August 2016
  • Aug18

    Gdzie tak leziesz? (León)

    August 18, 2016 in Spain ⋅ ⛅ 19 °C

    Mówią, że najtrudniejszy jest pierwszy krok. Bzdura! Najtrudniejszy jest ten ostatni – którego zasadniczo nie ma. Kiedy się nieuchronnie zbliża, zachodzi we mnie jakaś zdumiewająca zmiana. Jeszcze 2-3 dni temu z ulgą liczyłem i dzieliłem brakujące kilometry – już tylko… Jeszcze wczoraj wieczorem, jak zwykle w wigilię wielkiego finału, nawiedzała mnie swędząca pokusa, żeby spakować manatki i jeszcze tego samego dnia dojść do celu – w końcu tak niewiele zostało: jak można tak bezczynnie czekać? (Ciekawe, że taka myśl nie nachodziła wcześniej. W ten sposób, idąc dniem i nocą, można by zaoszczędzić spokojnie połowę czasu. Tylko co z nim potem zrobić?) Dziś natomiast nie jestem w stanie postawić ostatniego kroku.

    Ta niemożliwość, przynajmniej w sensie fizycznym, nie ma w sobie nic z paraliżu. Wręcz przeciwnie. Staję przed katedrą. Daję sobie parę minut na samozachwyt. Ale się nie zatrzymuję. Do schroniska. Zostawiam plecak. Do kościoła św. Izydora – msza w południe. Tak, to właściwy finał drogi… która też się tutaj nie kończy.

    Przez cały dzień łapię się na tym, że wciąż gdzieś chodzę. Po przeszło czterystu kilometrach, żadne miasto nie jest zbyt obszerne do przejścia, żadne dwa punkty nie są zbyt odległe. Owszem, być może zajmie to trochę czasu, pół godziny, godzinę, dwie… Ale dojdę.

    Więc idę, a raczej lecę do przodu ciągnięty jakąś niewyczerpującą się siłą. Niezbyt dobrze wiem gdzie, skoro doszedłem już do celu. Doszedłem, ale wciąż nienasycony. Lezę, lezę, lezę. I śmiejąc się do siebie z ironią, myślę, że przynajmniej zdrowy ten nałóg. No chyba, że zachodzę się na śmierć.

    Włosi wierzyli, że osoba ukąszona przez tarantulę zapadała w letarg, z którego mogła być wybudzona jedynie muzyką. Pod jej wpływem ukąszony wykonywał dziki i szaleńczy taniec, dzięki któremu trucizna opuszczała jego ciało. To choreograficzne remedium dało początek tanecznej manii, znanej jako tarantyzm, który jak epidemia rozprzestrzenił się po Europie w wiekach średnich i znajduje dzisiaj swój paralelizm w zwariowanym jazzie. Mówi się, że tarantela, taniec wykonywany dziś we Włoszech, stanowi pozostałość po tym, który dawał ulgę ofiarom ukąszenia przez tarantulę.
    Pociągiem droga León-Madryt zajmuje zwykle nieco ponad dwie godziny. W porannym ekspresie jest jeszcze sporo wolnych miejsc w promocyjnej cenie. Większość podróżnych korzysta z usypiającego kołysania wyciszonego wagonu, aby nadrobić zarwane godziny. A ja nie mogę twarzy odkleić od szyby. W bezkresnych polach odnajduję cienką kreskę przemierzonej drogi. Nikt, kto jej nie przeszedł, nie zwróciłby na nią uwagi. W dwie godziny przecinam szlak dwunastu dni. Wrażenie cofania się w przyspieszeniu potęguje fakt, że siedzę tyłem do kierunku jazdy. Zapadam się w minione. Wracam.
    Read more

  • Explore, what other travelers do in:
  • Aug17

    Msza trójdominikańska MansilladelasMulas

    August 17, 2016 in Spain ⋅ ☀️ 22 °C

    Na łóżku po prawej leży wielki Niemiec. Wielką ma głowę, brodę, plecak i brzuch. Nie mniejszy uśmiech nie schodzi ani na chwilę z jego twarzy. Dlatego nie sposób nie polubić tej serdeczności. Oczywiście jeśli ktoś odważy się przezwyciężyć pierwszy strach i nie wycofa się z pokoju na widok wystającej z materaca w kierunku drzwi wielkiej, niemieckiej stopy.

    Schronisko duże, ale dzięki licznym, a małym pokojom, nie doświadcza się tłoku. W dodatku skoncentrowana wokół zamkniętego patio architektura budynku sprzyja poczuciu bezpiecznej domowości. Tu obiad, tam pranie, jeszcze obok mniej lub bardziej poważne rozmowy albo zwyczajne regenerowanie się przed następnym etapem.

    Być może dzięki wielkiej stopie mojego sąsiada, w naszym pokoju zaświadczyliśmy jeszcze większej kameralności, bo ostatecznie dołączył do nas tylko mały Hiszpan. Zajął łóżko po lewej. Mała głowa, wstydzące się swojej nieliczności włoski w miejscu brody, mały plecak, brzucha brak. Jedyne co od tej małości odstaje to porównywalny z niemieckim uśmiech. O ile jednak przypadkowy przechodzień wpadły na tego pierwszego, jeszcze zanim wszedłby do środka, bez wątpienia Hiszpan byłby ostatnim elementem pokoju, jaki by zauważył (jeśli w ogóle).

