Khiva kolejny dzień
10. maj, Usbekistan ⋅ ☀️ 24 °C
Dzisiejsze wspomnienia pewnie będą bardzo trudne do ogarnięcia. Niby nic spektakularnego się nie wydarzyło, ale tak skondensowany przypływ informacji jest niezwykle trudny do przekazania. Do tego dochodzą jeszcze własne myśli, które – chcąc nie chcąc – modelują przeżycia na swój sposób. Tak czy inaczej był to kolejny magiczny dzień.
Naszą przewodniczką była przepiękna Nasiba, której imię ma wiele znaczeń, ale chyba najpiękniejsze z nich to życzenie, aby los był pomyślny i bogaty w dobre wydarzenia. Pochodzi ona z prowincji Khorezm, która dzieli się na 11 regionów. Ludzie posługują się tam językiem bardziej zbliżonym do tureckiego niż klasycznego uzbeckiego.
Do starego miasta weszliśmy przez południową bramę, znaną również jako brama ojca – Ota Darvoza. Prowadziła ona do medresy, czyli szkoły religijnej, z której kiedyś mogli korzystać wyłącznie chłopcy. W dzisiejszych czasach również dziewczęta mogą się uczyć. Nauka trwa teraz zwykle 4–5 lat, podczas gdy dawniej chłopcy potrafili spędzać w edukacji nawet 21 lat.
Suchy klimat pomógł zachować około 130 pomieszczeń w bardzo dobrym stanie. Dzisiaj jest tam hotel.
Kompleks znajdował się blisko więzienia, które można by nazwać „stacją przechodnią”. Wyroki zwykle kończyły się wyjątkowo niekorzystnie dla zainteresowanych, a przeżywalność była minimalna – niezależnie od przewinienia. Wymiar sprawiedliwości wykonywano publicznie i niezwykle brutalnie. Wystarczało to ponoć na jakieś trzy lata społecznego spokoju i skutecznie leczyło „robaczywe myśli”. Ale o tym za chwilę…
Przez dłuższą chwilę staliśmy pod krótkim minaretem – Kalta Minor. Pierwotnie miał mieć aż 100 metrów wysokości, ale skończyło się na około 30. Plan był ambitny: podobno z jego szczytu miało być widać Bucharę. No ale… nie wyszło. Architekt, obawiając się o własne życie, dostał skrzydeł i podobno odleciał do cieplejszych krajów. Tak mówi legenda.
Minaret był wyjątkowy, bo zamiast malowanych zdobień pokryto go kafelkami majolikowymi.
Obejrzeliśmy również medresę Mohammed Amin Khan i ruszyliśmy do Kunha Ark – dawnej rezydencji i meczetu Khana.
Z zewnątrz budowla była bardzo skromna, ale wnętrza wręcz ociekały bogactwem. Była część letnia i zimowa, no i oczywiście harem. Architekt został ponoć nazwany przez Khana szatanem, bo wzory kafelków nigdy się nie powtarzały – łączyły się pozornie chaotycznie, a jednak tworzyły niezwykle misterną i pełną życia mozaikę. Co ciekawe, kafelki były przybijane do ścian gwoździami. Mówiono, że architekt musiał coś palić albo pić. Ja myślę że jedno i drugie.
Ciekawostką była także mennica. Jako strażników wykorzystywano tam małe dzieci – z bardzo prostego powodu: dzieci z natury mówią wszystko i niewinnie donoszą o wszystkim, co widzą. Pracujący tam mężczyźni mieli długie brody i kudłate włosy. Po powrocie do domu wyczesywali z nich złoty pył, który po czasie zamieniał się w całkiem niezły majątek. Kiedy proceder wyszedł na jaw, wielu z nich musiało pożegnać się z fryzurą i chodzić na łyso i bez brody.
Monety miały małe dziurki i noszono je na kobietach – żywych sejfach tamtych czasów.
Mała dygresja o kobietach. Istniała – i ponoć nadal istnieje – pewna „cena” związana z zawarciem małżeństwa. W zależności od umiejętności i statusu przyszłej żony moze to być od 1500 do 4000 dolarów. Panna młoda podczas wesela stoi niemal w pełnej „zbroi”, czyli pod welonem, i każdemu przychodzącemu do domu kłania się trzy razy w pas, co symbolicznie oznacza: „będę Ci służyć do końca życia”. Do teściów nie wolno jej się odzywać, dopóki nie urodzi minimum dwójki dzieci, a do teścia – podobno do końca życia – mówi się wyłącznie szeptem.
