• Tom Miaskowski
  • Kasia Miaskowski
  • Tom Miaskowski
  • Kasia Miaskowski

Uzbekistan 2026

A 14-day adventure by Tom & Kasia Read more
  • Trip start
    May 7, 2026
  • Gdansk

    May 7 in Poland ⋅ ☁️ 8 °C

    Zaczynamy...siedzimy na lotnisku w Gdańsku i czekamy na naszą gromadkę. Dzisiaj dzień i noc w samolotach, najpierw do Warszawy a potem do Tshkientu. Same nudy na razie czeka nas dużo latania. Grupa się połączyła nastroje są przednie także ruszamy.Read more

  • Taszkient

    May 8 in Uzbekistan ⋅ ⛅ 33 °C

    ​Taszkent: Chaos, Kalorie i Końskie Włosie

    ​Dzień pierwszy (opis chaotyczny, bo i stan umysłu po przylocie był „lekko rozmyty”):

    ​Zaczęło się od walki o przetrwanie. Lot nocny, snu tyle, co kot napłakał. Do 7 godzin różnicy czasu dorzuciliśmy kolejne 3 i nagle jet lag zaczął nas podgryzać z gracją wściekłego ratlerka. Mimo to sukces: wyszliśmy z lotniska w komplecie, z bagażami i garścią lokalnej waluty, która sprawia, że każdy czuje się tu jak milioner (przynajmniej do pierwszego rachunku). Na straży czekali nasi przewodnicy, Fara i Mateusz – młodzi, przesympatyczni i pełni energii, której nam w tamtej chwili zdecydowanie brakowało.

    ​Szybki desant w hotelu: śniadanie, prysznic (zabieg upiększająco-reanimacyjny) i ruszyliśmy na podbój miasta!

    ​1. Świętości i... BHP na minaretach

    ​Pierwszy przystanek to meczet Hazrat Imam. Choć zbudowany współcześnie, dbałość o detale sprawia, że człowiek zbiera szczękę z  posadzki. Dziś to Muzeum Islamu z cytatami z Koranu na fasadach. Obok pną się minarety – dawniej latarnie dla karawan, później ambony dla muezinów, a w wolnych chwilach... platformy do „edukacyjnego” zrzucania rozrabiaków. Jak minaret był niski, delikwent przeżył, ale resztę życia spędzał jako żywa reklama tamtejszego prawa.

    ​Tuż obok stoi Medresa Baraka Chana. Studia trwały tam 21 lat (przy tym nasza medycyna to kurs weekendowy!). System był kameralny: jeden profesor na dwóch studentów. Złoty wiek nauki pod rządami wnuka Timura to jednak temat na inną opowieść, którą zaserwujemy w kolejnych miastach.

    ​2. Islam i moda „na konia”

    ​Szybka lekcja religioznawstwa: w Uzbekistanie dominuje liberalny sunnizm, choć szyici też mają swoje miejsce. Główna różnica? Poszło o sukcesję. Sunnici uznali, że Prorok nie zostawił testamentu i wybrali lidera, a szyici uparli się, że schedę powinien przejąć potomek Proroka.

    ​Zobaczyliśmy też tradycyjną parandżę. To taki ubiór-zagadka: welon z końskiego włosia sprawia, że kobieta widzi wszystko, a jej nie widzi nikt. Całość to istna wizytowka na tkaninie: kolor mówił, ile masz lat, z tyłu zszyte fałdy oznaczały „zajęta”, a frędzelki informowały o liczbie dzieci (te wyżej to synowie, te niżej to córki).

    ​3. Kołatki i Jedwabny Test

    ​Mała dygresja o drzwiach: kołatka o drewno to gość-kobieta, metal o metal – facet. A jeśli kołatka podniesiona do góry? „Nie pukać, nikogo nie ma lub gospodarz ucina sobie drzemkę i nie życzy sobie towarzystwa”.

    ​Potem przeszliśmy przyspieszony kurs rozpoznawania jedwabiu. Prawdziwy jedwab:

    ​Rozciągnięty w powietrzu – stoi dęba.

    ​Zgnieciony w garści – prostuje się szybciej niż my po kawie.

    ​Brzegi zawsze są postrzępione – bo to materiał zbyt dumny, by dać się łatwo obszyć.

    ​4. Wielki Gar i Wielki Timur

    ​Głodni trafiliśmy do centrum kulinarnego, gdzie w kotłach wielkości małego basenu pichcił się Plov (pilaw). Ryż, mięso, dodatki – każdy region ma swój przepis, ale każdy jest obłędny.

    ​Potem spacer na bazar Chorsu – tu kupisz wszystko: od owoców po warzywa, które wyglądają czasami jak przybysze z innej galaktyki. Na koniec wizyta u „szefa wszystkich szefów” – pomnika Amira Timura. Postać to potężna i surowa: z jednej strony krwawy zdobywca, przy którym Czyngis-chan mógłby brać korepetycje, z drugiej – mecenas sztuki i nauki.

    ​Dzień zwieńczyliśmy w Lagman House ręcznie robionym makaronem, po czym – ledwo żywi, ale szczęśliwi – ruszyliśmy najpierw do hotelu a potem na dworzec. Przed nami 14 godzin w pociągu do Chiwy.
    Read more

  • Khiva

    May 9 in Uzbekistan ⋅ ☁️ 20 °C

    Dzisiejszy dzień jest jak uzbecki dywan – niby mało się przemieszczaliśmy, a wzorów i wrażeń tyle, że trudno to ogarnąć rozumem. Najchętniej zamknąłbym Chiwę w słoiku i nie pokazywał nikomu, żeby tłumy nie zadeptały tej magii. Ale skoro już tu jesteśmy…

    …to zacznijmy od pociągu.

    Nasza podróż z Taszkentu trwała jakieś 15 godzin. Przy takim dystansie czas przestaje istnieć, a rzeczywistość staje się opcjonalna. Głównym antagonistą wyprawy była temperatura, która uparcie oscylowała wokół 30°C wewnątrz wagonu – przynajmniej na początku podróży. Człowiek nie wiedział już, czy jedzie przez pustynię, czy powoli sam się w nią zamienia.

    Sytuację uratował On: Pan w Podkoszulce. Ubrany w klasyczną „żonobijkę”, przeszedł przez wagony niczym bóstwo klimatyzacji. Temperaturę mierzył wyciągniętą dłonią (termometr był zbędny przy takiej intuicji), a jego mina mówiła jasno: „Albo będzie chłodno, albo ten pociąg pożałuje, że w ogóle wyjechał.” Pod wpływem tego spojrzenia ekipa techniczna doznała nagłego przypływu geniuszu i – o cudzie! – klimatyzacja wróciła do życia. Legendy mówią, że do dziś jeździ tam i kontroluje temperaturę samym wzrokiem.

    Czy wiecie, że Chiwa przez wieki była jednym z najważniejszych przystanków na Jedwabnym Szlaku? Handlowano tu wszystkim – od jedwabiu po… niewolników. Dziś, na szczęście, dominują magnesy na lodówkę, wyroby z drewna i jedwabne szale.

    Poranek w pociągu przyniósł wizytę Ani, która z oazą spokoju w głosie zapytała o koniak „na lekarstwo”. Bez mrugnięcia okiem przyjęła dawkę uderzeniową (pół szklanki!), oznajmiła, że kuracja zakończona sukcesem, po czym odpłynęła w stronę swojej kuszetki. Takiej skuteczności nie gwarantuje nawet reklama syropu na najgorszy kaszel.

    Później zrobiło się sentymentalnie. Mijaliśmy Urganch – miejsce narodzin Anny German. W pociągu wybrzmiały jej utwory, a my, zatopieni w tym unikalnym głosie, wysiedliśmy na chwilę na peron, by oddać hołd wielkiej artystce. Był to jeden z tych momentów, kiedy podróż nagle zwalnia i człowiek przypomina sobie, że nie wszystko trzeba przeżywać w biegu.