    Spoglądam to w prawo, to w lewo. Leżę na łóżku między skrajnościami. Hiszpania – Francja – Niemcy. (W tym gronie zdecydowanie jestem najstarszy.) I nadziwić się nie mogę. Ale jeszcze bardziej: powstrzymać (u)śmiechu. Przecież, na dobrą sprawę, te boskie koincydencje są przewspaniałe!

    Spotkanie w zakrystii przed mszą, jakby podchwytując tę myśl, przybiera formę nieodległą od sławetnego finału II aktu Wesela Figara, trwającego, bagatela, niemal pół godziny, co stanowi ponad połowę całego aktu, kiedy to co i rusz na scenie pojawiają się nowe postaci, coraz bardziej zapętlając akcję.

    Zaczyna się od spotkania z Proboszczem:

    J(a): Jestem dominikaninem.

    P(roboszcz): A ja się nazywam Dominik.

    J: Ja też jestem Dominik.

    P: I jesteś Dominikaninem.

    J: I nazywam się Dominik.

    P: Ja też, ale nie jestem dominikaninem. Skąd?

    J: Z Polski.

    P: I mówisz po hiszpańsku. Ale ja nie mówię po polsku.

    J: Ale na szczęście mówię po hiszpańsku.

    Na razie to wszystko jeszcze jakoś się trzyma, ale oto wchodzi kolejny bohater, Słowak:

    S: Jesteś proboszczem?

    J: Nie, on jest proboszczem.

    S: Jestem Słowakiem.

    P: A on jest Polakiem.

    S: Nazywam się Dominik.

    P: A on jest dominikaninem.

    S: A ja jestem księdzem diecezjalnym.

    P: Ale nie z Polski?

    S: Nie, ze Słowacji.

    D: Ja się też nazywam Dominik.

    S: A ja studiuję u dominikanów.

    P: On jest dominikaninem.

    D: I też nazywasz się Dominik.

    S: Ale nie jestem Dominikaninem.

    P: Mówisz po hiszpańsku?

    S: Nie, po włosku.

    J: Ale rozumiemy się też, gdy mówi po słowacku.

    P: Ale ty mówisz po polsku.

    J: Ale rozumiem po słowacku.

    S: A proboszcz, jak się nazywa?

    J: Dominik.

    P: Ale nie mówię po włosku.

    Wchodzi zakrystianka:

    Z(akrystianka): Mamy gości?

    P: Tak, dominikanina z Polski.

    Z (do Słowaka): Jesteś dominikaninem?

    S: Nazywam się Dominik.

    J: Ale to ja jestem dominikaninem.

    P: Ale on się nazywa Dominik.

    Z: I też jest Polakiem.

    J: Nie, jest Słowakiem.

    S: Nazywam się Dominik.

    Z: Ale nie mówisz po hiszpańsku?

    S: Po włosku.

    P: Ale on mówi.

    Z: I jak się nazywa?

    P: Dominik.

    Z: Ale nie Słowak.

    D: Nie, jestem Polakiem i też się nazywam Dominik.

    P: I jest dominikaninem.

    S: Ale nie mówię po hiszpańsku.

    Z: I też się nazywa Dominik.

    P: Ale mówi po włosku.

    J: I jest Słowakiem.

    S: Znam dominikanów.

    Z: A proboszcz też się nazywam Dominik.

    P: A on jest Polakiem.

    S: I byłem parę razy w Polsce.

    Z: Nie mówię po włosku.

    P: On się nazywa Dominik…

    W tym momencie zegar wybija godzinę i przerywamy rozmowę przed wkroczeniem kolejnych nieprawdopodobnych postaci, wśród których nie było jeszcze Dominik, dominikanek, innych Słowaków i Włochów. Szczęśliwie mimo tego zamieszania mającego w sobie też coś z Ionesco, udaje nam się spokojnie odprawić mszę, którą na swój użytek nazywam „trójdominikańską”.
    Read more

  • Aug17

    Księża (El Burgo Ranero)

    August 17, 2016 in Spain ⋅ ☀️ 21 °C

    Skubiąc te parę akapitów, na jednym mi zależało: by nie wyszła z nich laurka. Obawiam się jednak, że mimo usilnych chęci, nie do końca mi się to udało. I chyba muszę się z tym pogodzić. Od początku wiedziałem bowiem jeszcze jedno: że nie mogę pominąć tego tematu. Przekładałem go z dnia na dzień. Teraz, prawie u kresu drogi, ostatnia szansa by się z nim zmierzyć.

    A chcę napisać słów parę o napotkanych po drodze księżach. Paru z nich już się tu przewinęło. Myślę również o tych wszystkich, których spotkałem na pielgrzymkach w poprzednich latach. Z wieloma witałem się i żegnałem w biegu, często bezskutecznie próbując wyłowić ich imiona. Młodzi, starzy, Hiszpanie, obcokrajowcy, elokwentni i swojscy.

