Słońce nad Złotą Bramą
May 23 in the United States ⋅ ☁️ 13 °C
Dlaczego Jeepem? Cóż, tak kończy się wysyłanie mężczyzny bez kontroli do wypożyczalni :-). Ale jeep jest piękny, wielki, i bardzo wygodny, nie ma więc powodu by zbytnio narzekać.
San Francisco wita nas łuną świateł migoczących nad Zatoką na domach, wieżach, mostach, i właściwie z każdej możliwej strony. Najbardziej rozmigotane jest oczywiście futurystyczne centrum miasta, tworzące imponującą panoramę specjalnie dla pielgrzymujących z lotniska.
Jest tak pięknie, że mimo późnej-wczesnej pory (do SF wjeżdżamy po północy , a jest to dla nas druga tej nocy północ, przesunięta o 3 do 8 godzin) wybieramy się jeszcze nad rzeczoną Zatokę podziwiać most Oakland Bay - a potem padamy nieprzytomni.
Budzimy się w zasadzie wypoczęci po 5 godzinach; jest to jedna z cudownych właściwości jet lag. Odpokutujemy wieczorem, ale na razie ruszamy na podbój San Francisco.
SF podoba się nam bardzo, na zabój, od pierwszego wejrzenia. A właściwie dwóch, jednego w nocy, drugiego w dzień. Nowoczesność pięknie rozwija się zaraz obok ciągle barwnej i tętniącej życiem historii. Co prawda nie za długiej, jak na europejskie standardy, ale na amerykańskie całkiem, całkiem. Założone przez Hiszpanów w 1776 - dokładnie w roku podpisania przez USA deklaracji niepodległości - do Stanów zostało wcielone 80 lat później. Tym niemniej, dziedzictwo hiszpańskie odczuwalne jest na każdym kroku - główny bulwar nadmorski „The Embarcadero” z wdziękiem łączy w sobie dwa języki, a wiele skrzyżowań łączy ulice hiszpańskie - Alhambra - z brytyjskimi - Scott street.
Miasto jest przesiąknięte technologią, co i rusz mijają nas autonomiczne samochody, a jednocześnie wypełnione sztuką; nie tylko przez instalacje artystyczne, ale też wyrażaną w architekturze, w grafitti, we wszechobecności sztuki w codzienności. Zalane zielenią, mimo suchego klimatu rośliny hodowane są w każdym załamku muru, przy każdym budynku, ulicy i oczywiście w parkach. A do tego otoczone zatoką, poprzecinaną mostami, w tym, oczywiście słynny Golden Gate, pełną jachtów pod żaglami, promów i łodzi rybackich, które można wynająć w celach wycieczkowych na każdym kroku. A do tego położone na wzgórzach, z obłędną panoramą, urokliwymi uliczkami, i kamieniczkami w stylu kolonialnym (w większości) odstawionymi na wysoki połysk. I od zawsze tętni muzyką, uwieczniona na muralach, w sklepach, ale też wylewająca się z barów wprost na ulicę, i angażującą przechodniów wyrywając ich z prozy codziennej gonitwy.
Niestety mamy tylko kilka godzin, więc z naszej długie listy wykreślamy plażę, Alamo Park, Haights-Ashbury i Tween Peaks.
Za to zwiedzamy malownicze uliczki, historyczne nabrzeże, zgrabnie zagospodarowane jako atrakcja turystyczna po tym, jak straciło znaczenie handlowe, i dodatkowo zasiedlone przez kolonię uchatek, zajadamy się świeżymi krewetkami - na które poluje drapieżna mewa - i odwiedzamy Pałac Sztuk Pięknych. Który, w najlepszym duchu imperializmu USA zbudowany jest wedle najlepszych starożytnych wzorów - ma być duże, z rozmachem, z kolumnami, i, oczywiście, najlepiej nad jakaś wodą.
Nie udaje się nam przejechać samochodem autonomicznym, za to wracamy do hotelu tramwajem w korytarzu z palm.
Most Golden Gate oglądamy w pełnej krasie z daleka zalany słońcem, ale, żeby tradycji SF stało się zadość, gdy podjeżdżamy do niego nad wzgórzami zaczyna kłębić się mgła, a upalne słońce bardzo szybko zastępuje przenikliwie zimny wiatr i lekki deszcz. Cóż, najwyraźniej, taki mają klimat ;-).
