Josefy i Pabla, na które poza mną załapał się też nowy albergeiro, Raul (wszelkie imiona prawdopodobne, choć raczej nieprawdziwe).

    Jeśli wspomniałem o uroczystej kolacji, trzeba dodać, że na – modłę katalońską, z akcentami lokalnymi. A zatem uginających się od talerzy stół zimnych przekąsek: lokalnych wędlin, serów, pomidorów, oliwek, sałatek, no i oczywiście pa amb tomàquet – przygotowany na życzenie przyjaciół, żeby wiedzieli, jak się go poprawnie przygotowuje w Katalonii i nie dali się nabrać na wszędobylskie podróbki. Danie rzeczywiście tyleż proste, co łatwe do oszukania przez zbytek ambicji i improwizacji. To po prostu chleb (może być na zimno, może być grzanka) z wtartym weń pomidorem. Mile widziana jest oliwa, sól i roztropnie dobrane dodatki. Jednak kluczowym elementem jest wtarcie pomidora. To nie ma być bruschetta!

    Siedzimy do późna, komentując wszelkie możliwe tematy: od bezczelnych pielgrzymów po pożary w Galicji. Maria Cinta i Rafael wciąż jeszcze emocjonują miejscami, które przy okazji udało im się zwiedzić w Kastylii i z dziecięcą naiwnością amerykańskich turystów dopytują, czy coś jeszcze ciekawego zostało. To oczywiście tylko uwalnia rzekę miejscowości, zamków, kościołów, rezerwatów, którymi przekrzykują się Josefa i Pablo, dumnie prężąc kastylijską pierś.

    Czy to z powodu obfitej kolacji, czy z nadmiaru wrażeń, długo nie mogę zasnąć. Leżę na łóżku, wsłuchując się w ciszę. Dobrze wiem, że za wszelką cenę powinienem już spać – przede mną długi i gorący dzień. Ale jakoś nie rozpaczam, że mi się nie udaje. Smakuję tę chwilę. To już ostatni gościnny dom przed…
    Read more

  • Day9

    8 Cuena de Campos 46/288 km

    July 31, 2017 in Spain

    First 8 km were nice along the Canal de Castilla, then again across fields. Fortunately it was partly cloudy = not so hot. Part of the way I was running because I couldn't walk any more, but eventually I've arrived to the alberque in Cuena de C. at 18:30. The hospitalero just came from the albergue, so no problem with calling anyone. The albergue was big and nice, 6e. There were two another bike-pilgrims, but I've got a room for me alone. After nice hot shower, washing the clothes (except the socks - they were done) and some rest I went to a restaurant for dinner. No salad, so I've take cheese and a bottle of wine (10e). After the dinner I've watch the local teenagers playing basketball, fortunately it wasn't directly in front of the albergue.Read more

  • Day8

    7 Peñaflor de Hornija 36/242km

    July 30, 2017 in Spain

    First nice pinewood, than boring infinite fields. Nice castle in Simancas. Fortunately, because of the wind, it wasn't so hot.
    In Wamba I've got 2 jarras and some olives (first stop after 26km). I arrived at my planned destination (Peñaflot) at 16:30. First I've got a shock seeing a note at the door of the alberque, that it is closed (cerrado) from 30.7. to 13.8.! Next one is about 9km further.
    I went to a bar a asked (after una jarra grande) about the alberque. Fortunately there was a helpful woman who brought me to the mayor, who gave me the key. So, eventually I've got a very nice alberque (3e) for me alone.
    For a "dinner" I went to an another bar (there was at least 2 in the small village) : 2 beer + tappas + a glass of wine = 5.6e! The wine was too good, so I've ordered another glass; it was only 0.7e, incredible! And I've got some chips as well.
    My plan for tomorrow: either 23 or 47 km.
    Read more

You might also know this place by the following names:

Provincia de Valladolid, Valladolid, Balladolit, Província de Valladolid, バリァドリッド(バジャドリッド)

Join us:

FindPenguins for iOS FindPenguins for Android

Sign up now