    Nasze spotkania w większości ograniczały się do mszy. Wbiegali w ostatniej chwili i zaraz po niej szybko domykali, co trzeba, bo już spóźnieni na kolejną. W diecezji Astorgi (dane relatywne do mojej rocznej pamięci – poza datą gwarancji) średnio na jednego kapłana przypada cztery, pięć parafii. Tylko paru służy w jednej (rozumiem, że w miejskiej), największa grupa ma po trzy, ale niemało też tych z siedmioma i ośmioma kościołami. Brak powołań? Na pewno. Ale z drugiej strony pod uwagę wziąć trzeba również przemiany społeczne i wyludnienie wsi. W wielu wioskach na próżno by zapełniać kościelne ławki niedobitkami mieszkańców, w większości w podeszłym wieku, którzy, z drugiej strony, nie mieliby jak dotrzeć do innego kościoła. Młodych dawno nie ma. Albo więc ksiądz objedzie te wszystkie na wpół wymarłe osady, albo mszy nie będzie. I trzeba przyznać, że niezależnie od liczby świątyń, raczej wciąż jest to ta pierwsza opcja.

    Wiadomo, że trudniej o mszę w tygodniu, na co często skarżą się pielgrzymi. W znacznej mierze zależy to od szlaku. Łatwo jednak w pielgrzymiej megalomanii zapomnieć, że nieobecny ksiądz zapewne tego dnia odprawia mszę w dwóch innych miejscowościach. I nie pielgrzymi są jego pierwszymi podopiecznymi.

    Osobnym tematem są oczywiście pozamykane kościoły i tezeuszowa wędrówka w poszukiwaniu doń kluczy. Wśród wędrowców stosunkowo sporo duchownych, więc nieraz wystarczyłaby otwarta świątynia, zwłaszcza gdy architektura schroniska nie pozwala na godne celebrowanie mszy.

    Ten ostatni punkt wiąże się z szerszym tematem chrześcijańskości szlaku. Można utyskiwać na turigrinos albo przewracać oczami na widok różnych dziwacznych duchowości. Można też dać im nienarzucającą się szansę spotkania Kościoła. Do tego też nie potrzeba księdza. W dobrze działającej parafii grupa świeckich powinna sobie bez niego dać radę. Często przejmują to na siebie wszelkich wyznań i narodowości wolontariusze. Nie zapomnę też zupełnie nieplanowanego i może dlatego tak owocnego doświadczenia pielgrzymowania z grupą młodzieży (moi bracia, którzy odważyli się na podobne szaleństwo, mieli analogiczne przeżycia), która przez cały dzień drogi na wieczór dosłownie zaprowadzała kolejnych napotkanych ludzi do ołtarza. Dla wielu bywał to zaledwie pierwszy z wielu czekających go jeszcze kroków.

    No, ale jakoś mimowolnie zostawiłem na boku tych moich drogich księży. Wracamy!

    Moi drodzy, którzy mnie nie czytacie, bo w końcu jak byście tu zabrnęli, nie znając polskiego (i moi drodzy, którzy mimowolnie jesteście czytelnikami nieswojej odezwy), nie znam was. Może jesteście podli, nudni i butni (na pewno wobec tego, co robicie, nie posądzę was o lenistwo). Zostawiam to między wami a Panem Bogiem. Dziękuję natomiast za świadectwo dawania tego, co najlepsze dać możecie. I może zarazem jedyne. Być może nie tak wyobrażaliście sobie wasze kapłaństwo. Do kogo innego chcieliście głosić (ostatecznie wcale nie tak) płomienne kazania niż do przygłuchej grupki zasypiających staruszek. Ale jesteście. Trwacie jak strażnicy pozostawieni na zapomnianej już dawno przez wszystkich wartowni. I zawracacie mnie od rozpraszania się na wszystko to, co ostatecznie naprawdę jest nieważne.
    Read more

  • Aug16

    Z pustyni (Sahagún)

    August 16, 2016 in Spain ⋅ ☀️ 25 °C

    Ostatnie 38 kilometrów, mniej więcej dziesiąta część przebytej dotychczas drogi, i moja zdziwaczała ścieżka wpada w Sahugunie do przestronnego koryta drogi francuskiej. Na tym, w sensie ścisłym, kończy się camino de Madrid jako takie. Nie kończy się jednak moja pielgrzymka. I choć na brakujące do grobu apostoła kolejne 360 kilometrów czasu już nie starczy, pozwalam się jeszcze przez dwa dni powieźć silnemu nurtowi tej, jak lubię ją nazywać, autostradzie de Santiago.

    A zatem koniec z ciszą, koniec z samotnością. Wypalonych baterii czołówki już nie szkoda, bo nie tyle nawet wydeptana, co utwardzona droga bezbłędnie prowadzi nawet zamknięte oczy. Koniec holmesowskiego dociekania drogi – najdalej w promieniu kilkuset metrów majaczy sylwetka poprzednika. Koniec wyglądania za cieniem, bo choć szlak wciąż prowadzi przez rozległe pola Kastylii, na licznych pielgrzymów czeka cienik zasadzonej linii drzewek. Może nie jest to cień, a już tym bardziej nie cienisko, ale w zupełności wystarczy.