Choć to tylko pół dnia, rozsmakowujemy się w rozmachu SF, i z dużym żalem opuszczamy je wyruszając na szlak.Read more
Yosemite - park i Yosemite - wodospady, dwa!
May 24 in the United States ⋅ ☀️ 15 °C
Z San Francisco wyjeżdżamy przez most Richmond- San Rafael, dzielący zatoki San Francisco i San Pablo. Mijamy drogowskazy na
San Quentin, San Rafael, San Lorenzo, San Ramon, San Leandro, Sacramento i wiele wiele innych świętych (?) miejsc - od samego przejazdu człowiek staje się bardziej uduchowiony ;-).
I całe szczęście, bo droga do Yosemite jest przeraźliwie nudna, długie 2.5h wśród podupadających przedmieść, zaniedbanych łąk, parków przemysłowych (nie mam pojęcia dlaczego na skupisko paskudnych budynków przemysłowych, biur i hal mówi się „park”).
Jedyna ciekawostką są niewielkie wzgórza, wyglądające jak hałdy usypane z piasku, albo gigantyczne wydmy. Ciekawe, ale też nienachalnie piękne.
Dopiero przy samym Yosemite krajobraz płynnie przechodzi w Beskidy, choć może trochę w innej skali. Wzgórza są zdecydowanie wyższe, zwieńczone koronami nagich skał i kamieni, sosny i sekwoję wysokością przyprawiają o zawrót głowy. Nareszcie!!!
Po tej kompletnie nie inspirującej podróży padamy spać - jutro pobudka o 5 rano, żeby dotrzeć do parku (narodowego, z górami, drzewami, i wodospadami i rzeką) przed świtem, znaleźć miejsce parkingowe (co nie będzie łatwe, bo akurat wypada amerykański długi weekend), i ruszyć na szlak zanim słońce zacznie prażyć.
W zasadzie wszystko idzie zgodnie z planem. Pobudka nie jest problemem dzięki zmianie stref czasowych, błyskawicznie pakujemy plecaki i ruszamy, kiedy parking pod motelem jesteś zasadzie pełny. Ale to nie znaczy, że jesteśmy sami na drodze! Co chwila z każdego niemal wyjazdu dołączają kolejne auta, z turystami bardziej zdeterminowanymi :-).
Do parku docieramy przed świtem, dopiero po jakimś czasie pierwsze promienie oświetlają El Capitan i inne szczyty. Doliną robi niesamowite wrażenie - płaska jak stół, a dookoła wystrzelają w górę pionowe skałyMijamy zatoczki po bokach trasy dojazdowej, ciągle jeszcze puste, z nadzieją na miejsce bliżej początku szlaku. A na ostatniej prostej wita nas znak - parkingi pełne. O 6.30 rano…
Nie wierzymy znakom, i słusznie (!). Udaje się nam upolować jedno z ostatnich miejsc, adrenalina jak na prawdziwych zawodach :-).
Yosemite to oczywiście wspaniałe skały wspinaczkowe, z ikonicznym El Capitan, ale także, co może mniej oczywiste, kraina niesamowitych wodospadów. Wspinaczka to nie nasz styl (choć na kempingu na którym zaopatrujemy się w wodę i zostawiamy śmieci całkiem bez autoryzacji, witają nas jak swoich i przepytują jakie ścianki dziś będziemy zdobywać ), wybieramy więc wyprawę na wodospady. Dwie „naj” wg opisu z przewodników to „najpiękniejsze widoki” i „najpiękniejsze wodospady”.
Stawiamy dzisiaj na widoki, zwłaszcza, że trasa jest ciut krótsza, więc będzie w sam raz na rozgrzewkę.
Wodospady są wielostopniowe, i trasa też podzielona na kilka etapów. Pierwszy prowadzi średnio stromo, wśród drzew, pomykamy więc rączo mijając kolejne grupy. Co chwilę ścieżka zakręca, a co dugą chwilę przed oczami roztacza się widok na dolinę Yosemite, z coraz wyższej perspektywy. Temperatura podnosi się nieustannie, ale na szczęście chronią nas drzewa rzucając miły cień. W zasadzie - łatwizna :-). Niższy wodospad mijamy prawie niezauważalnie, i pniemy się dalej w górę, do podnóża drugiego, Yosemite upper.