W Kunha Ark Khan modlił się i przyjmował gości. Aby się do niego dostać, należało przejść przez trzy pomieszczenia: w pierwszym zostawiało się dary, w drugim broń, a w trzecim uczono przybyłego odpowiedniego zachowania podczas audiencji. Przez cały czas należało trzymać ręce skrzyżowane na piersiach.
Do Khana wchodziło się zwykle przez bardzo niskie drzwi – pomagały one automatycznie oddać ukłon. Chociaż, rzecz jasna, istniały też normalnej wysokości wejścia dla równie ważnych gości. Z 64 Khanów tylko jeden zmarł śmiercią naturalną. To chyba mówi samo za siebie.
Zanim odpowiem na pytanie, gdzie mieszkał Khan, szybki powrót do więzienia Zindan. Jak wspominałem wcześniej, kary były surowe i okrutne: nabijanie na pal, zakopywanie żywcem głową w dół za znalezienie się w obcym haremie, zrzucanie z minaretu lub wieszanie za życie bez ślubu. Kobiety zakopywano po piersi i kamienowano. Pierwszy kamień rzucał ojciec, a później – jako znak hańby – do końca życia nie mógł nosić czapki, by wszyscy wiedzieli, co zrobiła jego córka.
Kobiety lekkich obyczajów wkładano do worków z dzikimi kotami, a następnie obijano worki kijami, rozwścieczając zwierzęta, które wykonywały resztę „wyroku”. Brzmi to jak coś z bardzo mrocznego filmu, ale niestety była to rzeczywistość tamtych czasów.
No dobrze, wróćmy do haremu – bo właśnie tam mieszkał Khan. Miał cztery żony. Pierwsze trzy zwykle wybierała matka Khana, a pierwsza żona była najważniejsza i tradycyjnie zajmowała się finansami. Czwartą wybierał już sam Khan i zazwyczaj była najbliższa jego sercu.
Żony mieszkały po tej samej stronie co władca, a po przeciwnej stronie – w pełnym słońcu – przebywały nałożnice. Podobno po to, by były pięknie opalone i żeby ich uroda „mogła się otworzyć”. Bywało ich nawet około setki.
Kobiety w haremie zdobywały wykształcenie – uczyły się języków, rękodzieła i wielu praktycznych umiejętności. Każda otrzymywała monetę raz w tygodniu, a jeśli miała osobiste spotkanie z Khanem choćby tylko jeden raz, zapewniano jej opiekę finansową do końca życia.
Temat jest niezwykle fascynujący, ale trzeba iść dalej.
Warto wspomnieć, że w małej medresie znajduje się muzeum wielkich myślicieli – ojców matematyki, filozofii i medycyny. Między innymi Abu Ali Ibn Sina, znany szerzej jako Awicenna. Mówi się, że wykonywano tu jedne z pierwszych operacji wyrostka robaczkowego, prowadzono ciekawe obserwacje neurologiczne i rozwijano matematykę, w której zastosowano zero.
Ostatnią z niezwykłych budowli był piątkowy meczet, gdzie Khan modlił się razem z ludem. Mógł pomieścić aż 5000 osób. Podobnych budowli tej klasy jest podobno zaledwie sześć na świecie – cztery w Turcji, jedna w Kordobie i właśnie ta tutaj.
Meczet wspierały drewniane kolumny rozmieszczone tak sprytnie, że widok był niemal niezakłócony z każdego miejsca. Dodatkowo strategicznie rozplanowane otwory w ścianach sprawiały, że wszędzie było doskonale słychać.
Druga część dnia to pokaz gotowania z naszym aktywnym udziałem. Robiliśmy makaron z koperkiem, który nadawał mu przepiękny zielony kolor, oraz oglądaliśmy jak się piecze chleb w specjalnym piecu, do którego ścianek przykleja się ciasto. Cały proces pieczenia trwał około 10 minut.
To chyba na tyle, choć i tak zrobiła się całkiem długa opowieść.Læs mere


































RejsendeWiem od Kasi z rozmowy telefonicznej, że dzisiejszy dzień był niezwykle przepełniony różnymi atrakcjami dlatego cierpliwie poczekam na komentarz go opisujący. Tymczasem odpoczywajcie, nabierając sił na kolejne wyzwania! Dobrej nocy 🥰
RejsendeNiesamowity komentarz! 👏 Przeczytałem jednym tchem, niczym powieść sensacyjną 🤩
Rejsende
Portret przodka? 🤔😁