    Nie muszę już skrupulatnie planować postojów i noclegów. Średnio co 5-8 kilometrów jest jakaś gościnna wioska, a miejsca piknikowe jeszcze częściej. Nie jestem zdany na kupione dzień wcześniej zapasy jedzenia ani łaskę i niełaskę właściciela lokalnego baru. Wszystkie drzwi otwarte przed piechurami – w końcu to z nich nie jeden się tu utrzymuje.

    Znika niepokojąca pustka schronisk. Tłumów przy tej pogodzie wprawdzie nie ma – dla każdego starczy miejsca, ale i tak są to dziesiątki ludzi. Do umywalek ustawiają się kolejki, stół w jadalni ściśle zapełnia się talerzami, garnkami, kubkami. Ten leży, ta chrapie, ci się śmieją, ci cierpią, ostentacyjnie machając zabandażowanymi i oplastrowanymi nogami. Włosi, Niemcy, Słowacy, Hiszpanie, Koreańczycy, Amerykanie… I ten refren buen camino!…

    W zestawieniu z cichym i niepewnym ubóstwem drogi madryckiej można by pogardzić tym zabezpieczonym i zaaprowidowanym harmidrem jakubowej autostrady. A ja się nim cieszę. Nie z naturalnej ludzkiej kleistości do wygody. Nie dlatego, że ratuje mnie przed wróżonym mi wariactwem, ani dlatego, że mogę weń wreszcie uciec od siebie. Nie wychodzimy na pustynię, żeby znienawidzić nasze wioski, ale żeby się nauczyć je kochać lepiej.
    Read more

  • Aug15

    Pa amb tomàquet (Villalón de Campos)

    August 15, 2016 in Spain ⋅ ☀️ 27 °C

    Schroniska bywają różne. Można je podzielić na municypalne, kościelne i prywatne. Taka klasyfikacja jednak, choć sporo mówi, niekoniecznie ujmuje to, co w życiu pielgrzyma (i schroniska) kluczowe: bycie-przyjętym.

    Z całą szczerością przyznać muszę, że nie tylko na madryckim szlaku doświadczenie to coraz rzadsze (choć może nie od wczoraj tak jest). Co znaczy być przyjętym? Jakiego przyjęcia się oczekuje? Może lepiej: o jakim się marzy, bo pielgrzym, sezonowy bezdomny, żebrak czterech ścian, żadnych pretensji rościć sobie nie może. Przestaje być klientem, a uczy się przyjmować. To chyba najcenniejszy element pielgrzymki, którego tak nam brakuje na co dzień.

    W tym kontekście trudno mówić o przyjęciu w oficjalnym, rządzącym się regulaminem wielkim schronisku municypalnym, którego opiekunowie – urzędnicy spisują imiona, numery, przyjmują opłaty, wydają kwity i wyznaczają miejsca w dormitoriach. Nie jest też tym przyjęciem, o którym mowa, mniej lub bardziej luksusowa gościna w prywatnym schronisku, które w swym funkcjonowaniu zbliża się raczej do pensjonatu (o różnym standardzie usług).

    Schroniska, za którymi tęsknię, to te prowadzone przez wolontariuszy, gdzie wszystko opiera się na dawaniu. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: pielgrzym jak najbardziej, w poczuciu sprawiedliwości i w zgodzie z tą logiką dawania, powinien zostawić nieoszczędną ofiarę. Może ona być wyższa nie tylko od urzędniczej zapłaty, ale i od rachunku pensjonarskiego. Rzecz bowiem nie w kalkulowaniu, ale wprost przeciwnie: w zamknięciu na nie oczy, w naiwnym zaufaniu, że dając szczodrze, nigdy nie tracimy. Tego też nam dziś brakuje.

    W mojej relacji z camino nie mógłbym zatem pominąć nienarzucającego się, a jednocześnie niesłychanie hojnego przyjęcia przez wolontariuszy w schronisku w Villalón de Campos. Szczęście trafiło mi się podwójne, bo akurat Maria Cinta i Rafael, katalońskie małżeństwo w średnim wieku następnego wracało do domu i z tej okazji urządziło uroczystą kolację dla nowych znajomych z miasteczka, Josefy i Pabla, na które poza mną załapał się też nowy albergeiro, Raul (wszelkie imiona prawdopodobne, choć raczej nieprawdziwe).

    Jeśli wspomniałem o uroczystej kolacji, trzeba dodać, że na – modłę katalońską, z akcentami lokalnymi. A zatem uginających się od talerzy stół zimnych przekąsek: lokalnych wędlin, serów, pomidorów, oliwek, sałatek, no i oczywiście pa amb tomàquet – przygotowany na życzenie przyjaciół, żeby wiedzieli, jak się go poprawnie przygotowuje w Katalonii i nie dali się nabrać na wszędobylskie podróbki. Danie rzeczywiście tyleż proste, co łatwe do oszukania przez zbytek ambicji i improwizacji. To po prostu chleb (może być na zimno, może być grzanka) z wtartym weń pomidorem. Mile widziana jest oliwa, sól i roztropnie dobrane dodatki. Jednak kluczowym elementem jest wtarcie pomidora. To nie ma być bruschetta!