Najpierw zaczyna być go słychać, głuchy pomruk i szum dochodzi zza drzew. Kolejna vista, I- jest! Piękny, w całej okazałości, niebotycznie wysoki, z setkami ton wody spadającej z olbrzymiej wysokości. Pomruk przeradza się w huk i łoskot, przypominający odrzutowca przekraczającego barierę dźwięku. Nawet z odległości kilkuset metrów dosięga nas piana, a bryza od wodospadu przyjemnie chłodzi jak orzeźwiającą mgiełka.
Podchodzimy bliżej i bliżej, i jest już, prawie na wyciągnięcie ręki.
Teraz już tylko wspinaczka na szczyt.
Coraz bardziej stromo, początkowo wzdłuż samego wodospadu, więc wędrówkę co i rusz przerywa konieczność zrobienia kolejnego zdjęcia.
Drzewa są coraz rzadsze, coraz bardziej karłowate.
Droga coraz bardziej stromą.
Stok całkowicie południowy.
I nagle jesteśmy na całkiem otwartej przestrzeni, wystawieni jak na patelni na bezlitosny żar, uderzający z nieba, odbijający się od skał, zwielokrotniający w ciągle podnoszącej się temperaturze.
Każdy krok to zwycięstwo, okupione zasobami silnej woli. Krok za krokiem, od załomu skał do cienia pod jakąś krzewinką, posuwamy się coraz bardziej wykończeni.
Jakby grając w Zakazaną Pustynię co i rusz wyciągać kartę Sun beats down.
Jeszcze 2 km.
Jeszcze 1.7, 1.5, 1.3, 1….
Ufff, jest jakiś strumyczek, można wylać na głowę wiadro lodowatej wody, i ruszać dalej.
A bezlitosne słońce świeci coraz mocniej.
I wreszcie pierwsi wracający z góry mówią - to już naprawdę niedaleko. Jeszcze 500m, 300, już widać koniec, 100.
I znak: do wodospadu 300m.
Pfffffffff.
Na szczęście, najpierw po płaskim, a potem stromo w dół.
Widok na dolinę jest wspaniały.
Widok na wodospad? Hmmm. Z dołu robił większe wrażenie :-).
Odpoczywamy pod żywiczną sosną na rozgrzanych kamieniach jak jaszczurki.
Wiemy, że sosna jest żywiczna, bo zaczynamy się kleić do niej my, nasze plecaki, polary, buty, i nawet jedzenie.
Ale za to wszystko obłędnie pachnie 🫣.
I już czas na powrót - zaczynamy schodzić w samo południe. I teraz my powielamy przekaz do tych umierających z gorąca pod szczytem - najpierw: to już zaraz za zakrętem. Potem: to już naprawdę niedaleko. Potem: świetnie wam idzie, dacie radę. A po kolejnych 100m - cisza. I tylko jak ktoś zapyta ile jeszcze, to ciche zapewnienie : świetnie Ci idzie…
Patrzymy na tych, którzy walczą, i myślimy sobie - kurczę, ale byliśmy dzielni!!
*Uwaga dodatek od polacko wiec widoczny spadek jakości języka pisanego.
Po zejściu słanialiśmy się na nogach i podejrzewam blisko udaru słonecznego. Wiec po 15 minutach odpoczynku stwierdziliśmy ze trzykilometrowy spacer bedzie w sam razRead more
Okolozwrotnikowa Norwegia
May 25 in the United States ⋅ ☀️ 13 °C
Dziś wyruszamy na Mglisty Szlak, najpiękniejszy, i najpopularniejszy w Yosemite. Wiemy, że z parkingiem będzie trudno, i że słońce da nam w kość, wyruszamy więc jeszcze wcześniej - pobudka o 4:30, odjazd o 5, na szlak ruszamy, po kempingowym śniadaniu na parkingu, o 7.
Zdecydowanie czuć różnicę, poranny chłód przenika do kości, żeby szczękają, przynajmniej przez pierwsze dwa kilometry, o kremie przeciwsłonecznym czy okularach nawet nie myślimy.
Po dwóch dniach intensywnej aktywności wędrówkę zaczynamy z lekkim dreszczykiem emocji - co komu dzisiaj da w kość pierwsze - kostka? Kolano? Biodro? Achilles/y? Możliwości jest co niemiara. Tym niemniej, z wiekiem dojrzałym przychodzi może nie mądrość, ale na pewno doświadczenie. W jednej kieszeni ibuprom w maści, w drugiej w tabletkach, tylko kroplówki nam brakuje :-).