    Po „zabiegach regeneracyjnych” (czyt. zmyciu z siebie pyłu pociągu, pustyni i lekkiego poczucia egzystencjalnego zagubienia) ruszyliśmy na podbój Itchan Kala – miasta-twierdzy wpisanego na listę UNESCO, gdzie czas zatrzymał się jakieś 600 lat temu.

     Spacerowaliśmy między murami z cegły i gliny zmieszanej ze słomą. Niesamowite, że technologia „bio-budownictwa” sprzed wieków trzyma się całkiem nieźle.

    Najwięksi śmiałkowie (Grześ,Wojtek, Mateuszu i Kasia) wdrapali się na minaret Islam Khoja – najwyższy minaret w Uzbekistanie (45 metrów!). To nie tylko punkt widokowy, ale też symbol nowoczesności tamtych czasów: jego fundator zbudował w Chiwie pierwszą świecką szkołę i szpital. Panorama z góry była warta każdego stopnia i każdej chwili zastanawiania się: „Po co ja tu wchodzę?”

    Na bazarze dopadł nas kunszt lokalnych rzemieślników. Odwiedziliśmy sklep z wyrobami z drewna i kupiliśmy podstawkę, której wykonanie zajmuje od 10 do 14 dni.  Tutejsi mistrzowie rzeźbią w drewnie wiązowym (karagacz) lub orzechowym – twardym jak uzbeckie negocjacje cenowe.

    Dzień zwieńczyliśmy w lokalnej restauracji. Na stole wjechały przepyszne dania: gomma – lokalne smażone pierożki z mięsem – oraz zestaw świeżych sałatek, które w tym klimacie smakują jak wygrana na loterii. No i oczywiście nie można pominąć miejscowego koniaku, który okazał się trunkiem o właściwościach niemal magicznych. Po dwóch kieliszkach człowiek zaczyna rozumieć historię Jedwabnego Szlaku znacznie głębiej.

    Chiwa o zachodzie słońca wygląda jak plan filmowy „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Złote światło odbijające się od glinianych murów sprawia, że człowiek przez chwilę nie wie, czy jeszcze podróżuje, czy już śni. Jedno jest pewne – to miasto zostanie w nas na zawsze.
    Read more

  • Khiva kolejny dzień

    May 10 in Uzbekistan ⋅ ☀️ 24 °C

    Dzisiejsze wspomnienia pewnie będą bardzo trudne do ogarnięcia. Niby nic spektakularnego się nie wydarzyło, ale tak skondensowany przypływ informacji jest niezwykle trudny do przekazania. Do tego dochodzą jeszcze własne myśli, które – chcąc nie chcąc – modelują przeżycia na swój sposób. Tak czy inaczej był to kolejny magiczny dzień.

    Naszą przewodniczką była przepiękna Nasiba, której imię ma wiele znaczeń, ale chyba najpiękniejsze z nich to życzenie, aby los był pomyślny i bogaty w dobre wydarzenia. Pochodzi ona z prowincji Khorezm, która dzieli się na 11 regionów. Ludzie posługują się tam językiem bardziej zbliżonym do tureckiego niż klasycznego uzbeckiego.

    Do starego miasta weszliśmy przez południową bramę, znaną również jako brama ojca – Ota Darvoza. Prowadziła ona do medresy, czyli szkoły religijnej, z której kiedyś mogli korzystać wyłącznie chłopcy. W dzisiejszych czasach również dziewczęta mogą się uczyć. Nauka trwa teraz zwykle 4–5 lat, podczas gdy dawniej chłopcy potrafili spędzać w edukacji nawet 21 lat.

    Suchy klimat pomógł zachować około 130 pomieszczeń w bardzo dobrym stanie. Dzisiaj jest tam hotel.

     Kompleks znajdował się blisko więzienia, które można by nazwać „stacją przechodnią”. Wyroki zwykle kończyły się wyjątkowo niekorzystnie dla zainteresowanych, a przeżywalność była minimalna – niezależnie od przewinienia. Wymiar sprawiedliwości wykonywano publicznie i niezwykle brutalnie. Wystarczało to ponoć na jakieś trzy lata społecznego spokoju i skutecznie leczyło „robaczywe myśli”. Ale o tym za chwilę…

    Przez dłuższą chwilę staliśmy pod krótkim minaretem – Kalta Minor. Pierwotnie miał mieć aż 100 metrów wysokości, ale skończyło się na około 30. Plan był ambitny: podobno z jego szczytu miało być widać Bucharę. No ale… nie wyszło. Architekt, obawiając się o własne życie, dostał skrzydeł i podobno odleciał do cieplejszych krajów. Tak mówi legenda.

    Minaret był wyjątkowy, bo zamiast malowanych zdobień pokryto go kafelkami majolikowymi.

     Obejrzeliśmy również medresę Mohammed Amin Khan i ruszyliśmy do Kunha Ark – dawnej rezydencji i meczetu Khana.

    Z zewnątrz budowla była bardzo skromna, ale wnętrza wręcz ociekały bogactwem. Była część letnia i zimowa, no i oczywiście harem. Architekt został ponoć nazwany przez Khana szatanem, bo wzory kafelków nigdy się nie powtarzały – łączyły się pozornie chaotycznie, a jednak tworzyły niezwykle misterną i pełną życia mozaikę. Co ciekawe, kafelki były przybijane do ścian gwoździami. Mówiono, że architekt musiał coś palić albo pić. Ja myślę że jedno i drugie.

    Ciekawostką była także mennica. Jako strażników wykorzystywano tam małe dzieci – z bardzo prostego powodu: dzieci z natury mówią wszystko i niewinnie donoszą o wszystkim, co widzą. Pracujący tam mężczyźni mieli długie brody i kudłate włosy. Po powrocie do domu wyczesywali z nich złoty pył, który po czasie zamieniał się w całkiem niezły majątek. Kiedy proceder wyszedł na jaw, wielu z nich musiało pożegnać się z fryzurą i chodzić na łyso i bez brody.

    Monety miały małe dziurki i noszono je na kobietach – żywych sejfach tamtych czasów.

    Mała dygresja o kobietach. Istniała – i ponoć nadal istnieje – pewna „cena” związana z zawarciem małżeństwa. W zależności od umiejętności i statusu przyszłej żony moze to być od 1500 do 4000 dolarów. Panna młoda podczas wesela stoi niemal w pełnej „zbroi”, czyli pod welonem, i każdemu przychodzącemu do domu kłania się trzy razy w pas, co symbolicznie oznacza: „będę Ci służyć do końca życia”. Do teściów nie wolno jej się odzywać, dopóki nie urodzi minimum dwójki dzieci, a do teścia – podobno do końca życia – mówi się wyłącznie szeptem.

    W Kunha Ark Khan modlił się i przyjmował gości. Aby się do niego dostać, należało przejść przez trzy pomieszczenia: w pierwszym zostawiało się dary, w drugim broń, a w trzecim uczono przybyłego odpowiedniego zachowania podczas audiencji. Przez cały czas należało trzymać ręce skrzyżowane na piersiach.

    Do Khana wchodziło się zwykle przez bardzo niskie drzwi – pomagały one automatycznie oddać ukłon. Chociaż, rzecz jasna, istniały też normalnej wysokości wejścia dla równie ważnych gości. Z 64 Khanów tylko jeden zmarł śmiercią naturalną. To chyba mówi samo za siebie.

    Zanim odpowiem na pytanie, gdzie mieszkał Khan, szybki powrót do więzienia Zindan. Jak wspominałem wcześniej, kary były surowe i okrutne: nabijanie na pal, zakopywanie żywcem głową w dół za znalezienie się w obcym haremie, zrzucanie z minaretu lub wieszanie za życie bez ślubu. Kobiety zakopywano po piersi i kamienowano. Pierwszy kamień rzucał ojciec, a później – jako znak hańby – do końca życia nie mógł nosić czapki, by wszyscy wiedzieli, co zrobiła jego córka.

    Kobiety lekkich obyczajów wkładano do worków z dzikimi kotami, a następnie obijano worki kijami, rozwścieczając zwierzęta, które wykonywały resztę „wyroku”. Brzmi to jak coś z bardzo mrocznego filmu, ale niestety była to rzeczywistość tamtych czasów.

