• Kierunek - Watykan

    31 gennaio, Italia ⋅ ☁️ 13 °C

    W zasadzie kierunek wybrany został bardziej z obowiązku niż potrzeby serca, ale trudno pominąć…
    Trasa wędrówki wytycza się sama, dla tych, co to pierwszy raz w Rzymie, lista zabytków jest ustalona. Nie wyłamujemy się, podążamy dziś ustalonymi ścieżkami.

    Z hotelu szerokie place i ulice od Łaźni Dioklecjana prowadzą wprost na Forum Romanum, ale mimo że Forum rzeczywiście zachwyca, przebiegamy galopkiem, bo plan zakłada, że spędzimy tam cały poniedziałek. Za to na dziś w programie jest Campo do Fiori, które pod smutnym wzrokiem Giordano Bruno zostało zamienione w tętniący życiem targ. Może to i dobrze, że wieki ciemne zostały tylko uwiecznione pomnikiem, a życie barwnie i energicznie toczy się dalej, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że statua Bruno nie specjalnie jest zadowolona z takiego obrotu spraw.

    Z Campo do Fiori kierujemy się do Fortu San Angelo, nad Tybr, wezbrany, groźny i w kolorze burej kawy z mlekiem. Widoki z mostu da wspaniałe, i fort, i mosty, i kopuła Bazyliki Św Piotra.

    Do której w efekcie docieramy, odstawszy w kolejce wokół placu Św Piotra ponad 90 min. Daje to czas, aby dokładnie przyjrzeć się Pałacowi Apostolskiemu, figurom okalającym płac, obu fontannom i właściwie każdej płycie chodnikowej. Uznajemy, że płac znamy jak tubylcy, lepiej niż własną kieszeń.

    Wchodzimy do Bazyliki od strony krypt, i chyba jest to dobry wybór, bo wyłaniamy się pod samym grobem św Piotra, pod gigantycznym baldachimem dominującym w centrum, i rzeczywiście wyrywającym z ust okrzyk “Wow”. I jeśli chodzi o bazylikę, to jest to znakomite podsumowanie, bo choć wybudowana jest z nieprawdopodobnym rozmachem, i skąpana w złocie i zdobieniach, to w zasadzie jest to olbrzymi mauzoleum na część kolejnych papieży, a nie na chwałę jakiegokolwiek absolutu. W centrum Św Piotr, a dookoła w każdej kaplicy sarkofag kolejnego Innocentego, Leona i, oczywiście, Jana Pawła (ten nasz ma własną kaplicę, ten pierwszy został w krypcie).
    Trochę jest to przerażające, ale, w sumie, zgodne z duchem instytucji.
    Za to widok na plac Św Piotra i na Rzym w tle, z perspektywy pałacu Apostolskiego, jest, zaiste, nieziemski.

    A ma deser Muzeum Watykańskie, które na dzień dobry całkowicie zaskakuje. Pierwsza wystawa, obowiązkowa, to wystawa łodzi żaglowych. Ze wszystkich kontynentów. Od dłubanek po żaglowce. Nie powiem, zaskoczenie bardzo przyjemne, ale do samego końca trudno znaleźć w tym głębszy sens.
    Muzeum jest olbrzymie, czteroskrzydłowe, i wielokondygnacyjne (trudno powiedzieć, ilu, bo trochę się człowiek w tym gubi).
    Oczywiście clue programu jest kaplica sykstyńska, ale na nas zdecydowanie bardziej robi wrażenie Sala Kartograficzna, gdzie na olbrzymich mapach udokumentowana jest cała Italia. A sufit nie tylko malowany, ale cały w płaskorzeźbach. Może i nie przygotowane przez Michała Anioła, ale rozmach zachwyca.
    Droga pomiędzy salą kartograficzną a kaplicą prowadzi przez wystawy sztuki współczesnej, chyba dla oczyszczenia zmysłów :-). Tu rządzi minimalizm i abstrakcja, a także dużo białych pustych ścian.
    A Kaplica… jak na zdjęciach. Chociaż, nie. Na zdjęciach była okrągła. A tu jest, całkiem i zupełnie, prostokątna. I zdjęć robić nie wolno. No chyba, że jest się księdzem. Z Polski. To wtedy wolno - albo wydaje się, że wolno… taki wstyd ;-(

    Na koniec biegniemy jeszcze żeby zdążyć oglądnąć sztukę Etrusków ( dla powiększenia ekspozycji połączona z egipską) - i cudowne, oryginalne tabliczki z pismem klinowym. Do tego spotkanie z naszym dobrym przyjacielem Hadrianem, który oprócz północnych granic Anglii, i wschodnich granic Rumunii, pozostawił po sobie ślad również w Egipcie. Trudno odmówić mu rozmachu. Co prawda wygląda na to, że raczej przeniósł Egipt i Nil do Tivoli, niż Rzym do Egiptu, ale ambicja się liczy. Hadrian jak się okazuje był tak Egiptem zafascynowany, że zarządził obchody i Sothic cycle, z częstotliwością co 1465 lat. W obchodach pierwszych, w 139 n.e. brał udział osobiście. Następne, niestety, chyba nas ominą… Dla wyjaśnienia, Sothic = wschód Syriusza, i pozwala wyrównać kalendarz Egipski z Juliańskim. Choć święto wybitnie ważne dla kultury egipskiej, są podstawy, by przypuszczać, że w 1604 nie obchodzono go należycie. Także notka do naszych potomnych w 3069 roku - wiecie o czym należy pamiętać!

    A na ostatnie zakończenie powrót przez zalane światłem księżyca ulice i place.
    Leggi altro