Taszkient
17. maj, Usbekistan ⋅ ⛅ 31 °C
Po śniadaniu zapakowaliśmy się do autobusu o standardzie tak luksusowym, że niemal wypadało zdjąć buty przed wejściem. Ruszyliśmy w stronę Taszkientu – ostatniego bastionu naszej magicznej wyprawy. Do stolicy dotarliśmy koło trzeciej po południu. Szybkie rzucenie walizek w hotelu i w miasto, bo czas uciekał.
Na pierwszy ogień poszła wizyta w tzw. „polskim kościele”. Oficjalnie to Katedra Najświętszego Serca Pana Jezusa. Piękny, neogotycki gmach, który za czasów radzieckich spotkał typowy dla tamtej epoki awans – zamieniono go w magazyn i materacownię. Na szczęście, dzięki determinacji polskich Franciszkanów, świątynia zmartwychwstała. Dziś to prawdziwa wieża Babel. Msze odprawia się tu po rosyjsku, uzbecku, angielsku i... koreańsku! Polskie nabożeństwa też się zdarzają, ale nam los przydzielił wersję koreańską. Co prawda nie zrozumieliśmy ani słowa poza uniwersalnym „Amen”, ale śpiewali za to przepięknie.
Mały kącik historyczny: Tuż obok kościoła znajduje się pomnik upamiętniający miejsca, gdzie w 1942 roku formowała się Armia Andersa. W Taszkiencie jest też polski cmentarz w dzielnicy Yakkasaray – niesamowicie zadbany, zielony i pełen historii o naszych rodakach, którzy znaleźli tu schronienie.
Po uczcie duchowej przyszedł czas na absolutne przeciwieństwo spokoju – szalony rajd po lokalnym bazarze. Gdyby dawano medale za zakupy na czas, zgarnęlibyśmy złoto. W zawrotnym tempie torby zapełniały się tonami orzeszków, suszonych owoców (uzbeckie rodzynki, morele i figi to czysta poezja!) oraz... wędzoną słoniną. Ja nawet wszedłem w posiadanie noża ze stali damasceńskiej (uzbecki pichok), którym pewnie wkrótce będę kroił chlebki i inne dobra w domu. Całość zakupowego stresu regularnie gasiliśmy łykami przepysznego, zimnego kwasu chlebowego prosto z beczki.
Mało tego! Dzięki znajomościom i magicznym zdolnościom naszych opiekunów, zdobyliśmy absolutny unikat: oryginalną koszulkę i spodenki uzbeckiej reprezentacji piłkarskiej. Tej samej, która zapisała się na kartach historii, walcząc o upragniony awans do Mistrzostw Świata.
Następnie zeszliśmy pod ziemię. Taszkienckie metro to nie jest zwykła dziura z pociągami – to podziemny Luwr! Każda stacja ma swój unikalny motyw. Na stacji Kosmonavtlar poczuliśmy się jak w międzygalaktycznej kapsule czasu (ściany zdobią portrety Jurija Gagarina i Uług Beka), a inne stacje ociekają marmurami, tradycyjnymi wzorami i kryształowymi żyrandolami, które bardziej pasowałyby do opery niż do komunikacji miejskiej.
Co ciekawe, do 2018 roku za wyciągnięcie tu telefonu groziło spotkanie trzeciego stopnia z panami w mundurach. Metro miało status tajnego obiektu strategicznego i schronu przeciwatomowego. Dziś na szczęście można klikać fotki do woli.
Jedna ze stacji nosi imię Aliszera Nawojego – genialnego XV-wiecznego poety i filozofa. Gość był prawdziwym mistrzem literatury: udowodnił całemu światu, że starożytny język czagatajski (przodek uzbeckiego) jest tak samo piękny i plastyczny jak elitarny perski. Napisał m.in. dzieło Lajla i Madżnun, która do złudzenia przypomina Romea i Julię Szekspira. Tylko że Nawoi napisał ją ponad sto lat przed narodzinami Williama, czyżby jakieś ściąganko się wydarzyło...?
Na deser zostawiliśmy sobie wizytę w przyszłości. Na wschód od obecnego centrum, za rzeką Chirchiq, na gigantycznym obszarze wyrasta Nowy Taszkient z rozmachem iście dubajskim. To nie jest po prostu nowa dzielnica – to budowane od zera, ultranowoczesne miasto dla 2 milionów mieszkańców.
Co najlepsze, architekci odrobili lekcje z błędów przeszłości. Żeby uniknąć smogu i afrykańskich upałów, wprowadzono rygorystyczny nakaz: minimum 30% powierzchni muszą stanowić parki i zieleń. Systemy gigantycznych kanałów i nawadniania projektują tu najlepsi zagraniczni eksperci.
Perełką projektu jest kompleks inspirowany Szlakiem Jedwabnym. Powstają tam minidzielnice stylizowane na kraje, przez które historycznie wiodła ta handlowa arteria.
Wieczór spędziliśmy, gapiąc się z otwartymi ustami na wysokie wieżowce rozświetlane laserami i monumentalny pokaz tańczących fontann (światło, woda i potęga dźwięku). Potem, po małym, strategicznym „nawodnieniu” lokalnymi trunkami, trzeba było w końcu wrócić do rzeczywistości.
Przed nami była już tylko jedna, najmniej romantyczna misja każdej wyprawy: upchnięcie noża, słoniny, koszulki i kilogramów orzechów do i tak już pękających w szwach walizek.
Læs mere




































