• Samarkand

    14. maj, Usbekistan ⋅ ⛅ 20 °C

    Po noclegu w jurtach, gdzie sen napędzany był świeżym powietrzem, zapachem stepu, porykiwaniem wielbłądów, a ostatecznie zakończony pianiem kogutów służących za naturalny budzik, zaczęliśmy kolejny dzień.

    ​Nasi gospodarze przygotowali doskonałe śniadanie, na którym pojawił się również deser dla śmiałków w postaci kwaśnego mleka wielbłądziego. Wypoczęci, najedzeni i w miarę ogarnięci higienicznie ruszyliśmy do wozów, zaczynając podróż do Samarkandy.

    ​Czekało nas około 250–300 km jazdy. Żegnaliśmy półpustynne okolice jeziora Ajdar – głównie płaskie, ale również lekko pomarszczone przestrzenie, suche stepy i kurz unoszący się nad drogą. Temperatura już od samego początku przypominała, że Uzbekistan nie zna pojęcia "delikatne ciepło”. Sytuacji nie ułatwiał nasz kierowca, który z jakiegoś powodu bez przerwy bawił się pokrętłami od klimatyzacji. W maju słońce potrafi tutaj bez problemu przekroczyć 30°C.

    ​Im bliżej Samarkandy, tym krajobraz stawał się łagodniejszy i bardziej zielony – pojawiły się pola uprawne, drzewa i delikatne wzgórza. Wyglądało to tak, jakby natura sama przygotowywała scenografię przed wielkim finałem w przepięknej Samarkandzie, jednym z najsłynniejszych miast na Jedwabnym Szlaku.

    ​Ciekawostka o mleku wielbłądzim (Szalap / Czand): Mleko wielbłądzie to potężna bomba witaminowa, ma trzy razy więcej witaminy C niż mleko krowie i mnóstwo żelaza. Dla koczowników było to naturalne lekarstwo na upały, bo doskonale gasi pragnienie i reguluje trawienie.

    ​Dotarliśmy do celu. Gdy doprowadziliśmy już do porządku nasze umysły i ciała, ruszyliśmy odkrywać cuda tego miasta. Małymi, wąskimi uliczkami skierowaliśmy się w stronę meczetu Bibi Chanum. Mijaliśmy tradycyjne mahalle (dawne wspólnoty sąsiedzkie, z których część zamieniono dziś na hotele i dotarliśmy od tyłu do ​meczet Bibi Chanum.
    Został zbudowany na polecenie Amira Timura  w trakcie lub tuż po jego zwycięskiej wyprawie do Indii. W założeniu miał być największym i najwspanialszym meczetem ówczesnego świata islamu. Budowano go przez 5 lat, a gigantyczna konstrukcja mogła pomieścić aż 12 tysięcy modlących się. Budowla była jednak tak monumentalna, że jej mury zaczęły pękać i kruszyć się pod własnym ciężarem jeszcze za życia Timura. Współczesny, zapierający dech w piersiach wygląd zawdzięczamy ogromnym pracom konserwatorskim.

    ​Na dziedzińcu stoi wielki, marmurowy pulpit pod Koran. Według lokalnego wierzenia kobiety, które mają problem z zajściem w ciążę, powinny przejść pod nim na czworakach, co ma zapewnić im płodność. Niestety, dziś jest to już niemożliwe. Zabytek odgrodzono szklaną barierą, ponieważ jedna z pań próbujących szczęścia – obdarzona przez naturę nieco większymi rozmiarami – ugrzęzła między kamiennymi nogami pulpitu i trzeba było ją stamtąd wyciągać.

    ​A propos Koranu: mała dygresja – najstarszy i najbardziej oryginalny egzemplarz tej świętej księgi (Koran Usmana) znajduje się nie gdzie indziej, jak w pobliskim Taszkiencie.

    ​Ciekawostka o wielkim pulpicie: Ten kamienny pulpit był przeznaczony dla gigantycznego Koranu z XIV wieku. Księga była tak wielka, że do przewracania jej stron potrzebni byli dwaj silni duchowni, a sam tekst czytano z balkonu meczetu i oczywiście ta wiadomość wyszpiegowalem z internetu :)

    ​Inna legenda głosi, że główny architekt zakochał się bez pamięci w trzeciej, ale najważniejszej żonie Timura – pięknej Bibi Chanum. Zgodził się dokończyć budowę gigantycznego meczetu tylko w zamian za jeden pocałunek, który po wielu skomplikowanych zabiegach w końcu dostal. Ślad, jaki zostawił na policzku królowej, był tak namiętny i wyraźny, że Timur po powrocie z Indii od razu go zauważył. Władca, delikatnie mówiąc, był bardzo z tego nie zadowolony. Królową chciał odprawić, a architektowi planowal zrobić krzywdę no ale ten zawczasu się ulotnił i uciekł do Persji.