Ale, przynajmniej początkowo, nie ma się o co martwić, oprócz protestu przemęczonych mięśni nic nie szwankuje, ruszamy więc dziarsko przed siebie.
Zgodnie z zapowiedziami, szlak jest absolutnie zjawiskowo przepiękny. Zaczynamy od łagodnej części strumienia (łagodnej e sensie nachylenia, bynajmniej nie oznacza to spokojnego nurtu. Strumienie wezbrane roztopami śniegowymi pędzą jak szalone, rozbijając się o wszystkie kamienie i pnie, rozbryzgując pianę na brzegi i okolicznych przechodniów).
Zaraz po pierwszych kilkuset metrach pierwszy mostek i pierwsze wodospadziki, aaaach jakie piękne. Wszyscy zatrzymują się na rzeczonym mostku, gdzie nagle robi się wyjątkowo tłoczno, i usiłują znaleźć ujęcie nie bezpośrednio pod słońce, które właśnie przebija się nad dolinę. Bez powodzenia - wodospad jest centralnie ze wschodu na zachód :-).
Tu pierwsi turyści z dziećmi będą kończyć wędrówkę, ale dla nas to przecież zaledwie rozgrzewka. Pędzimy dalej, na rzeczony Mglisty Szlak. I tu, zaraz za zakrętem, zaczynają się schody. Dosłownie. Z wielkich granitowych bloków, tak, żeby na pewno nikomu nie było wygodnie po nich się wspinać. Nie dajemy się przepłoszyć, i wspinamy się, mamrocząc pod nosem nie do końca cenzuralne uwagi na temat schodów. Ale tylko przez chwilę, bo zaraz słychać znany już nam pomruk i szum spadających z łoskotem hektolitrów wody. I zza kolejnego zakrętu wyłania się on - przecudny wodospad Vernal, syczący, pieniący się, i rozbryzgujący pianę na dobre kilkaset metrów dookoła. Mglisty szlak, dobre sobie. Powinno się nazwać ten szlak Spacer w Deszczu. Miejscami ulewnym. Mokra jest trawa, mokre są kamienie, schody, mokrzy wreszcie jesteśmy wszyscy, którzy po tych schodach się wspinają. Niektórzy ze stoickim spokojem przechodzą przez deszcz w podkoszulkach (zaraz wyschnie w promieniach słońca), niektórzy sportowo zakładają nieprzemakalne kurtki turystyczne, ale jest też osobna kategoria prawdziwych profesjonalistów, którzy naciągają na siebie specjalne plastikowe peleryny wodospadowe. Z napisami „Niagara”, „Angel Falls”. A my myśleliśmy, że jesteśmy nieźle przygotowani…
Tak czy inaczej, wodospad zachwyca. Ogromem, potęgą żywiołu, i rozszczepianiem promieni słońca, które usłużnie go oświetla coraz to z innej strony, wędrując po niebie. Parafrazując wieszcza (kto wie ten wie) : „aż się tęcza robi, śliczna ze o rany. A woda bęc, łubudu, bach i rachu-ciachu.”
Jest przepięknie. A to dopiero połowa drogi!
Nad wodospadem Szmaragdowe Jeziorko, do którego z hukiem wpada środkowy bieg strumienia. Jeszcze bardziej gwałtowny, spieniony i wystrzeliwujący w górę tworząc fale na podwodnych przeszkodach.
A nad brzegiem tabliczki z długim tekstem ostrzegającym - nie wchodzić do wody, wysokie kary, akcja ratunkowa na koszt wchodzącego, rodzice płacą za dzieci…
My dalej w górę. Zostawiamy za sobą większość tłumu, i ciągniemy dalej, nad wodospad Nevada.
A tam, na samym szczycie - Valhalla. Strome ściany nad płaskimi granitowymi płytami, spomiędzy których przebijają się do słońca sosny. Słońce praży jak na Kalifornię przystało. Wodospad huczy, sosnowy las w oddali szumi. Brakuje tylko łososi wyskakujących w górę wodospadu. Choć takiego łososia, któremu by się to udało, ja bym się bała! Woda nad wodospadem rozlewa się szeroko i płytko, można zamoczyć zmęczone stopy - na minutę, bo woda przepiękna, ale lodowata.
