• Samarkand kolejny dzień

    15. maj, Usbekistan ⋅ ☁️ 24 °C

    ​Podejrzewam, że w nocy śniły się nam kolorowe budowle, wielbłądy i niebieskie mozaiki – albo zupełnie nic, bo sen był po prostu niemożliwy z powodu potwornego zmęczenia.

    ​Pełni energii i posileni solidnym śniadaniem ruszyliśmy w miasto. Zaczęliśmy od Timura – bohatera, idola i ojca Uzbekistanu. Można o nim mówić jako o wielkim, surowym, wręcz okrutnym, ale i niezwykle uzdolnionym strategicznie władcy, który prowadził niezliczone wojny i nie przegrał ani jednej z nich. Do tego był koneserem sztuki i miłośnikiem piękna. Z podbitych krain ściągał do swojej ukochanej Samarkandy artystów, myślicieli i inżynierów. Co prawda działo się to wbrew ich woli, ale mieli raczej ograniczony wybór.

    ​Timur był genialnym szachistą. Grał w specjalną, rozszerzoną wersję szachów (tzw. szachy Tamerlana) na planszy o powiekszonych wymiar z 28 figurami, w tym miedzy innymi wielbłądami, żyrafami i machinami oblężniczymi, ponieważ tradycyjna gra była dla niego za nudna.

    ​Legenda głosi, że gdy Timur przyszedł na świat w 1336 roku, jego dłonie były pełne zakrzepłej krwi. Szamani uznali to za znak: „Ten chłopak albo zostanie największym rzeźnikiem w historii, albo największym władcą”. Jak się okazało – ambitnie postanowił zrealizować oba te punkty jednocześnie.

    ​Wrogowie nazywali go Tamerlanem, co było lekką złośliwością (od perskiego Timur-i Lang – Timur Kulawy). Faktycznie, po jednej z młodzieńczych potyczek o kradzież owiec (tak, wielki wódz zaczynał w nieco innej branży) został ranny w nogę i rękę. Choć inna legenda mówi, że po prostu taki się urodził.

    ​Mimo utykania i niedowładu ręki Temur potrafił spędzać w siodle kilkanaście godzin dziennie. Jeśli ktoś w jego obecności zażartował z jego kalectwa, zazwyczaj była to ostatnia rzecz, jaką ta osoba powiedziała w życiu.

    ​W końcu trafiliśmy do Mauzoleum Gur-i Amir (co oznacza „Grób Króla”) – jednego z najbardziej magicznych miejsc w Samarkandzie. Choć zbudowano je dla wnuka wielkiego zdobywcy, ostatecznie stało się miejscem spoczynku samego Timura. Jego nagrobek, wykonany z ciemnozielonego nefrytu o głębokim odcieniu, leży u stóp grobowca jego nauczyciela – takie było zresztą jego życzenie. W tym samym miejscu pochowano dwóch jego synów oraz wnuków (w tym słynnego astronoma Uług Beka).

    ​Dolne partie ścian wykonano z onyksu, który w promieniach słońca delikatnie rozbłyska naturalnym światłem. Charakterystyczna, żebrowana kopuła o lazurowym kolorze składa się dokładnie z 64 żeber – tyle lat co przeżył prorok Mahomet.

    ​Choć z zewnątrz dominuje błękit, wnętrze dosłownie oszałamia. Ściany zdobią ornamenty z papier-mâché pokryte ogromną ilością płatków złota, co miało symbolizować potęgę i nieskończone bogactwo imperium.

    ​Nefrytowy blok na nagrobek Timura został sprowadzony aż z Chin (z Kotliny Tarymskiej). Wcześniej służył jako tron jednemu z potomków Dzyngis-Hana.

    ​Timur zmarł w 1405 roku w drodze na podbój Chin. Zima była wtedy okrotna, termometry pokazywały ponoć około -50 stopni. Aby dodać animuszu swoim zamarzającym żołnierzom, wódz ogolił głowę na łyso i wylał na nią kubeł lodowatej wody, chcąc pokazać, że mróz mu niestraszny. No i dostał zapaleniem płuc i umarł.

    ​W 1941 roku radzieccy naukowcy pod wodzą Michaiła Gierasimowa postanowili sprawdzić, co kryje grób emira. Miejscowi starcy błagali: „Nie otwierajcie go, bo na krypcie wyryte jest ostrzeżenie: Kto otworzy mój grób, wypuści najeźdźcę straszniejszego niż ja”. Badacze zignorowali przestrogi i otworzyli sarkofag 19 czerwca. Dokładnie trzy dni później, 22 czerwca, Hitler zaatakował Związek Radziecki.

    ​Stalin nakazał pochować Timura z powrotem, z pełnymi honorami wojskowymi i religijnymi, w listopadzie 1942 roku. Krótko po tym nastąpił przełom w bitwie pod Stalingradem. Wygląda na to, że nawet Stalin troszkę się przestraszył i stwierdził, że z Timurem nie ma co zadzierać – nawet po jego śmierci.

     Badania Gierasimowa udowodniły jednak coś fascynującego: Timur rzeczywiście miał głębokie rany prawej nogi i ramienia (co potwierdza historię o kalectwie), ale jak na swoje czasy był potężnym, wysokim mężczyzną (około 173 cm wzrostu), o rysach mongoloidalnych i... rudych włosach.

    ​Można by pisać i pisać, ale trzeba iść dalej, bo co za dużo, to niezdrowo. Ostatnią perełką tego dnia był meczet noszący imię „wiecznie żywego” proroka Hazrata Khizra. To kolejne magiczne miejsce w Samarkandzie – nie tylko ze względu na misterną architekturę, ale i niesamowite położenie na wzgórzu, z którego roztacza się piękna panorama na Registan i meczet Bibi Chanum.

    ​ Według legendy prorok Khizr odnalazł źródło wody żywej i zyskał nieśmiertelność. W Azji Środkowej jest uważany za patrona podróżników i tego, który przynosi szczęście.

    ​Choć obecna budowla pochodzi z XIX wieku, meczet stoi w miejscu pierwszej islamskiej świątyni w Samarkandzie z VIII wieku. Została ona doszczętnie zburzona przez Dzyngis-Hana, który oszczędził jedynie fundamenty.

    ​Dziś miejsce to ma nowe znaczenie – na jego terenie wybudowano mauzoleum Islama Karimowa, pierwszego prezydenta niepodległego Uzbekistanu. Budowla idealnie komponuje się z zabytkowym otoczeniem.

    ​Na koniec przeszliśmy przez cmentarz z pięknie grawerowanymi pomnikami.

     Niektórzy, motywowani czystą ciekawością i chęcią zobaczenia czegoś niezwykłego, pojechali kawałek dalej, aby obejrzeć pozostałości sekstansu w Obserwatorium Uług Beka. To za jego pomocą mierzono pozycje gwiazd z dokładnością, która niemal pokrywa się z wynikami współczesnych, nowoczesnych badań.

    ​A o tym, co dokładnie tam zobaczyli, nie będę się rozpisywać... Najciekawszą rzecz właśnie  powiedziałem, a reszta to po prostu wykafelkowana dziura w ziemi.

    ​No i to by było na tyle z dzisiaj.
    Læs mere