• Gdzie antyk, renesans i barok

    30 gennaio, Italia ⋅ ☁️ 14 °C

    Idą ręka w rękę, noga w nogę, przeplatają się, przerastają i układają w totalnie chaotyczną, a jednak imponującą mozaikę.
    Nie będę wygłupiać się z opisywaniem Rzymu, tak wielu popełniło to przede mną, że nie sposób wymyślić nic oryginalnego.
    Za to przywołam nasze własne odczucia i zaskoczenia, tak dla pamięci.

    Lądujemy na Fumicino, czyli w Ostii, można więc przyjąć że przybywamy niczym antyczni żeglarze do głównego portu handlowego, z pogranicza imperium, prosto z fortu rzymskiego w Portchester, założonego na polecenie cesarza Dioklecjana. Ze względu na haracz wymuszany przez przewoźników nasza karawana jest co prawda uboga w towary, ale za to mamy bogate plany kronikarsko- edukacyjne (edukacja własna).

    Początkowo edukacja jest głównie nowożytna, jak się okazuje współcześni Rzymianie tak jak w każdym innym kraju korzystają z “dobrodziejstw” cywilizacji typu McDonalds, IKEA czy stacje Shella i Esso. W niedługim czasie jednak przekraczamy pierwszą bramę miejską, i tu już nowoczesność mocno ustępuje miejsca poprzednim epokom, koegzystującym spójnie w blasku (obecnie) księżyca. I tak mijamy bazyliki, katakumby, forty, pałace i bramy miejskie, przekraczając mury wielokrotnie - albo są one wyjątkowo zagmatwane dla zmylenia wroga, albo my jeździmy całkowicie zygzakiem.

    Im bliżej centrum, tym ulice szersze (!!) budynki większe, coraz bardziej białe, coraz piękniej ozdobione. Stolica imperium. A każdy olbrzymi, największy, jak na razie, oczywiście, bank, w imponującym neoklasycznym stylu (no kto by się spodziewał).

    I, na koniec, zupełnie nie zaplanowane zaskoczenie - u celu docieramy do Łaźni zbudowanych na polecenie nie mniej nie więcej tylko Dioklecjana - czyli, w zasadzie, czujemy się jak w domu :-).

    Hotel, nowoczesny, ale wkomponowany w barok, i z widokiem na Łaźnie, położony jest tuż poza ścisłym centrum - dość blisko żeby wszędzie dotrzeć na nogach, dość daleko, żeby trattorie i sklepikarze zdzierali z turystów odrobinę przyzwoiciej. W zasadzie mamy siłę tylko na to, żeby zrzucić mikroskopijne podręczne plecaki i dostać rekomendacje lojalnego bistro, o, tu za rogiem.
    Krótka dyskusja z kelnerem w trzech językach, on biegle po włosku, my biegle po angielsku prowadzi nas do konsensusu słowiańskiego, polski wszak jest obecnym lingua franca, przynajmniej w turystycznej gastronomii. Za to mamy osobistą obsługę, z dobranymi poradami co zamawiać i jak doprawiać, domowym winem, dyskusją czy farro to pszenżyto czy też może nie, i ciasteczkami na pożegnanie. Viva la Pologna (albo wyjechani Polacy wszystkich krajów łączcie się). Rzym da się lubić :-)
    Leggi altro