    Siedzimy do późna, komentując wszelkie możliwe tematy: od bezczelnych pielgrzymów po pożary w Galicji. Maria Cinta i Rafael wciąż jeszcze emocjonują miejscami, które przy okazji udało im się zwiedzić w Kastylii i z dziecięcą naiwnością amerykańskich turystów dopytują, czy coś jeszcze ciekawego zostało. To oczywiście tylko uwalnia rzekę miejscowości, zamków, kościołów, rezerwatów, którymi przekrzykują się Josefa i Pablo, dumnie prężąc kastylijską pierś.

    Czy to z powodu obfitej kolacji, czy z nadmiaru wrażeń, długo nie mogę zasnąć. Leżę na łóżku, wsłuchując się w ciszę. Dobrze wiem, że za wszelką cenę powinienem już spać – przede mną długi i gorący dzień. Ale jakoś nie rozpaczam, że mi się nie udaje. Smakuję tę chwilę. To już ostatni gościnny dom przed…
    Read more

  • Aug15

    Santiago (Villalón de Campos)

    August 15, 2016 in Spain ⋅ ☀️ 27 °C

    Kilka minut przed mszą w zakrystii pojawia się pełen energii staruszek. Przez ostatni kwadrans wyczerpaliśmy z zakrystianem wszelkie możliwe mniej i bardziej kurtuazyjne tematy, obejmujące w znacznej mierze serię luźnych skojarzeń autobiograficznych mężczyzny. (Niech mu na imię będzie Manolo.) Ze spraw bardziej bieżących, wiem już, że zamiast nowego, dopiero co wyświęconego proboszcza Francisca, sumę odprawi pochodzący z okolic i przebywających akurat u rodziny na wakacjach ksiądz-emeryt, Santiago (na co dzień mieszka w Toledo).

    Santiago wchodzi do zakrystii i z właściwą Hiszpanom gracją zaczyna wszystko mieszać, przestawiać i zmieniać, tak że w pewnym momencie biedny Manolo już nie wie, na czym stoi, zaś na kredensie piętrzy się, nie wiedzieć czemu, sterta różnych alb, stół i ornatów. W drodze do prezbiterium ksiądz stwierdza, że właściwie jestem gościem i do tego młodszy, więc lepiej jeśli to ja będę odprawiał mszę, a on wygłosi kazanie. Propozycja jest tak nagła, że nie zdążam się zdziwić i w zasadzie nawet się tą improwizacją nie przejmuję – do tej alarmującej chwili, gdy staruszek dorzuca, żebym się nie martwił, bo mi pomoże. Tak, to najwyższy znak, by zacząć się bać.

    Rozpoczyna się zatem przestawianie mikrofonu, aleatoryczne przestawianie założonych stron w mszale w momencie, gdy akurat coś z nich usiłuję przeczytać, zaś kielich i wszelkie inne mszalne utensylia mają rzadką okazję wykonania skomplikowanych układów choreograficznych na ołtarzu.

    Myślicie, że to najgorsze, co mogło się przydarzyć? Jeszcze nie! Santiago czuje się bowiem zobowiązany przyjąć mnie po królewsku. Zatem na początku mszy oraz przez znaczną część kazania najpierw przedstawia mnie zebranym (tak, mówi to samo dwa razy, na wszelki wypadek!), a następnie prezentuje lokalną społeczność, opowiadając o kastylijskich cnotach, wśród których pierwsze miejsce zajmuje gościnność. Następnie mam(y) wykład znaczących wydarzeń z historii miasteczka, by wreszcie przejść do informacji turystycznych o miejscach wartych odwiedzenia. Gdzieś między odrestaurowanymi witrażami a założeniami architektonicznymi rynku pojawiają się glossy o Wniebowzięciu. Zdania z konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus łagodnie się przeplatają z miejscowymi legendami i wspomnieniami z dzieciństwa. Co jakiś czas Santiago robi pauzę i odwraca się w moją stronę, aby dodać jakieś szczegóły (jeszcze bardziej) dla mnie.

    Ukradkiem spoglądam na twarze ludzi, którym mimowolnie zgotowałem takie widowisko, z powtarzaną jak refren osobistą dedykacją. Nikt jednak się nie śmieje ani nie oburza. Najwyraźniej kazanie trzeba po prostu odsiedzieć, nie przykładając większej wagi do treści. Nie o nie tu chodzi.

    Po mszy kolejki do zakrystii – znajomych i odległych krewnych Santiago. Ktoś mnie ściska, ktoś tłumaczy, że to tu mówi się najczystszą wersją kastylijskiego, jeszcze ktoś inny z przejęciem pokazuje pogięte zdjęcie młodego księdza – brata, który został zamordowany kilka miesięcy po święceniach przez kubańskich rewolucjonistów. Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o tej historii, ale już Santiago przestawia delikwenta, a mi podsuwa jakąś znajomą rodzinę. No a Manolo usiłuje połapać się w nowej stercie szat liturgicznych.