    No dobrze, wróćmy do haremu – bo właśnie tam mieszkał Khan. Miał cztery żony. Pierwsze trzy zwykle wybierała matka Khana, a pierwsza żona była najważniejsza i tradycyjnie zajmowała się finansami. Czwartą wybierał już sam Khan i zazwyczaj była najbliższa jego sercu.

    Żony mieszkały po tej samej stronie co władca, a po przeciwnej stronie – w pełnym słońcu – przebywały nałożnice. Podobno po to, by były pięknie opalone i żeby ich uroda „mogła się otworzyć”. Bywało ich nawet około setki.

    Kobiety w haremie zdobywały wykształcenie – uczyły się języków, rękodzieła i wielu praktycznych umiejętności. Każda otrzymywała monetę raz w tygodniu, a jeśli miała osobiste spotkanie z Khanem choćby tylko jeden raz, zapewniano jej opiekę finansową do końca życia.

    Temat jest niezwykle fascynujący, ale trzeba iść dalej.

    Warto wspomnieć, że w małej medresie znajduje się muzeum wielkich myślicieli – ojców matematyki, filozofii i medycyny. Między innymi Abu Ali Ibn Sina, znany szerzej jako Awicenna. Mówi się, że wykonywano tu jedne z pierwszych operacji wyrostka robaczkowego, prowadzono ciekawe obserwacje neurologiczne i rozwijano matematykę, w której zastosowano zero.

    Ostatnią z niezwykłych budowli był piątkowy meczet, gdzie Khan modlił się razem z ludem. Mógł pomieścić aż 5000 osób. Podobnych budowli tej klasy jest podobno zaledwie sześć na świecie – cztery w Turcji, jedna w Kordobie i właśnie ta tutaj.

    Meczet wspierały drewniane kolumny rozmieszczone tak sprytnie, że widok był niemal niezakłócony z każdego miejsca. Dodatkowo strategicznie rozplanowane otwory w ścianach sprawiały, że wszędzie było doskonale słychać.

    Druga część dnia to pokaz gotowania z naszym aktywnym udziałem. Robiliśmy makaron z koperkiem, który nadawał mu przepiękny zielony kolor, oraz oglądaliśmy jak się piecze chleb w specjalnym piecu, do którego ścianek przykleja się ciasto. Cały proces pieczenia trwał około 10 minut.

    To chyba na tyle, choć i tak zrobiła się całkiem długa opowieść.
    Read more

  • Bukhara

    May 11 in Uzbekistan ⋅ 🌙 20 °C

    Dzisiejsze spostrzeżenia będą chyba najkrótsze, gdyż tak naprawdę większość dnia spędziliśmy umówmy się na "kontemplacji asfaltu" przemieszczając się z Chiwy do Buchary. Na pierwszy, powierzchowny rzut oka ta trasa wydaje się bardzo nudna i mogłaby służyć za tło do filmu o końcu świata, gdyż prowadzi ona przez dość monotonny krajobraz. Jednak w rzeczywistości jest to fragment dawnego Szlaku Jedwabnego. Wystarczy pozwolić sobie na chwilę zadumy i przenieść się setki lat wstecz, kiedy wielbłądzie karawany łączyły tak odległe zakątki świata.

    Opuszczając Chiwę, nadal byliśmy otoczeni zielenią korzystającą z dobrodziejstw dającej życie głównej rzeki tego regionu — Amu-darii. Dotarliśmy do jej brzegów, podziwiając, jak majestatycznie meandruje i ginie gdzieś w odległej przestrzeni. Później, stopniowo oddalając się od rzeki, coraz bardziej pochłaniały nas południowe rubieże pustyni Kyzył-kum. Co prawda charakterystyczne czerwone piaski widoczne były jedynie gdzieś daleko na horyzoncie, ale surowość i monotonia tego terenu dało się odczuć bardzo wyraźnie.

    W przeszłości pokonanie tego dystansu — około 450 kilometrów — zajmowało karawanom nawet dwa tygodnie. Co 25–30 kilometrów, czyli mniej więcej tyle, ile wielbłąd był w stanie przejść dziennie, znajdowały się tzw. karawanseraje — przystanie, zajazdy i swoiste hotele Jedwabnego Szlaku.

    Po dotarciu do Buchary i szybkim opanowaniu hotelowej rzeczywistości ruszyliśmy na miasto. Czekał nas obiad w świetnym miejscu, a potem zwiad rozpoznawczo-zakupowy dotyczący potencjalnych łowów na unikalne dla tego regionu wyroby z jedwabiu, dywany, jak również nieco mniej obciążające portfel pamiątki. Na koniec dnia — wizyta w hammamie.

    Teraz kilka słów o jedwabiu — oczywiście są to informacje błyskawicznie wyszpiegowane w internetowych zakamarkach.

    Ponieważ Buchara znajdowała się na Szlaku Jedwabnym, gdzie przez stulecia krzyżowały się kupieckie drogi, sztuka tkania jedwabiu osiągnęła tutaj niezwykle wysoki poziom, przekazywany z pokolenia na pokolenie.

    Najbardziej charakterystyczną techniką dla Uzbekistanu jest ikat (lokalnie abr, czyli „chmura”), nazwany tak ze względu na miękkie, lekko rozmyte wzory. Technika polega na barwieniu nici jeszcze przed założeniem ich na krosno.

    Batik, choć kojarzony głównie z Indonezją, występuje również w niektórych regionach Azji Centralnej. Jest to technika nanoszenia wzorów na gotową tkaninę przy użyciu wosku pszczelego i naturalnych barwników, dzięki czemu materiał zyskuje bardziej miękki i płynny charakter.

    Adras to tkanina powstająca z połączenia bawełny i jedwabiu.

    Shover to czysty, stuprocentowy jedwab — zazwyczaj niezwykle cienki jak cierpliwość wielbłąda i lekki jak piórko.

    Naturalne kolory uzyskiwano dzięki składnikom dostępnym w przyrodzie a nie z tubki czyli indygo dawało odcienie niebieskiego, skórki granatu — żółcie i brązy, marzanna — czerwienie, a orzech włoski — głębokie brązy i czerń. Wzory również miały znaczenie — motyw migdału symbolizował szczęście i miłość, natomiast owalne ornamenty miały chronić przed złym okiem.

    To tyle o jedwabiu — jutro zapewne będziemy tę wiedzę weryfikować w praktyce i pewnie na własnych portfelach.

    No i na koniec — hammam. Jest to forma starożytnej łaźni, nieco przypominającej tureckie kąpieliska, choć mającej własny, niepowtarzalny charakter. Niektóre hammamy działają nieprzerwanie od stuleci i w niemal magiczny sposób pomagają odnaleźć balans oraz harmonię w zmęczonym ciele i umyśle. Ciepłe kamienne płyty, para, peeling, rozciąganie, masaż, a na koniec okład z imbiru zmieszanego z miodem sprawiają, że człowiek przenosi się do zupełnie innej krainy — takiej, w której czas zwalnia, a zmęczenie po prostu znika.
    Read more

  • Bukhara dzien drugi

    May 12 in Uzbekistan ⋅ 🌙 23 °C

    Ten dzień będzie bardzo trudny do opisania, bo zobaczyliśmy tyle ciekawych, przesiąkniętych historią miejsc, że zwyczajnie nie da się oddać wszystkiego tak, jak na to zasługuje.

    Naszym przewodnikiem był pan Zokhir – człowiek, którego energią można by spokojnie obdzielić kilka osób, a może i pół miasta. To właśnie on został bohaterem „Operacji Czapka dla Komandora”. Kiedy okazało się, że w wskazanym sklepie upragnionego modelu nie ma, rzucił tylko okiem na zdjęcie, pomyślał kilka sekund i z pewnością godną Sherlocka Holmesa oznajmił: „Znajdę”. I… znalazl.

