Khiva
9. maj, Usbekistan ⋅ ☁️ 20 °C
Dzisiejszy dzień jest jak uzbecki dywan – niby mało się przemieszczaliśmy, a wzorów i wrażeń tyle, że trudno to ogarnąć rozumem. Najchętniej zamknąłbym Chiwę w słoiku i nie pokazywał nikomu, żeby tłumy nie zadeptały tej magii. Ale skoro już tu jesteśmy…
…to zacznijmy od pociągu.
Nasza podróż z Taszkentu trwała jakieś 15 godzin. Przy takim dystansie czas przestaje istnieć, a rzeczywistość staje się opcjonalna. Głównym antagonistą wyprawy była temperatura, która uparcie oscylowała wokół 30°C wewnątrz wagonu – przynajmniej na początku podróży. Człowiek nie wiedział już, czy jedzie przez pustynię, czy powoli sam się w nią zamienia.
Sytuację uratował On: Pan w Podkoszulce. Ubrany w klasyczną „żonobijkę”, przeszedł przez wagony niczym bóstwo klimatyzacji. Temperaturę mierzył wyciągniętą dłonią (termometr był zbędny przy takiej intuicji), a jego mina mówiła jasno: „Albo będzie chłodno, albo ten pociąg pożałuje, że w ogóle wyjechał.” Pod wpływem tego spojrzenia ekipa techniczna doznała nagłego przypływu geniuszu i – o cudzie! – klimatyzacja wróciła do życia. Legendy mówią, że do dziś jeździ tam i kontroluje temperaturę samym wzrokiem.
Czy wiecie, że Chiwa przez wieki była jednym z najważniejszych przystanków na Jedwabnym Szlaku? Handlowano tu wszystkim – od jedwabiu po… niewolników. Dziś, na szczęście, dominują magnesy na lodówkę, wyroby z drewna i jedwabne szale.
Poranek w pociągu przyniósł wizytę Ani, która z oazą spokoju w głosie zapytała o koniak „na lekarstwo”. Bez mrugnięcia okiem przyjęła dawkę uderzeniową (pół szklanki!), oznajmiła, że kuracja zakończona sukcesem, po czym odpłynęła w stronę swojej kuszetki. Takiej skuteczności nie gwarantuje nawet reklama syropu na najgorszy kaszel.
Później zrobiło się sentymentalnie. Mijaliśmy Urganch – miejsce narodzin Anny German. W pociągu wybrzmiały jej utwory, a my, zatopieni w tym unikalnym głosie, wysiedliśmy na chwilę na peron, by oddać hołd wielkiej artystce. Był to jeden z tych momentów, kiedy podróż nagle zwalnia i człowiek przypomina sobie, że nie wszystko trzeba przeżywać w biegu.
Po „zabiegach regeneracyjnych” (czyt. zmyciu z siebie pyłu pociągu, pustyni i lekkiego poczucia egzystencjalnego zagubienia) ruszyliśmy na podbój Itchan Kala – miasta-twierdzy wpisanego na listę UNESCO, gdzie czas zatrzymał się jakieś 600 lat temu.
Spacerowaliśmy między murami z cegły i gliny zmieszanej ze słomą. Niesamowite, że technologia „bio-budownictwa” sprzed wieków trzyma się całkiem nieźle.
Najwięksi śmiałkowie (Grześ,Wojtek, Mateuszu i Kasia) wdrapali się na minaret Islam Khoja – najwyższy minaret w Uzbekistanie (45 metrów!). To nie tylko punkt widokowy, ale też symbol nowoczesności tamtych czasów: jego fundator zbudował w Chiwie pierwszą świecką szkołę i szpital. Panorama z góry była warta każdego stopnia i każdej chwili zastanawiania się: „Po co ja tu wchodzę?”
Na bazarze dopadł nas kunszt lokalnych rzemieślników. Odwiedziliśmy sklep z wyrobami z drewna i kupiliśmy podstawkę, której wykonanie zajmuje od 10 do 14 dni. Tutejsi mistrzowie rzeźbią w drewnie wiązowym (karagacz) lub orzechowym – twardym jak uzbeckie negocjacje cenowe.
Dzień zwieńczyliśmy w lokalnej restauracji. Na stole wjechały przepyszne dania: gomma – lokalne smażone pierożki z mięsem – oraz zestaw świeżych sałatek, które w tym klimacie smakują jak wygrana na loterii. No i oczywiście nie można pominąć miejscowego koniaku, który okazał się trunkiem o właściwościach niemal magicznych. Po dwóch kieliszkach człowiek zaczyna rozumieć historię Jedwabnego Szlaku znacznie głębiej.
Chiwa o zachodzie słońca wygląda jak plan filmowy „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Złote światło odbijające się od glinianych murów sprawia, że człowiek przez chwilę nie wie, czy jeszcze podróżuje, czy już śni. Jedno jest pewne – to miasto zostanie w nas na zawsze.Læs mere

































Rejsende
Urocze! 😍 Wymarzone czapeczki na upał 😁
Rejsende
💞
Rejsende
Niesamowicie wygląda gra świateł w tej architekturze 👍 Komentarz dotyczy też kilku kolejnych zdjęć.