    Żegnamy się i witamy na przemian. Santiago zaciąga mnie ze swoimi kolegami ze szkoły do baru, gdzie spędzamy jakieś pół godziny, skacząc ze wspomnienia na wspomnienie. W końcu za rogiem budynku znika jego podstarzała, ale wciąż pełna werwy sylwetka. A ja myślę o tych wszystkich niepozornie świętych księży – jąkających się, przeciętnych, nudnych, ale którzy mają w sobie taką szczególną, prostą dobroć, za którą nie da się ich nie lubić. I tyle im do bycia dobrymi księżmi wystarczy. Niczym już nadrabiać nie muszą!
    Read more

  • Aug14

    Klaryski po raz drugi (Medina de Rioseco

    August 14, 2016 in Spain ⋅ ⛅ 27 °C

    To co dobre warto powtarzać. Na camino wprawdzie pierwszeństwo przed zachciankami ma droga, ale nieraz przyzwala na nie. Po blisko czterdziestu kilometrach marszu czuję się całkowicie usprawiedliwiony do spełnienia jednej z nich i zatrzymuję się na nocleg w Medina de Rioseco w klasztorze sióstr klarysek.

    W domku pielgrzyma, na kuchennym stole czeka już na mnie ciasto i miska ogórków. W wymarłym o tej porze mieście nie dostanę niczego innego do zjedzenia, ale poczęstunek od sióstr całkowicie zaspokoi moje potrzeby.

    Kiedy wezmę prysznic, upiorę ubrania i wyrównam temperaturę ciała do przyzwoitych rejestrów, odważam się rzucić wyzwanie palącym promieniom i wyruszam na spokojny spacer malowniczymi uliczkami starówki – na szczęście w cieniu. Moją uwagę zwraca rzeźba krokodyla przytwierdzona do ściany jednego z budynków. Wiąże się z legendą o pochodzeniu krokodylej skóry z miejscowej katedry. Zwierzę miało jakimiś nieznanym kanałami dopłynąć tu z Nilu i pożerać w nocy budowniczych świątyni, aż nie przyszedł miejscowy Szewczyk Dratewka, by raz na zawsze skończyć z tą murarską dietą.

    Wieczorem odmawiam z siostrami nieszpory i odprawiam mszę z wigilii Wniebowzięcia Marii Panny. Nieszpory okazują się, jeśli można tak powiedzieć, zwodnicze. Bo mniszki każdy wers psalmu śpiewają na inną melodię. Choć psalmy nie są długie i tak trzeba przyznać, że siostrom inwencji nie brakuje. Ponieważ kantorka śpiewa raczej basem niż sopranem, ma to dodatkowe walory tonacyjne.

    Po takim doświadczeniu msza przebiega już w o wiele spokojniejszych warunkach, tak że prawie bym nie zauważył, że to pierwszy raz, kiedy głoszę kazanie w języku Cervantesa (a przynajmniej w czymś, co ma pretensje go przypominać). Najwyraźniej muzyczne ekstrawagancje sprzyjają modlitwie wstawienniczej za kaznodziejów. Polecam moim braciom do wypróbowania – choć zastrzegam, że może to działać jedynie w przypadku hiszpańskich klarysek.

    Jeszcze chwila wspólnej modlitwy w ciszy, uściski, pożegnania i wyprzedzam do łóżka słońca. Niech sobie jeszcze świeci. Dla mnie dzień już zakończony. Spotkamy się jutro. Oby na przyjacielskiej stopie!
    Read more

  • Aug14

    Dopływy Odry (Castromonte)

    August 14, 2016 in Spain ⋅ ⛅ 27 °C

    Po raz kolejny odkrywam (i przez najbliższe dni będę miał okazję tylko się w tym utwierdzić), jak skończenie głupimi stworzeniami są owce. Uniżenie przepraszam wszystkich ich wielbicieli, hodowców, przyrodników, etologów i socjobiologów. Jednak po moich licznych spotkaniach z tymi, skądinąd pożytecznymi i przyjaźnie wyglądającymi, zwierzątkami, trudno mnie przekonać do zmiany zdania.

    Na dobrą sprawę wystarczy jedno spotkanie z takowym stadem na drodze gruntowej, szerokości mniej więcej 3-4 metrów, by szczerze zwątpić w jakąkolwiek jego logikę samozachowawczą. Idą takie przed siebie, za bardzo nie interesując się otaczającym światem. Część wymija mnie, ale nagle: niespodzianka. Jedna, druga owca zatrzymuje się na mój widok i stoi. Nie ruszy się do przodu, do tyłu ani w bok. Początek stada już znika za plecami, ale te tu stoją i się patrzą. Dopiero pasterz musi zawrócić i pogonić je. Jednak gdy w końcu wydaje się, że nasz oporny manewr mijania można uznać za zakończony, jedna z ostatnich owiec ogląda się na mnie, staje i beczy, wstrzymując resztę – jakby czekała, aż do nich dołączę. Znowu musi wkroczyć pasterz, owczarki i dopiero setka zwierząt ruszy w dalszą drogę – przynajmniej do następnego spotkania.