    Zaczęliśmy od Medresy Kukeldash, a zaraz potem odwiedziliśmy Medresę Nadir Divan Begi. Bukhara przez wieki była jednym z najważniejszych centrów nauki islamskiej. To tutaj studiowano matematykę, astronomię, medycynę i filozofię – trochę taki europejski średniowieczny uniwersytet, tylko z piękniejszymi kafelkami.

    Przewija się tu też postać wielkiego astronoma i władcy – Ulugbeka, który zamiast podbijać świat mieczem, bardziej interesował się gwiazdami. Jego obserwacje astronomiczne wyprzedzały epokę o całe stulecia. Co prawda Ameryki nie odkrył(może tylko teoretycznie), ale gwiazdy liczył z dokładnością, której Europa długo mogła mu zazdrościć.

    Na placu przy oazie Lab-i Hovuz stoi pomnik Hodży Nasreddina – lokalnego filozofa, spryciarza i dowcipnisia, trochę mieszanki naszego Janosika i Robin Hooda. To postać z legend i opowieści, która zwykle wygrywała nie siłą, a sprytem i humorem.

    Jedną z najbardziej fascynujących rzeczy w Bucharze była religijna i kulturowa mieszanka. Przez wieki współistniały tu różne religie i narodowości – mówi się nawet o ponad stu grupach etnicznych żyjących obok siebie w całkiem niezłej zgodzie. Do dziś w ornamentach meczetów i medres można znaleźć symbole przypominające dawne wierzenia.

    Ciekawostką były też niskie drzwi w wielu budowlach. Powody były co najmniej trzy: ekonomiczny – mniej drewna do budowy, praktyczny – łatwiej utrzymać temperaturę, i wychowawczy – każdy musiał lekko się ukłonić przy wejściu. Nawet jeśli ktoś miał ego wielkości pałacu emira, architektura szybko sprowadzała go do pionu.

    Kolejne miejsca na naszej trasie to karawanseraj Sajfuddin, meczet Magoki Attori oraz grobowiec Khoja Ahmadi. Bukhara leżała na Jedwabnym Szlaku, więc przez miasto przewijały się karawany z całego świata. Miała aż 12 bram, odpowiadających głównym kierunkom handlowym. Otwierano je o świcie i zamykano o zachodzie słońca.

    I tu ciekawostka: wielbłądy – czyli dawne odpowiedniki TIR-ów – po rozładunku zostawały poza miastem. Już wtedy wiedziano, że korki i parkowanie w centrum to zły pomysł.

    Po zmroku przy miejskich bramach funkcjonował system przypominający hotelową recepcję. Trzeba było delikatnie zapukać trzy razy, wykonać ukłon i uiścić opłatę – monetą lub… czterdziestoma kamieniami, które później wykorzystywano do budowy dróg.

    Podobno było tu aż 64 różne bazary, zwykle wyspecjalizowane w jednym rodzaju towaru. My przeszliśmy przez bazar Toqi Telpak Furushon – królestwo czapek i nakryć głowy – oraz bazar Abdulla Khan, bardziej ekskluzywną strefę dla bogatszych klientów.

    Ogromne wrażenie zrobił na mnie warsztat jedwabiu. Obsługa tradycyjnego krosna wymaga niemal nadludzkiej koordynacji: osiem pedałów obsługiwanych nogami w odpowiedniej sekwencji, ręce robiące coś zupełnie innego i wszystko zsynchronizowane niczym orkiestra. Jeden błąd i wzór może się rozsypać. Jeden metr jedwabnego szalika powstaje około czterech godzin – po czym człowiek przestaje się dziwić cenie.

    Jeszcze większy szacunek budziły warsztaty ręcznie tkanych dywanów. Aby stworzyć 1 cm jedwabnego dywanu, potrzeba całego dnia pracy. Przy dywanach z wełny lub sierści tempo jest nieco szybsze – około 2 cm dziennie. Po czym człowiek przestaje pytać: „Dlaczego to takie drogie?”, a zaczyna myśleć: „Jak oni mają tyle cierpliwości?”.

    Jednym z ostatnich punktów dnia był kompleks Poi Kalon z monumentalnym minaretem Kalon. Według legendy, gdy Dzingis-chan zobaczył wieżę podczas podboju Buchary, aż spadła mu czapka z głowy. Gdy schylił się, by ją podnieść, miał uznać to za znak szacunku i miał rozkazać oszczędzić minaret. Prawda czy legenda – minaret do dziś się nieźle prezentuje.

    Następnie ruszyliśmy do Cytadeli Ark – ogromnej twierdzy i dawnej siedziby emirów. Wiele meczetów miało sprytnie ustawione kolumny, czasem asymetrycznie, aby poprawić akustykę i tworzyć efekt echa. Średniowieczna technologia audio – bez baterii i Bluetooth.

    Na koniec kilka ciekawostek obyczajowych. Kobiece ozdoby bywały jednocześnie praktyczne – wisiorki mogły kryć pilniczki, małe nożyki czy przyrządy kosmetyczne. Smoczki dla dzieci wykonywano często ze srebra lub złota i wkładano do nich słodkie przysmaki.

    Najbardziej zaskoczyła mnie jednak tradycyjna kołyska. Maluch był przypinany systemem pasów niczym mały astronauta, a zamiast pieluch stosowano bardzo pomysłowy system odprowadzania „spraw fizjologicznych” do specjalnego pojemnika pod kołyską – z różnymi rozwiązaniami dla chłopców i dziewczynek. I podobno działa to do dziś.
    Read more

  • Khansar Yurt Camp

    May 13 in Uzbekistan ⋅ 🌙 22 °C

    Kolejny magiczny dzień, ale tym razem zupełnie inny od poprzednich. Zamiast monumentalnych zabytków i miejskiego gwaru, cieszyliśmy oczy przestrzenią i przyrodą, które towarzyszyły nam w podróży w okolice jeziora Aydar. Ruszyliśmy dwoma samochodami po nową przygodę, a krajobraz za oknem zmieniał się jak slajdy w prezentacji przygotowanej przez naturę – trochę pustyni, trochę stepu, trochę niczego… ale tego „niczego”, od którego trudno oderwać wzrok.
    Samo jezioro Aydar to geograficzna ciekawostka – leży na skraju pustyni Kyzylkum, jednej z największych pustyń Azji Centralnej, a jego powstanie w dużej mierze było dziełem przypadku i ludzkiej ingerencji w system wodny regionu. Dziś tworzy ogromną błękitną plamę pośród suchych terenów Uzbekistanu, trochę jakby ktoś rozlał morze tam, gdzie kompletnie się go nie spodziewasz.
    Dzisiejszą noc spędzaliśmy w yurtach, próbując choć na chwilę przenieść się do czasów dawnych koczowników, podróżników przemierzających Jedwabny Szlak i zdobywców, którzy przez te ziemie ciągnęli ze swoimi armiami. Yurta z zewnątrz wygląda niepozornie, ale w środku – przy odpowiednim nastawieniu i odrobinie wyobraźni – człowiek zaczyna się zastanawiać i widzieć wszystko inaczej.

    Po dotarciu na miejsce i logistycznym rozlokowaniu w naszych mobilnych „apartamentach” ruszyliśmy nad jezioro. Wielu z nas zażywało kąpieli o właściwościach odmładzająco-relaksujących w przerwie dyskutując o bardzo ważnych sprawach połączonych z konsumpcjia płynów o właściwościach niemal magicznych.

    Tuż przed zachodem słońca wróciliśmy do bazy i wybraliśmy się na krótki spacer. Zachodzące słońce, ogrom przestrzeni i czerwieniejące piaski stworzyły prawdziwą ucztę dla oczu. Człowiek patrzył i miał wrażenie, że ktoś specjalnie podkręcił kolory w ustawieniach światła.
    Potem przyszła pora na inną ucztę – tę przygotowaną przez naszych gospodarzy. Zaczęło się od świeżo pieczonego chleba wypiekanego w tandirze, tradycyjnym glinianym piecu, który w tej części świata jest nieodzownym elementem wyposażenia kuchni. Do tego aromatyczna zupa i lokalny plov i wszystko bardzo smaczne, odpowiednio zakrapiane wódeczką, po prostu kolejny cud.

