Beijing i Pingyao
December 12, 2025 in China ⋅ ☁️ -1 °C
Wczoraj przylecieliśmy do Chin.
I od razu dostaliśmy solidny reset systemu.
Pierwsze godziny były… ciężkie. Naprawdę ciężkie.
Prawie nikt nie mówi po angielsku, a gotówka przestaje tu istnieć szybciej niż zdrowy rozsądek w godzinach szczytu. Wszystko ogarnia się przez WeChat albo Alipay — aplikacje, których konfiguracja przypomina procedurę startu promu kosmicznego. Rejestracja paszportem, weryfikacje, zgody, skany, zdjęcia, potwierdzenia… i modlitwa, żeby coś się nie wysypało.
Kupienie biletu na metro?
Znalezienie właściwej stacji?
Wybranie odpowiedniej linii?
W Pekinie to osobna dyscyplina olimpijska. System metra to ponad 25 linii i grubo ponad 700 kilometrów torów — jedno z największych na świecie. Wygląda jak schemat połączeń neuronów u kogoś, kto właśnie przesadził z kofeiną.
Każdy błąd = kolejna godzina życia oddana miastu.
Z Pekinu ruszyliśmy szybkim pociągiem — 300 km/h, cisza, płynność, zero dramatu. Europa patrzy i notuje.
Po kilku godzinach jesteśmy w Pingyao — starożytnym mieście, które wygląda jakby ktoś zamknął dynastię Ming w kapsule czasu i zapomniał jej otworzyć.
Znalezienie guesthouse’a?
Kolejny level.
Wszędzie znaki w postaci pięknych, ale kompletnie nieczytelnych dla nas literowych krzaczków. Angielski? Symboliczny. Nasz nocleg schowany w starej części miasta, wąska uliczka, cisza, półmrok.
Brama otwarta. Nikogo nie ma.
Na dziedzińcu znajduję kartkę.
Łamana angielszczyzna, ręcznie pisane:
„Boguslaw – witam.
Pokój 105 gotowy.
Rozgość się.”
No to się rozgościliśmy.
Szok numer dwa: temperatura.
Przeskok z Kambodży, gdzie było +35°C, do Chin, gdzie w dzień jest –5°C, to jak zmiana planety bez okresu przejściowego. Jedyna myśl: czy w pokoju będzie w ogóle ciepło, bo poza sezonem turystycznym, większość miejsc wygląda na zamknięte.
I tu zaskoczenie.
Pokój dogrzany perfekcyjnie, jakby ktoś chciał nam zrobić niespodziankę.
Dlaczego? Bo jesteśmy jedynymi gośćmi.
Po jakimś czasie pojawia się właściciel. Wita nas serdecznie.
Rozmowa? Oczywiście przez translator w telefonie.
My — zero chińskiego.
On — zero angielskiego.
Pingyao — miejsce turystyczne. Ironia losu.
Wieczorem idziemy coś zjeść.
Menu? Same znaki. Zdjecia - tak, ale zero opisów.
Robimy więc to, co robi każdy rozsądny człowiek w Chinach pierwszego dnia: wskazujemy palcem.
I tak mój pierwszy obiad w Chinach okazał się…
👉 siekanym żołądkiem krowy z warzywami 🤣
Nie był zły.
Ale powiedzmy, że zaskoczył.
Pierwszy dzień w Chinach to lekcja pokory.
Tu nic nie jest „dla turysty”.
Albo się dostosujesz, albo będziesz głodny, zziębnięty i bez biletu na metro.
A my dopiero zaczynamyRead more






mogłeś dostać jaja bycze, podobnieś ich przysmak [mamuśka]