    Być może jest w tym jakiś zamysł. Być może da się znaleźć jakieś wytłumaczenie dla takiego zachowania. Nie przeczę – w końcu przy odrobinie gimnastyki każdy skończenie chaotyczny zbiór da się jakoś uporządkować, a dla najbardziej irracjonalnego postępowania – znaleźć wytłumaczenie. Niekoniecznie jednak uzasadnienie. Co z tego, że głupi wie punkt po punkcie, dlaczego podejmuje takie a nie inne działania, skoro błądzi i nie dociera do upragnionego celu?

    W tym kontekście poważnie myślę o jakiejś naiwnej owczej mitologizacji, która w tej czy innej formie powraca w naszej kościelnej wyobraźni. Nie uważam się za żadnego znawcę owczej natury, ale mam wrażenie, że więcej w tych wyobrażeniach wypranych i wyczesanych owieczek Marii Antoniny niż kastylijskiego (a nawet tatrzańskiego) owczęcia. Warto zresztą przemyśleć na poważnie, co to Jezusowie porównanie nas do owiec mówi. Ile w nas zachowań, schematów rozumowania i podejmowania decyzji na owczą a nie ludzką miarę…

    W czasie licznych i zupełnie nieprzewidywalnych w swoim rozwoju spotkań z owcami powraca do mnie też zdanie zapamiętane z lekcji przysposobienia obronnego na temat ratowania zwierząt gospodarskich z pożaru. Po tym jak już wyprowadzi się z konie w workach na głowach, kaczki i kury w takichże samych workach (zapisać: potrzebne dużo worków na wypadek pożaru) oraz wyciągnie świnie za tylne łapy (bo w ten sposób nie pokopią, w co mocno wątpiła moja filigranowa koleżanka), przychodzi kolej na owce:

    Punkt pierwszy: znajdź przewodnika stada – reszta owiec pójdzie za nim (ciekaw jestem, czy ktoś organizuje zawody szukania przewodnika w stogu siana).
    Punkt drugi: jeśli nie uda ci się znaleźć przewodnika stada (chyba możemy spokojnie od tego zacząć), zmuś dowolną owce do beczenia, a reszta pójdzie za nią (rozumiem, że trzeba ją pociągnąć za ucho, no i oczywiście wiadomo, że na płonącej farmie będzie to jedyna becząca owca, przez co zwróci na siebie uwagę).
    Nie wiem, dlaczego to sobie przypomniałem, ale przyznajcie: też macie takie absurdalnie przypadkowe wiadomości zapamiętane ze szkoły. Jak na złość, bywa, że to są te wiadomości, które obiecaliście sobie zapomnieć na drugi dzień po sprawdzianie, jako bunt przeciw idiotycznym wymaganiom. Tymczasem tyle rzeczy z głowy wyleciało, a to się trzyma! Jeden z moich współbraci ma tak z dopływami Wisły i Odry. Z paniką w głosie wymieniał nam je w te i nazad przy obieraniu ziemniaków. W Hiszpanii za czasów generała Franko uczono na przykład imion królów wizygockich. Zrobiło się z tego nawet takie powiedzenie, że jak dziecko wchodziło w drogę rodzicom i uparcie zapewniało, że już odrobiło pracę domową, mówili mu: A znasz już wszystkie imiona król wizygockich? Wyobrażam więc sobie (nie prowadziłem badań), że musi w pokoleniu 50-latków istnieć znacząca grupa neurotyków, którzy ni stąd ni zowąd budzą się w nocy i recytują na jednym oddechu Wizygotów, ku przerażeniu małżonków i/lub beznadziejnym westchnięciu psychiatrów (czasem są to te same osoby).

    Może zatem nie ma co się dziwić tym owczym (i ludzkim) pędom, skoro taki nieprawdopodobny bajzel rządzi w naszych puszących się przemądrzałością głowach?
    Read more

  • Aug14

    Wizygoci (Wamba)

    August 14, 2016 in Spain ⋅ ⛅ 27 °C

    Nie raz w czasie pielgrzymki rzeczywistość zaskakiwała mnie w takim stopniu, że ze zdumieniem przecierałem oczy, zastanawiając się, czy jeszcze śnię, czy już popadłem w stan halucynacji. Nie inaczej było w pewien poranek, przed wschodem słońca w miasteczku o uroczej nazwie Wamba. Jest to, zdaje się, jedyna miejscowość Hiszpanii na literę „W”. Anomalię tę zawdzięczamy Wizygotom, którzy pozostawili po sobie kamienny kościół.