    Po kolacji ognisko, a na deser coś naprawdę wyjątkowego – duchowa uczta w postaci muzyki i śpiewu wykonywanego przez 16-letniego chłopaka o niesamowicie ciepłym kazachskim głosie i niesamowitej umiejętności gry na charakterystycznym instrumencie dwustrunowym o nazwie dutar. tylko dodawało klimatu temu miejscu. Potem były tańce, nasze mniej lub bardziej profesjonalne śpiewy i mnóstwo śmiechu. No i na jeszcze jeden deser ziemniaki pieczone w ognisku które zapewniła Fara i koniaczek od Mateusza spowodowaly że w doskonałych nastrojach udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, choć pewnie niejednemu w głowie jeszcze długo grały melodie spod ogniska i widok czerwonego zachodu słońca nad stepem.
    Read more

  • Samarkand

    May 14 in Uzbekistan ⋅ ⛅ 20 °C

    Po noclegu w jurtach, gdzie sen napędzany był świeżym powietrzem, zapachem stepu, porykiwaniem wielbłądów, a ostatecznie zakończony pianiem kogutów służących za naturalny budzik, zaczęliśmy kolejny dzień.

    ​Nasi gospodarze przygotowali doskonałe śniadanie, na którym pojawił się również deser dla śmiałków w postaci kwaśnego mleka wielbłądziego. Wypoczęci, najedzeni i w miarę ogarnięci higienicznie ruszyliśmy do wozów, zaczynając podróż do Samarkandy.

    ​Czekało nas około 250–300 km jazdy. Żegnaliśmy półpustynne okolice jeziora Ajdar – głównie płaskie, ale również lekko pomarszczone przestrzenie, suche stepy i kurz unoszący się nad drogą. Temperatura już od samego początku przypominała, że Uzbekistan nie zna pojęcia "delikatne ciepło”. Sytuacji nie ułatwiał nasz kierowca, który z jakiegoś powodu bez przerwy bawił się pokrętłami od klimatyzacji. W maju słońce potrafi tutaj bez problemu przekroczyć 30°C.

    ​Im bliżej Samarkandy, tym krajobraz stawał się łagodniejszy i bardziej zielony – pojawiły się pola uprawne, drzewa i delikatne wzgórza. Wyglądało to tak, jakby natura sama przygotowywała scenografię przed wielkim finałem w przepięknej Samarkandzie, jednym z najsłynniejszych miast na Jedwabnym Szlaku.

    ​Ciekawostka o mleku wielbłądzim (Szalap / Czand): Mleko wielbłądzie to potężna bomba witaminowa, ma trzy razy więcej witaminy C niż mleko krowie i mnóstwo żelaza. Dla koczowników było to naturalne lekarstwo na upały, bo doskonale gasi pragnienie i reguluje trawienie.

    ​Dotarliśmy do celu. Gdy doprowadziliśmy już do porządku nasze umysły i ciała, ruszyliśmy odkrywać cuda tego miasta. Małymi, wąskimi uliczkami skierowaliśmy się w stronę meczetu Bibi Chanum. Mijaliśmy tradycyjne mahalle (dawne wspólnoty sąsiedzkie, z których część zamieniono dziś na hotele i dotarliśmy od tyłu do ​meczet Bibi Chanum.
    Został zbudowany na polecenie Amira Timura  w trakcie lub tuż po jego zwycięskiej wyprawie do Indii. W założeniu miał być największym i najwspanialszym meczetem ówczesnego świata islamu. Budowano go przez 5 lat, a gigantyczna konstrukcja mogła pomieścić aż 12 tysięcy modlących się. Budowla była jednak tak monumentalna, że jej mury zaczęły pękać i kruszyć się pod własnym ciężarem jeszcze za życia Timura. Współczesny, zapierający dech w piersiach wygląd zawdzięczamy ogromnym pracom konserwatorskim.

    ​Na dziedzińcu stoi wielki, marmurowy pulpit pod Koran. Według lokalnego wierzenia kobiety, które mają problem z zajściem w ciążę, powinny przejść pod nim na czworakach, co ma zapewnić im płodność. Niestety, dziś jest to już niemożliwe. Zabytek odgrodzono szklaną barierą, ponieważ jedna z pań próbujących szczęścia – obdarzona przez naturę nieco większymi rozmiarami – ugrzęzła między kamiennymi nogami pulpitu i trzeba było ją stamtąd wyciągać.

    ​A propos Koranu: mała dygresja – najstarszy i najbardziej oryginalny egzemplarz tej świętej księgi (Koran Usmana) znajduje się nie gdzie indziej, jak w pobliskim Taszkiencie.

    ​Ciekawostka o wielkim pulpicie: Ten kamienny pulpit był przeznaczony dla gigantycznego Koranu z XIV wieku. Księga była tak wielka, że do przewracania jej stron potrzebni byli dwaj silni duchowni, a sam tekst czytano z balkonu meczetu i oczywiście ta wiadomość wyszpiegowalem z internetu :)

    ​Inna legenda głosi, że główny architekt zakochał się bez pamięci w trzeciej, ale najważniejszej żonie Timura – pięknej Bibi Chanum. Zgodził się dokończyć budowę gigantycznego meczetu tylko w zamian za jeden pocałunek, który po wielu skomplikowanych zabiegach w końcu dostal. Ślad, jaki zostawił na policzku królowej, był tak namiętny i wyraźny, że Timur po powrocie z Indii od razu go zauważył. Władca, delikatnie mówiąc, był bardzo z tego nie zadowolony. Królową chciał odprawić, a architektowi planowal zrobić krzywdę no ale ten zawczasu się ulotnił i uciekł do Persji.

    ​Zaraz obok meczetu odwiedziliśmy bazar Siab – jeden z największych i najstarszych nieprzerwanie działających targów w Azji Środkowej. Można tam do dzisiaj znaleźć absolutnie wszystko: od przypraw, przez suszone owoce, aż po słynne samarkandzkie chlebki.

    ​Kolejnym przepięknym monumentem widocznym z daleka był Plac Registan – prawdziwy symbol Samarkandy. Składa się z trzech monumentalnych medres (dawnych szkół wyższych): Uług Beka, Szer Dor i Tillja Kari. Dwie z nich pełniły funkcje bardziej świeckie (uniwersyteckie), a jedna miała charakter ściśle religijny.

    ​Tillja Kari – Jej nazwa oznacza dosłownie „Pozłacana”. Do jej ozdobienia zużyto około 14 kg złota.Wewnątrz tamtejszego meczetu znajduje się niesamowita kopuła. Zastosowano na niej genialną iluzję optyczną: malując elementy dekoracyjne jako coraz mniejsze w kierunku środka, stworzono wrażenie, że kopuła jest głęboko wklęsła, choć w rzeczywistości jest niemal płaska. Ten architektoniczny trik zadziwia do dzisiaj. Co więcej, akustyka Tillja Kari jest genialna – wnętrze zaprojektowano tak, aby głos imama niósł się bez wysiłku i docierał do każdego wiernego na wielkim dziedzińcu.

    ​Szer Dor – Na fasadzie tej medresy widnieją niezwykłe mozaiki przedstawiające tygryso-lwy polujące na jelenie oraz słońce z ludzką twarzą. Jest to wyjątkowe i jawne złamanie islamskiego zakazu przedstawiania istot żywych w architekturze sakralnej. Architektom jakoś udało się to wtedy „wytłumaczyć”  i na szczęście budowli nie trzeba było burzyć.

    ​Medresa Uług Beka – To ta po lewej stronie, wzniesiona przez wnuka Timura – wybitnego władcę, matematyka i astronoma. W średniowieczu była to jedna z najlepszych uczelni astronomicznych na świecie. Nad wejściem do niej widnieje piękny napis: „Dążenie do wiedzy jest obowiązkiem każdego muzułmanina i muzułmanki”.

    ​Sam słowo Registan oznacza dosłownie „miejsce pokryte piaskiem”. Zanim plac stał się reprezentacyjnym centrum imperium, był zwykłym rynkiem, miejscem publicznych ogłoszeń, a czasem... egzekucji.

