Khansar Yurt Camp
13. maj, Usbekistan ⋅ 🌙 22 °C
Kolejny magiczny dzień, ale tym razem zupełnie inny od poprzednich. Zamiast monumentalnych zabytków i miejskiego gwaru, cieszyliśmy oczy przestrzenią i przyrodą, które towarzyszyły nam w podróży w okolice jeziora Aydar. Ruszyliśmy dwoma samochodami po nową przygodę, a krajobraz za oknem zmieniał się jak slajdy w prezentacji przygotowanej przez naturę – trochę pustyni, trochę stepu, trochę niczego… ale tego „niczego”, od którego trudno oderwać wzrok.
Samo jezioro Aydar to geograficzna ciekawostka – leży na skraju pustyni Kyzylkum, jednej z największych pustyń Azji Centralnej, a jego powstanie w dużej mierze było dziełem przypadku i ludzkiej ingerencji w system wodny regionu. Dziś tworzy ogromną błękitną plamę pośród suchych terenów Uzbekistanu, trochę jakby ktoś rozlał morze tam, gdzie kompletnie się go nie spodziewasz.
Dzisiejszą noc spędzaliśmy w yurtach, próbując choć na chwilę przenieść się do czasów dawnych koczowników, podróżników przemierzających Jedwabny Szlak i zdobywców, którzy przez te ziemie ciągnęli ze swoimi armiami. Yurta z zewnątrz wygląda niepozornie, ale w środku – przy odpowiednim nastawieniu i odrobinie wyobraźni – człowiek zaczyna się zastanawiać i widzieć wszystko inaczej.
Po dotarciu na miejsce i logistycznym rozlokowaniu w naszych mobilnych „apartamentach” ruszyliśmy nad jezioro. Wielu z nas zażywało kąpieli o właściwościach odmładzająco-relaksujących w przerwie dyskutując o bardzo ważnych sprawach połączonych z konsumpcjia płynów o właściwościach niemal magicznych.
Tuż przed zachodem słońca wróciliśmy do bazy i wybraliśmy się na krótki spacer. Zachodzące słońce, ogrom przestrzeni i czerwieniejące piaski stworzyły prawdziwą ucztę dla oczu. Człowiek patrzył i miał wrażenie, że ktoś specjalnie podkręcił kolory w ustawieniach światła.
Potem przyszła pora na inną ucztę – tę przygotowaną przez naszych gospodarzy. Zaczęło się od świeżo pieczonego chleba wypiekanego w tandirze, tradycyjnym glinianym piecu, który w tej części świata jest nieodzownym elementem wyposażenia kuchni. Do tego aromatyczna zupa i lokalny plov i wszystko bardzo smaczne, odpowiednio zakrapiane wódeczką, po prostu kolejny cud.
Po kolacji ognisko, a na deser coś naprawdę wyjątkowego – duchowa uczta w postaci muzyki i śpiewu wykonywanego przez 16-letniego chłopaka o niesamowicie ciepłym kazachskim głosie i niesamowitej umiejętności gry na charakterystycznym instrumencie dwustrunowym o nazwie dutar. tylko dodawało klimatu temu miejscu. Potem były tańce, nasze mniej lub bardziej profesjonalne śpiewy i mnóstwo śmiechu. No i na jeszcze jeden deser ziemniaki pieczone w ognisku które zapewniła Fara i koniaczek od Mateusza spowodowaly że w doskonałych nastrojach udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, choć pewnie niejednemu w głowie jeszcze długo grały melodie spod ogniska i widok czerwonego zachodu słońca nad stepem.Læs mere

































Rejsende
Prawdziwy przepych! 😍
Rejsende
Kasiu, uważaj na siebie!
Rejsende
🕷