Słońce nad Złotą Bramą
May 23 in the United States ⋅ ☁️ 13 °C
Dlaczego Jeepem? Cóż, tak kończy się wysyłanie mężczyzny bez kontroli do wypożyczalni :-). Ale jeep jest piękny, wielki, i bardzo wygodny, nie ma więc powodu by zbytnio narzekać.
San Francisco wita nas łuną świateł migoczących nad Zatoką na domach, wieżach, mostach, i właściwie z każdej możliwej strony. Najbardziej rozmigotane jest oczywiście futurystyczne centrum miasta, tworzące imponującą panoramę specjalnie dla pielgrzymujących z lotniska.
Jest tak pięknie, że mimo późnej-wczesnej pory (do SF wjeżdżamy po północy , a jest to dla nas druga tej nocy północ, przesunięta o 3 do 8 godzin) wybieramy się jeszcze nad rzeczoną Zatokę podziwiać most Oakland Bay - a potem padamy nieprzytomni.
Budzimy się w zasadzie wypoczęci po 5 godzinach; jest to jedna z cudownych właściwości jet lag. Odpokutujemy wieczorem, ale na razie ruszamy na podbój San Francisco.
SF podoba się nam bardzo, na zabój, od pierwszego wejrzenia. A właściwie dwóch, jednego w nocy, drugiego w dzień. Nowoczesność pięknie rozwija się zaraz obok ciągle barwnej i tętniącej życiem historii. Co prawda nie za długiej, jak na europejskie standardy, ale na amerykańskie całkiem, całkiem. Założone przez Hiszpanów w 1776 - dokładnie w roku podpisania przez USA deklaracji niepodległości - do Stanów zostało wcielone 80 lat później. Tym niemniej, dziedzictwo hiszpańskie odczuwalne jest na każdym kroku - główny bulwar nadmorski „The Embarcadero” z wdziękiem łączy w sobie dwa języki, a wiele skrzyżowań łączy ulice hiszpańskie - Alhambra - z brytyjskimi - Scott street.
Miasto jest przesiąknięte technologią, co i rusz mijają nas autonomiczne samochody, a jednocześnie wypełnione sztuką; nie tylko przez instalacje artystyczne, ale też wyrażaną w architekturze, w grafitti, we wszechobecności sztuki w codzienności. Zalane zielenią, mimo suchego klimatu rośliny hodowane są w każdym załamku muru, przy każdym budynku, ulicy i oczywiście w parkach. A do tego otoczone zatoką, poprzecinaną mostami, w tym, oczywiście słynny Golden Gate, pełną jachtów pod żaglami, promów i łodzi rybackich, które można wynająć w celach wycieczkowych na każdym kroku. A do tego położone na wzgórzach, z obłędną panoramą, urokliwymi uliczkami, i kamieniczkami w stylu kolonialnym (w większości) odstawionymi na wysoki połysk. I od zawsze tętni muzyką, uwieczniona na muralach, w sklepach, ale też wylewająca się z barów wprost na ulicę, i angażującą przechodniów wyrywając ich z prozy codziennej gonitwy.
Niestety mamy tylko kilka godzin, więc z naszej długie listy wykreślamy plażę, Alamo Park, Haights-Ashbury i Tween Peaks.
Za to zwiedzamy malownicze uliczki, historyczne nabrzeże, zgrabnie zagospodarowane jako atrakcja turystyczna po tym, jak straciło znaczenie handlowe, i dodatkowo zasiedlone przez kolonię uchatek, zajadamy się świeżymi krewetkami - na które poluje drapieżna mewa - i odwiedzamy Pałac Sztuk Pięknych. Który, w najlepszym duchu imperializmu USA zbudowany jest wedle najlepszych starożytnych wzorów - ma być duże, z rozmachem, z kolumnami, i, oczywiście, najlepiej nad jakaś wodą.
Nie udaje się nam przejechać samochodem autonomicznym, za to wracamy do hotelu tramwajem w korytarzu z palm.
Most Golden Gate oglądamy w pełnej krasie z daleka zalany słońcem, ale, żeby tradycji SF stało się zadość, gdy podjeżdżamy do niego nad wzgórzami zaczyna kłębić się mgła, a upalne słońce bardzo szybko zastępuje przenikliwie zimny wiatr i lekki deszcz. Cóż, najwyraźniej, taki mają klimat ;-).
Choć to tylko pół dnia, rozsmakowujemy się w rozmachu SF, i z dużym żalem opuszczamy je wyruszając na szlak.Read more



























TravelerGreat start team Polak hope you are rested now 😀
TravelerEnjoy your adventure xx
4 x 8 nogThank you Both! 😍