    ​Co ciekawe, jeden z minaretów Medresy Uług Beka przez lata niebezpiecznie odchylał się od pionu (podobnie jak Krzywa Wieża w Pizie). Na początku XX wieku rosyjscy inżynierowie i lokalni mistrzowie przeprowadzili unikalną na skalę światową operację „prostowania”. Używając ogromnych lewarów, systemów przeciwwag i podziemnych ram, dosłownie wyprostowali wieżę na jej fundamentach. Cały ten proces brzmi tak niewiarygodnie, że aż trudno go sobie wyobrazić!

    ​Już po kolacji ruszyliśmy do jeszcze jednego, niezwykle magicznego miejsca – Shah-i-Zinda, czyli nekropolii, w której sercu znajduje się Mauzoleum Kusam Ibn Abbasa.

    ​Kusam Ibn Abbas był kuzynem proroka Mahometa i według legendy przybył tu w VII wieku, by krzewić islam. Sama nazwa nekropolii oznacza „Żyjący Król”. Legenda głosi, że Kusam wcale nie zginął. Gdy modlił się, został zaatakowany przez niewiernych i ścięto mu głowę. On jednak podniósł ją, zszedł na dno głębokiej studni i schował się i gdzie żyje do dziś.

    ​Choć cała nekropolia lśni od błękitnych mozaik z XIV i XV wieku, samo mauzoleum Kusam Ibn Abbasa jest najstarszą i najświętszą budowlą w całym kompleksie. Znajdują się tam grobowce wielu ważnych osobistości, głównie kobiet z otoczenia Timura. Jednym z najbardziej poruszających jest grób małej, prawdopodobnie 7-letniej dziewczynki.

    ​Prowadzące do nekropolii wysokie schody – nazywane „schodami do nieba” – mają swoją własną legendę. Mówi się, że należy dokładnie policzyć stopnie podczas wchodzenia i schodzenia. Jeśli liczba w obie strony się zgadza, oznacza to, że Twoje grzechy zostały wybaczone, a Ty jesteś człowiekiem czystego serca. Jeśli liczby się różnią... cóż, musisz powtórzyć cały manewr, ale tym razem na kolanach w obie strony.
    Read more

  • Samarkand kolejny dzień

    May 15 in Uzbekistan ⋅ ☁️ 24 °C

    ​Podejrzewam, że w nocy śniły się nam kolorowe budowle, wielbłądy i niebieskie mozaiki – albo zupełnie nic, bo sen był po prostu niemożliwy z powodu potwornego zmęczenia.

    ​Pełni energii i posileni solidnym śniadaniem ruszyliśmy w miasto. Zaczęliśmy od Timura – bohatera, idola i ojca Uzbekistanu. Można o nim mówić jako o wielkim, surowym, wręcz okrutnym, ale i niezwykle uzdolnionym strategicznie władcy, który prowadził niezliczone wojny i nie przegrał ani jednej z nich. Do tego był koneserem sztuki i miłośnikiem piękna. Z podbitych krain ściągał do swojej ukochanej Samarkandy artystów, myślicieli i inżynierów. Co prawda działo się to wbrew ich woli, ale mieli raczej ograniczony wybór.

    ​Timur był genialnym szachistą. Grał w specjalną, rozszerzoną wersję szachów (tzw. szachy Tamerlana) na planszy o powiekszonych wymiar z 28 figurami, w tym miedzy innymi wielbłądami, żyrafami i machinami oblężniczymi, ponieważ tradycyjna gra była dla niego za nudna.

    ​Legenda głosi, że gdy Timur przyszedł na świat w 1336 roku, jego dłonie były pełne zakrzepłej krwi. Szamani uznali to za znak: „Ten chłopak albo zostanie największym rzeźnikiem w historii, albo największym władcą”. Jak się okazało – ambitnie postanowił zrealizować oba te punkty jednocześnie.

    ​Wrogowie nazywali go Tamerlanem, co było lekką złośliwością (od perskiego Timur-i Lang – Timur Kulawy). Faktycznie, po jednej z młodzieńczych potyczek o kradzież owiec (tak, wielki wódz zaczynał w nieco innej branży) został ranny w nogę i rękę. Choć inna legenda mówi, że po prostu taki się urodził.

    ​Mimo utykania i niedowładu ręki Temur potrafił spędzać w siodle kilkanaście godzin dziennie. Jeśli ktoś w jego obecności zażartował z jego kalectwa, zazwyczaj była to ostatnia rzecz, jaką ta osoba powiedziała w życiu.

    ​W końcu trafiliśmy do Mauzoleum Gur-i Amir (co oznacza „Grób Króla”) – jednego z najbardziej magicznych miejsc w Samarkandzie. Choć zbudowano je dla wnuka wielkiego zdobywcy, ostatecznie stało się miejscem spoczynku samego Timura. Jego nagrobek, wykonany z ciemnozielonego nefrytu o głębokim odcieniu, leży u stóp grobowca jego nauczyciela – takie było zresztą jego życzenie. W tym samym miejscu pochowano dwóch jego synów oraz wnuków (w tym słynnego astronoma Uług Beka).

    ​Dolne partie ścian wykonano z onyksu, który w promieniach słońca delikatnie rozbłyska naturalnym światłem. Charakterystyczna, żebrowana kopuła o lazurowym kolorze składa się dokładnie z 64 żeber – tyle lat co przeżył prorok Mahomet.

    ​Choć z zewnątrz dominuje błękit, wnętrze dosłownie oszałamia. Ściany zdobią ornamenty z papier-mâché pokryte ogromną ilością płatków złota, co miało symbolizować potęgę i nieskończone bogactwo imperium.

    ​Nefrytowy blok na nagrobek Timura został sprowadzony aż z Chin (z Kotliny Tarymskiej). Wcześniej służył jako tron jednemu z potomków Dzyngis-Hana.

    ​Timur zmarł w 1405 roku w drodze na podbój Chin. Zima była wtedy okrotna, termometry pokazywały ponoć około -50 stopni. Aby dodać animuszu swoim zamarzającym żołnierzom, wódz ogolił głowę na łyso i wylał na nią kubeł lodowatej wody, chcąc pokazać, że mróz mu niestraszny. No i dostał zapaleniem płuc i umarł.

    ​W 1941 roku radzieccy naukowcy pod wodzą Michaiła Gierasimowa postanowili sprawdzić, co kryje grób emira. Miejscowi starcy błagali: „Nie otwierajcie go, bo na krypcie wyryte jest ostrzeżenie: Kto otworzy mój grób, wypuści najeźdźcę straszniejszego niż ja”. Badacze zignorowali przestrogi i otworzyli sarkofag 19 czerwca. Dokładnie trzy dni później, 22 czerwca, Hitler zaatakował Związek Radziecki.

    ​Stalin nakazał pochować Timura z powrotem, z pełnymi honorami wojskowymi i religijnymi, w listopadzie 1942 roku. Krótko po tym nastąpił przełom w bitwie pod Stalingradem. Wygląda na to, że nawet Stalin troszkę się przestraszył i stwierdził, że z Timurem nie ma co zadzierać – nawet po jego śmierci.

     Badania Gierasimowa udowodniły jednak coś fascynującego: Timur rzeczywiście miał głębokie rany prawej nogi i ramienia (co potwierdza historię o kalectwie), ale jak na swoje czasy był potężnym, wysokim mężczyzną (około 173 cm wzrostu), o rysach mongoloidalnych i... rudych włosach.

    ​Można by pisać i pisać, ale trzeba iść dalej, bo co za dużo, to niezdrowo. Ostatnią perełką tego dnia był meczet noszący imię „wiecznie żywego” proroka Hazrata Khizra. To kolejne magiczne miejsce w Samarkandzie – nie tylko ze względu na misterną architekturę, ale i niesamowite położenie na wzgórzu, z którego roztacza się piękna panorama na Registan i meczet Bibi Chanum.