    W miarę jak zbliżam się do rzeczonej miejscowości, dobiegają mnie jakieś krzyki, zaśpiewy, śmiechy, zadziwiające o tej wczesnej porze. Sprawdziwszy w głowie całą serię mniej lub bardziej idiotycznych hipotez (od podchodów dziecięcej kolonii po zasadzkę bułgarskiej mafii), zaczynam na poważnie zastanawiać się, czy przypadkiem zmysły nie odmawiają mi posłuszeństwa. Teoretycznie mogło to być jeszcze encierro, ale nawet byki pogardziłyby taką godziną. Mimo wszystko i na nie za wcześnie.

    Szlak wijąc się, schodzi w dolinę rzeki, a głosy zdają się mnożyć i rozprzestrzeniać (choć w żadnym wypadku nie stają się wyraźniejsze). Powraca do mnie szalona myśl, że wrócili Wizygoci.

    A może wcale nie wrócili? Może żyją w tej ich Wambie nieprzerwanie od stuleci, ale ze względów politycznych – w ukryciu? Za dnia Juan Antonio jest uczesanym listonoszem, roznoszącym gazetki reklamowe i pisma urzędowe (wobec wymarcia wszelkiej innej korespondencji), ale gdy zapadnie noc, staje się nieznającym litości Leowigildem: drze rachunki bankowe, oświadczenia podatkowe i katalog wysyłkowy „Wszystko dla twoich rabatek”. Rosę Marię możecie spotkać w trzecim obejściu po lewej, zaraz za rzeką. To niczym nie wyróżniająca się stateczna wdowa po zasłużonym dla lokalnej społeczności mechaniku samochodowym. Jednak gdy w promieniu pięciu kilometrów zniknie ostatni obcy, przeistacza się w zielarkę Ermenbergę – skacze po łące na bosaka, w powłóczystej szacie, ze srebrnym sierpem w dłoni, ścinając starannie wyselekcjonowane liście i kwiaty do eliksiru miłości dla Goswinty (znanej też jako piekielnie nudna i brzydka siostra proboszcza, Maria Rosario), wzdychającej wieczorami do Recceswinta (nieśmiały traktorzysta Felipe).

    Widok, jaki wreszcie ukazuje się moim oczy, w niewielkim jedynie stopniu uspokaja mnie. W różnych (nieraz dość dziwnych) miejscach i pozach porozsiadały się, stoją lub snują się gromady młodzieży w zaawansowanym stadium upojenia alkoholowego. Zwisające smętnie o tej porze chorągiewki wskazują, że to ostatnie godziny całonocnej fiesty (jak w wielu krajach, w sierpniu, po żniwach, zbiegają się wszystkie możliwe odpusty, święta, festyny). Wymijam zataczające się hordy, dziękuję za propozycje piwa (dla mnie stanowczo za wczesne) oraz pozdrawiam zdumionych, że to już „dzień dobry”.

    Nie zatrzymuję się w wiosce, ale zdecydowanym krokiem ją przecinam, nie zwalniając tempa, aż zamilkną za mną stłumione głosy dogorywających. Wtedy odwrócę się, by w łososiowym świetle przedświtu jeszcze raz rzucić okiem na ukrytą między zboczami dolinki wioskę. Może to i fiesta, ale kto tam wie, czy nie było wśród nich żadnych Rekkaredów, Witeryków, Sisebutów czy Gundemarów. I czy dziewczyna o skrzeczącym głosie harpii nie nazywa się w rzeczywistości Galaswinta, Hildoara, Recyberga albo chociaż Cixlonia…
    Read more

  • Aug13

    Ziemia pól (Ciguñuela)

    August 13, 2016 in Spain ⋅ ☀️ 26 °C

    Kończą się przyduszne lasy sosnowe. Gdzieś w międzyczasie umykają zaciszne strumyki i kanały. Przekraczam niewidzialną granicę i opuszczam ziemie rzeki Duero, stanowiącej przez wieki granicę między chrześcijańską a muzułmańską Iberią. Żegnam tę odrobinę cienia i wkraczam na tierra de campos, ziemię pól.

    Wita mnie zostawiony w okolicach Madrytu skwar. Nabrane przez te parę dni wytchnienia siły muszą mi wystarczyć. Uczę się więc od nowa potu, ślepoty i suchoty. Powraca bezsilna złość na oddalający się horyzont. Wieża kościoła skrywa się za niewidocznymi wcześniej pagórkami. Schodzisz w dolinkę, która wije się między nimi, z każdym zakrętem licząc na to, że wreszcie wyłoni się znajoma sylwetka budowli. A ona jest coraz dalej.

    W porannych godzinach, kiedy słońce pozwala jeszcze na beztroskie zwolnienie kroku i nieme podziwianie, daję się wciągnąć w ten fascynujący bezkres żółtych pól. Chciałbym nad nimi szybować, objąć je wzrokiem. Marne jednak szanse. Przegrywam z ich rozmachem. Sam jestem przezeń obejmowany.

    Kto zmierzył wody morskie swą garścią
    i piędzią wymierzył niebiosa?
    Kto zawarł ziemię w miarce?
    Kto zważył góry na wadze
    i pagórki na szalach?
    Kto zdołał zbadać ducha Pana?
    Kto w roli doradcy dawał Mu wskazania…?
    Read more