    ​Zaraz obok meczetu odwiedziliśmy bazar Siab – jeden z największych i najstarszych nieprzerwanie działających targów w Azji Środkowej. Można tam do dzisiaj znaleźć absolutnie wszystko: od przypraw, przez suszone owoce, aż po słynne samarkandzkie chlebki.

    ​Kolejnym przepięknym monumentem widocznym z daleka był Plac Registan – prawdziwy symbol Samarkandy. Składa się z trzech monumentalnych medres (dawnych szkół wyższych): Uług Beka, Szer Dor i Tillja Kari. Dwie z nich pełniły funkcje bardziej świeckie (uniwersyteckie), a jedna miała charakter ściśle religijny.

    ​Tillja Kari – Jej nazwa oznacza dosłownie „Pozłacana”. Do jej ozdobienia zużyto około 14 kg złota.Wewnątrz tamtejszego meczetu znajduje się niesamowita kopuła. Zastosowano na niej genialną iluzję optyczną: malując elementy dekoracyjne jako coraz mniejsze w kierunku środka, stworzono wrażenie, że kopuła jest głęboko wklęsła, choć w rzeczywistości jest niemal płaska. Ten architektoniczny trik zadziwia do dzisiaj. Co więcej, akustyka Tillja Kari jest genialna – wnętrze zaprojektowano tak, aby głos imama niósł się bez wysiłku i docierał do każdego wiernego na wielkim dziedzińcu.

    ​Szer Dor – Na fasadzie tej medresy widnieją niezwykłe mozaiki przedstawiające tygryso-lwy polujące na jelenie oraz słońce z ludzką twarzą. Jest to wyjątkowe i jawne złamanie islamskiego zakazu przedstawiania istot żywych w architekturze sakralnej. Architektom jakoś udało się to wtedy „wytłumaczyć”  i na szczęście budowli nie trzeba było burzyć.

    ​Medresa Uług Beka – To ta po lewej stronie, wzniesiona przez wnuka Timura – wybitnego władcę, matematyka i astronoma. W średniowieczu była to jedna z najlepszych uczelni astronomicznych na świecie. Nad wejściem do niej widnieje piękny napis: „Dążenie do wiedzy jest obowiązkiem każdego muzułmanina i muzułmanki”.

    ​Sam słowo Registan oznacza dosłownie „miejsce pokryte piaskiem”. Zanim plac stał się reprezentacyjnym centrum imperium, był zwykłym rynkiem, miejscem publicznych ogłoszeń, a czasem... egzekucji.

    ​Co ciekawe, jeden z minaretów Medresy Uług Beka przez lata niebezpiecznie odchylał się od pionu (podobnie jak Krzywa Wieża w Pizie). Na początku XX wieku rosyjscy inżynierowie i lokalni mistrzowie przeprowadzili unikalną na skalę światową operację „prostowania”. Używając ogromnych lewarów, systemów przeciwwag i podziemnych ram, dosłownie wyprostowali wieżę na jej fundamentach. Cały ten proces brzmi tak niewiarygodnie, że aż trudno go sobie wyobrazić!

    ​Już po kolacji ruszyliśmy do jeszcze jednego, niezwykle magicznego miejsca – Shah-i-Zinda, czyli nekropolii, w której sercu znajduje się Mauzoleum Kusam Ibn Abbasa.

    ​Kusam Ibn Abbas był kuzynem proroka Mahometa i według legendy przybył tu w VII wieku, by krzewić islam. Sama nazwa nekropolii oznacza „Żyjący Król”. Legenda głosi, że Kusam wcale nie zginął. Gdy modlił się, został zaatakowany przez niewiernych i ścięto mu głowę. On jednak podniósł ją, zszedł na dno głębokiej studni i schował się i gdzie żyje do dziś.

    ​Choć cała nekropolia lśni od błękitnych mozaik z XIV i XV wieku, samo mauzoleum Kusam Ibn Abbasa jest najstarszą i najświętszą budowlą w całym kompleksie. Znajdują się tam grobowce wielu ważnych osobistości, głównie kobiet z otoczenia Timura. Jednym z najbardziej poruszających jest grób małej, prawdopodobnie 7-letniej dziewczynki.

    ​Prowadzące do nekropolii wysokie schody – nazywane „schodami do nieba” – mają swoją własną legendę. Mówi się, że należy dokładnie policzyć stopnie podczas wchodzenia i schodzenia. Jeśli liczba w obie strony się zgadza, oznacza to, że Twoje grzechy zostały wybaczone, a Ty jesteś człowiekiem czystego serca. Jeśli liczby się różnią... cóż, musisz powtórzyć cały manewr, ale tym razem na kolanach w obie strony.
    Læs mere