    ​ Według legendy prorok Khizr odnalazł źródło wody żywej i zyskał nieśmiertelność. W Azji Środkowej jest uważany za patrona podróżników i tego, który przynosi szczęście.

    ​Choć obecna budowla pochodzi z XIX wieku, meczet stoi w miejscu pierwszej islamskiej świątyni w Samarkandzie z VIII wieku. Została ona doszczętnie zburzona przez Dzyngis-Hana, który oszczędził jedynie fundamenty.

    ​Dziś miejsce to ma nowe znaczenie – na jego terenie wybudowano mauzoleum Islama Karimowa, pierwszego prezydenta niepodległego Uzbekistanu. Budowla idealnie komponuje się z zabytkowym otoczeniem.

    ​Na koniec przeszliśmy przez cmentarz z pięknie grawerowanymi pomnikami.

     Niektórzy, motywowani czystą ciekawością i chęcią zobaczenia czegoś niezwykłego, pojechali kawałek dalej, aby obejrzeć pozostałości sekstansu w Obserwatorium Uług Beka. To za jego pomocą mierzono pozycje gwiazd z dokładnością, która niemal pokrywa się z wynikami współczesnych, nowoczesnych badań.

    ​A o tym, co dokładnie tam zobaczyli, nie będę się rozpisywać... Najciekawszą rzecz właśnie  powiedziałem, a reszta to po prostu wykafelkowana dziura w ziemi.

    ​No i to by było na tyle z dzisiaj.
    Read more

  • Tajikistan

    May 16 in Uzbekistan ⋅ ☁️ 23 °C

    Byliśmy dzisiaj w innym kraju, ruszyliśmy do Tajikistanie podziwiać góry i jeziora. Tak wogole to  ten kraj uważa że płaski teren jest absolutnie przereklamowany, 97 procent kraju to góry, takze jeśli góry to nie Twoja rzecz to jesteś w naprawdę złym miejscu.
    Ruszyliśmy w drogę do krainy 7 jezior, z których każde ma oczywiście swoją nazwę i legendę no ale o tym później 

    Wracając do Tajikistanu to parę ciekawostek warto wspomnieć. Otorz przebiega tędy słynna Autostrada Pamirska . Widoki zapierają dech w piersiach, podobnie jak brak barier ochronnych nad przepściami. Mieliśmy mały przedsmak tego konceptu jadąc do naszych jeziorek gdzie spokojnie można powiedzieć droga życia lub "raz się żyje"

    Internet podpowiedział mi  to to że maszt na flage narodowa w stolicy był największy na świecie i do tej pory jest jednym z wyższych i ma 165 m.

    Kanon piękności u kobiet to ...jedna brew i jeśli natura nie obdarzyła cię bujnymi brwiami to możesz elegancko to poprawić używając specjalnej ziołowej mikstury i domalować sobie łącznik.

    Chciałem sobie prześledzić nasza trasę na mapach ale google się poddał i nic nie pokazał, po prostu nie ma drogi.
    Po wyjeździe z miasta ruszylismy pomalutku w stronę gór i z nabierająca wysokością jakość drogi opadała no ale żeby nie było niejasności  była cały czas przejezdna ale coraz bardziej emocjonalna.

    Jeziora ułożone są kaskadowo wzdłuż wąskiej, surowej doliny rzeki Shing. Rozciągają się na dystansie około 14 kilometrów, a różnica wysokości między pierwszym a ostatnim wynosi niemal 800 metrów (od ok. 1600 do 2400 m n.p.m.). To, co najbardziej zachwyca  to niesamowite kontrasty – intensywne, zmieniające się w zależności od pory dnia i słońca barwy wody od seledynu i głębokiego turkusu  mocno odcinają się od suchych, potężnych i surowych skalnych zboczy.

    Według legendy jeziora powstały z łez siedmiu córek, które płakały za zaginionym ojcem.

    Mizhgon (lub Nezhigon) – „Rzęsa” (1640 m n.p.m.)
    Pierwsze jezioro, które wita wjeżdżających do doliny. Jest stosunkowo niewielkie, ale potrafi zaszokować najbardziej jaskrawym turkusowym lub purpurowym kolorem, wynikającym z wysokiej zawartości minerałów (sodu i wapnia).

    2. Soya – „Cień” (1701 m n.p.m.)
    Leży tuż nad Mizhgonem, oddzielone od niego naturalną tamą. Wciśnięte w wąski kanion między wysokimi skałami, przez większość dnia znajduje się w cieniu, stąd jego nazwa. Woda przybiera tu zazwyczaj ciemniejsze, głębokie odcienie błękitu.

    3. Gushor (lub Hushyor) – „Cujny” / „Baczny” (1771 m n.p.m.)
    Wokół tego jeziora woda ryczy głośniej, spływając z wyższych partii. Dawniej w okolicy żyło wiele jadowitych węży, co zmusiło mieszkańców do zachowania szczególnej ostrożności i stąd nazwa

    4. Nofin – „Pępek” lub „Pępowina” (1820 m n.p.m.)
    Jest to bardzo podłużne jezioro (ma ponad 2,5 km długości i zaledwie 200 metrów szerokości), które wije się niczym pępowina. Nazwa odnosi się również do faktu, że jest to środkowe, czwarte jezioro całej kaskady. Droga wzdłuż niego bywa kapryśna i wczesnym latem, przy wysokim stanie wody, potrafi być częściowo zalewana. 

    5. Khurdak – „Maluch” lub „Dziecko” (1870 m n.p.m.)
    Zgodnie z nazwą, jest to najmniejsze ze wszystkich siedmiu jezior 

    6. Marguzor – (2139 m n.p.m.)
    Największe, najgłębsze i przez wielu uważane za najpiękniejsze jezioro w całej dolinie. Jego szeroka, jasnoniebieska tafla idealnie odbija otaczające je gigantyczne szczyty. Droga prowadząca powyżej piątego jeziora w stronę Marguzoru staje się znacznie bardziej stroma, kamienista i wymagająca. 

    7. Hazorchashma – „Tysiąc Źródeł” (2400 m n.p.m.)
    Ostatnie, najwyżej położone jezioro, które ma zupełnie inny, surowy, wysokogórski charakter. Jest to jedyne jezioro w kaskadzie o pochodzeniu polodowcowym. Zasilają je liczne potoki, rzeki spływające z lodowców oraz podziemne źródła i stąd malownicza nazwa. Woda jest tu lodowata, a przez znaczną część roku (nawet do późnej wiosny) tafla jeziora pozostaje skuta lodem. Krajobraz wokół tworzą potężne, ciemne szczyty sięgające 4500 m n.p.m.

    W opisie tych jeziorek pomógł mi internet ale uznałem że są to ciekawe warte do podzielenia informacje. Drogę z 6 do 7 jeziora przeszliśmy na piechotę dodając do odczuć wzrokowych osobiste czucie bliskości ziemi i powietrza no i do tego mogliśmy porozmawiać z górą. Nasi najdzielniejsi pływacy Kasia i Wojtuś zdobyli się na odwagę i zamoczyli nogi w lodowatej wodzie jeziora tysiąca źródeł.

    W nielicznych wioskach takich jak Padrut czas jakby się zatrzymał. Można tu spotkać lokalnych mieszkańców podróżujących na osiołkach, trudniących się pasterstwem i żyjących w tradycyjnych kamiennych domach.
    Mieszkańcy tych małych wiosek to w dużej mierze potomkowie dawnych Sogdyjczyków – starożytnego ludu kupców i rzemieślników, którzy przez stulecia kontrolowali kluczowe odcinki Szlaku Jedwabnego. Choć świat na dole się zmieniał, izolacja tej surowej doliny pozwoliła im zachować unikalną tożsamość, odrębne tradycje i architekturę domów wznoszonych bez użycia zaprawy.

    Na koniec  jeszcze po stronie Tadzikistanu zatrzymaliśmy się na posiłek gdzie gwoździem programu było tradycyjne danie Kurutob (qurutob) absolutny król tadżyckich dań, jest prosta i sycąca.

