Taszkient
8. maj, Usbekistan ⋅ ⛅ 33 °C
Taszkent: Chaos, Kalorie i Końskie Włosie
Dzień pierwszy (opis chaotyczny, bo i stan umysłu po przylocie był „lekko rozmyty”):
Zaczęło się od walki o przetrwanie. Lot nocny, snu tyle, co kot napłakał. Do 7 godzin różnicy czasu dorzuciliśmy kolejne 3 i nagle jet lag zaczął nas podgryzać z gracją wściekłego ratlerka. Mimo to sukces: wyszliśmy z lotniska w komplecie, z bagażami i garścią lokalnej waluty, która sprawia, że każdy czuje się tu jak milioner (przynajmniej do pierwszego rachunku). Na straży czekali nasi przewodnicy, Fara i Mateusz – młodzi, przesympatyczni i pełni energii, której nam w tamtej chwili zdecydowanie brakowało.
Szybki desant w hotelu: śniadanie, prysznic (zabieg upiększająco-reanimacyjny) i ruszyliśmy na podbój miasta!
1. Świętości i... BHP na minaretach
Pierwszy przystanek to meczet Hazrat Imam. Choć zbudowany współcześnie, dbałość o detale sprawia, że człowiek zbiera szczękę z posadzki. Dziś to Muzeum Islamu z cytatami z Koranu na fasadach. Obok pną się minarety – dawniej latarnie dla karawan, później ambony dla muezinów, a w wolnych chwilach... platformy do „edukacyjnego” zrzucania rozrabiaków. Jak minaret był niski, delikwent przeżył, ale resztę życia spędzał jako żywa reklama tamtejszego prawa.
Tuż obok stoi Medresa Baraka Chana. Studia trwały tam 21 lat (przy tym nasza medycyna to kurs weekendowy!). System był kameralny: jeden profesor na dwóch studentów. Złoty wiek nauki pod rządami wnuka Timura to jednak temat na inną opowieść, którą zaserwujemy w kolejnych miastach.
2. Islam i moda „na konia”
Szybka lekcja religioznawstwa: w Uzbekistanie dominuje liberalny sunnizm, choć szyici też mają swoje miejsce. Główna różnica? Poszło o sukcesję. Sunnici uznali, że Prorok nie zostawił testamentu i wybrali lidera, a szyici uparli się, że schedę powinien przejąć potomek Proroka.
Zobaczyliśmy też tradycyjną parandżę. To taki ubiór-zagadka: welon z końskiego włosia sprawia, że kobieta widzi wszystko, a jej nie widzi nikt. Całość to istna wizytowka na tkaninie: kolor mówił, ile masz lat, z tyłu zszyte fałdy oznaczały „zajęta”, a frędzelki informowały o liczbie dzieci (te wyżej to synowie, te niżej to córki).
3. Kołatki i Jedwabny Test
Mała dygresja o drzwiach: kołatka o drewno to gość-kobieta, metal o metal – facet. A jeśli kołatka podniesiona do góry? „Nie pukać, nikogo nie ma lub gospodarz ucina sobie drzemkę i nie życzy sobie towarzystwa”.
Potem przeszliśmy przyspieszony kurs rozpoznawania jedwabiu. Prawdziwy jedwab:
Rozciągnięty w powietrzu – stoi dęba.
Zgnieciony w garści – prostuje się szybciej niż my po kawie.
Brzegi zawsze są postrzępione – bo to materiał zbyt dumny, by dać się łatwo obszyć.
4. Wielki Gar i Wielki Timur
Głodni trafiliśmy do centrum kulinarnego, gdzie w kotłach wielkości małego basenu pichcił się Plov (pilaw). Ryż, mięso, dodatki – każdy region ma swój przepis, ale każdy jest obłędny.
Potem spacer na bazar Chorsu – tu kupisz wszystko: od owoców po warzywa, które wyglądają czasami jak przybysze z innej galaktyki. Na koniec wizyta u „szefa wszystkich szefów” – pomnika Amira Timura. Postać to potężna i surowa: z jednej strony krwawy zdobywca, przy którym Czyngis-chan mógłby brać korepetycje, z drugiej – mecenas sztuki i nauki.
Dzień zwieńczyliśmy w Lagman House ręcznie robionym makaronem, po czym – ledwo żywi, ale szczęśliwi – ruszyliśmy najpierw do hotelu a potem na dworzec. Przed nami 14 godzin w pociągu do Chiwy.Læs mere



























RejsendeDopiero początek, a już tyle wrażeń! Super 😘
Rejsende
💞
Rejsende
Piękne! Drewniane koronki!