    Wyobraź sobie sałatkę warzywną połączoną z zapiekanką, podaną na ciepło. Bazą są kawałki tradycyjnego, warstwowego chleba (fatir), które zalewa się gorącym sosu na bazie kuruta (słonych, suszonych kulek z sfermentowanego mleka, rozpuszczonych w wodzie). Na to ląduje mnóstwo zasmażanej cebuli, świeżych pomidorów, ogórków i gigantyczna ilość ziół no i ulubionego dodatku niektórych z nas: kolendry. A na górze kawałeczki usmażonego wołowiny 

    Tradycyjnie je się to rękami (a dokładniej trzema palcami prawej ręki) i prosto z jednej, dużej, drewnianej misy o nazwie tavak. Wspólne jedzenie z jednej miski to w Tadżykistanie niemal rytuał zacieśniania więzi. My dostaliśmy każdy po jednej misce bo wiez mamy już mocno zacieśniona.

    Na koniec przed hotelem krótki postój na szybkie zdjęcie na głównym placu, który był ładnie podświetlony i hotel.
    Read more

  • Taszkient

    May 17 in Uzbekistan ⋅ ⛅ 31 °C

    ​Po śniadaniu zapakowaliśmy się do autobusu o standardzie tak luksusowym, że niemal wypadało zdjąć buty przed wejściem. Ruszyliśmy w stronę Taszkientu – ostatniego bastionu naszej magicznej wyprawy. Do stolicy dotarliśmy koło trzeciej po południu. Szybkie rzucenie walizek w hotelu i w miasto, bo czas uciekał.

    ​Na pierwszy ogień poszła wizyta w tzw. „polskim kościele”. Oficjalnie to Katedra Najświętszego Serca Pana Jezusa. Piękny, neogotycki gmach, który za czasów radzieckich spotkał typowy dla tamtej epoki awans – zamieniono go w magazyn i materacownię. Na szczęście, dzięki determinacji polskich Franciszkanów, świątynia zmartwychwstała. Dziś to prawdziwa wieża Babel. Msze odprawia się tu po rosyjsku, uzbecku, angielsku i... koreańsku! Polskie nabożeństwa też się zdarzają, ale nam los przydzielił wersję koreańską. Co prawda nie zrozumieliśmy ani słowa poza uniwersalnym „Amen”, ale śpiewali za to  przepięknie.

    ​Mały kącik historyczny: Tuż obok kościoła znajduje się pomnik upamiętniający miejsca, gdzie w 1942 roku formowała się Armia Andersa. W Taszkiencie jest też polski cmentarz w dzielnicy Yakkasaray – niesamowicie zadbany, zielony i pełen historii o naszych rodakach, którzy znaleźli tu schronienie.

    ​Po uczcie duchowej przyszedł czas na absolutne przeciwieństwo spokoju – szalony rajd po lokalnym bazarze. Gdyby dawano medale za zakupy na czas, zgarnęlibyśmy złoto. W zawrotnym tempie torby zapełniały się tonami orzeszków, suszonych owoców (uzbeckie rodzynki, morele i figi to czysta poezja!) oraz... wędzoną słoniną. Ja nawet wszedłem w posiadanie noża ze stali damasceńskiej (uzbecki pichok), którym pewnie wkrótce będę kroił chlebki i inne dobra  w domu. Całość zakupowego stresu regularnie gasiliśmy łykami przepysznego, zimnego kwasu chlebowego prosto z beczki.

    ​Mało tego! Dzięki znajomościom i magicznym zdolnościom naszych  opiekunów, zdobyliśmy absolutny unikat: oryginalną koszulkę i spodenki uzbeckiej reprezentacji piłkarskiej. Tej samej, która zapisała się na kartach historii, walcząc o upragniony awans do Mistrzostw Świata. 

    ​Następnie zeszliśmy pod ziemię. Taszkienckie metro to nie jest zwykła dziura z pociągami – to podziemny Luwr! Każda stacja ma swój unikalny motyw. Na stacji Kosmonavtlar poczuliśmy się jak w międzygalaktycznej kapsule czasu (ściany zdobią portrety Jurija Gagarina i Uług Beka), a inne stacje ociekają marmurami, tradycyjnymi wzorami i kryształowymi żyrandolami, które bardziej pasowałyby do opery niż do komunikacji miejskiej.

    ​Co ciekawe, do 2018 roku za wyciągnięcie tu telefonu groziło spotkanie trzeciego stopnia z panami w mundurach. Metro miało status tajnego obiektu strategicznego i schronu przeciwatomowego. Dziś na szczęście można klikać fotki do woli.

    Jedna ze stacji nosi imię Aliszera Nawojego – genialnego XV-wiecznego poety i filozofa. Gość był prawdziwym mistrzem literatury: udowodnił całemu światu, że starożytny język czagatajski (przodek uzbeckiego) jest tak samo piękny i plastyczny jak elitarny perski. Napisał m.in. dzieło Lajla i Madżnun, która do złudzenia przypomina Romea i Julię Szekspira. Tylko że Nawoi napisał ją ponad sto lat przed narodzinami Williama, czyżby jakieś ściąganko się wydarzyło...?

    ​Na deser zostawiliśmy sobie wizytę w przyszłości. Na wschód od obecnego centrum, za rzeką Chirchiq, na gigantycznym obszarze wyrasta Nowy Taszkient z rozmachem iście dubajskim. To nie jest po prostu nowa dzielnica – to budowane od zera, ultranowoczesne miasto dla 2 milionów mieszkańców.

    ​Co najlepsze, architekci odrobili lekcje z błędów przeszłości. Żeby uniknąć smogu i afrykańskich upałów, wprowadzono rygorystyczny nakaz: minimum 30% powierzchni muszą stanowić parki i zieleń. Systemy gigantycznych kanałów i nawadniania projektują tu najlepsi zagraniczni eksperci.

    ​Perełką projektu jest kompleks inspirowany Szlakiem Jedwabnym. Powstają tam minidzielnice stylizowane na kraje, przez które historycznie wiodła ta handlowa arteria.

    ​Wieczór spędziliśmy, gapiąc się z otwartymi ustami na wysokie wieżowce rozświetlane laserami i monumentalny pokaz tańczących fontann (światło, woda i potęga dźwięku). Potem, po małym, strategicznym „nawodnieniu” lokalnymi trunkami, trzeba było w końcu wrócić do rzeczywistości.

    ​Przed nami była już tylko jedna, najmniej romantyczna misja każdej wyprawy: upchnięcie noża, słoniny, koszulki i kilogramów orzechów do i tak już pękających w szwach walizek.

    Read more

  • Lotnisko w Taszkiencie

    May 18 in Uzbekistan ⋅ ☁️ 27 °C

    ​Cóż, jeśli czekacie na opowieści o mrożących krew w żyłach przygodach z drogi powrotnej, to muszę Was rozczarować. Logistyka była bezlitosna: najpierw transfer kołowy, potem lotnisko, odprawa i samolot. Nuda? No nie do końca, bo całą tę podróż spędziliśmy z minami tak smutnymi, jakby nam ktoś właśnie zakazał jedzenia plovu do końca życia.

    ​A wszystko to przez rozstanie z naszymi opiekunami– Farą i Mateuszem. Stopień zaopiekowania, jakiego od nich doświadczyliśmy, wykraczał poza wszelkie ziemskie procedury. Nie dość, że pilotowali nas przez ten uzbecki kosmos jak najlepsi kapitanowie, to jeszcze ich charaktery okazały sie po prostu cudowne, także zrodziła się z tego przyjaźń, która przetrwa próbę czasu i odległości. Fara, Mateusz – czapki z głów!

    ​Podsumowując te 10 dni: Uzbekistan to absolutnie cudowna kraina. Kraj pełen wspaniałych ludzi i przepełniony bardzo barwną historią. Wrażenia z tej wyprawy będą nas prześladować w najlepszy możliwy sposób – wracając w marzeniach na jawie albo generując ultra-kolorowe, pełne przygód sny.

    ​Do zobaczenia, kraino tysiąca i jednej baśni!

    Read more

    Trip end
    May 20, 2026