A przy zejściu w pobliże wodospadu kolejna tabliczka, tym razem lapidarna: uważaj - wpadniesz- zginiesz. I trudno się nie zgodzić, widok z mostka w dół wodospadu nie pozostawia złudzeń.
I już powrót, po stromych, śliskich kamieniach, wśród rozbryzgów, tęcz, i światła. I pytania tłumów na początku szlaku - czy to jeszcze daleko??? Do pierwszego wodospadziku - nie. Ale co wy tam przy tym pierwszym zobaczycie…
Na zakończenie idziemy zobaczyć zwierciadlane jeziorka, w których można już całkiem bezpiecznie moczyć nogi, a nawet i pływać, jeśli komuś nie przeszkadza woda o temperaturze około 6-8•C. A są tacy, którym nie przeszkadza! Dookoła las sosnowy, obłędnie pachnący żywicą w wiosennym upale, cisza, pustka na szlaku, wszystko co żyje pognało na wodospady. A nad jeziorkami górują granitowe ściany skalnych gigantów, gdyby to namalować, wyszedł by kicz straszliwy.
Na pożegnanie Yosemite wybieramy się jeszcze samochodem na Glacier Point, skąd obiecywane są najpiękniejsze widoki na park. I rzeczywiście! Widoki są, jest Pół Kopuła, jest szlak panoramy, na który może wybierzemy się kolejnym/innym razem, i są nasze wodospady w oddali - olaboga, to myśmy aż tak wysoko wleźli???Read more
Dzień drogi i jurty mongolskie
May 26 in the United States ⋅ 🌧 7 °C
Żegnamy się z Yosemite, i ruszamy na podbój dzikiego zachodu - na wschód. Trasę planujemy szlakiem stacji benzynowych, mając żywo w pamięci wczorajszy incydent dojeżdżania na całkowitych oparach, wśród dzikiej głuszy, bez zasięgu, bez zabudowań, bez w zasadzie czegokolwiek. Wszystko przez zbytnią ufność dla wskaźników paliwa, i oceny odległości przez autochtonów, których podrzucaliśmy na stopa (już to, że musieliśmy ich podrzucać kilkanaście mil przez leśną głuszę powinno nam dać do myślenia, no ale nie dało :-)). W głuszę wjechaliśmy z 1/4 baku, i dobrym zapasem przewidywanego zasięgu (+ 60-80 mil). ( to nie jest pomyłka, jeep żłopie jak smok). Mieliśmy przejechać po niej 6 km, więc luzik. Autochtoni zapewniali, że stacja jest jakąś milę - dwie po zjeździe z powrotem na główną drogę. Czyli super bezpiecznie…ale przewidywane 60 mil w przeciągu 6 km spada do zera. Nic to, do stacji dwie mile z górki. Dwie mile, pięć mil, dziesięć mil - stacji brak. Sygnału brak. Drogowskazów brak. Zabudowań brak. Oddechy wstrzymane, krajobraz przesuwamy siłą woli. Piętnaście mil, dwadzieścia, dwadzieścia pięć. Jest camping. Podjeżdżamy - może choć będą mieć ciągnik żeby nas zaholować jak już wszystko zawiedzie… ciągnika nie mieli, ale podnieśli na duchu, że stacja jest już za … milę…Była. Kolejna katastrofa uniknięta :-).
Więc teraz tankujemy co sto mil :-D.
Jedziemy wśród łąk wypłowiałych słońcem na jasne złoto, milą za miłą, kilometr za kilometrem. Czy to prerie?? Ale prerie wydawały się być płaskie - a tu, pagórki. Pagórki coraz wyższe, coraz bardziej jałowe, coraz groźniejsze - tylko patrzeć jak wyskoczy spośród wzgórz banda zbójników (Nazwa Yosemite to ponoć ostrzeżenie przed rabusiami). Słońce praży nieustannie, ale na horyzoncie zbierają się ciemne chmury, dodając pagórkom dramatyzmu i uroku. Wjeżdżamy wyżej i wyżej, 500 m, 1000, 2000 (Będzie z czego zjeżdżać w razie braku paliwa).
Preria zamienia się w las, a my nabierając wysokości wjeżdżamy w chmury i z wygodnej drogi asfaltowej wjeżdżamy w potrzaskaną lokalną, a potem asfalt zamienia się w szutr.
Zatrzymujemy się na obrzeżach King’s Canyon Park, na łonie natury w … jurtach mongolskich …prowadzonych przez Holendrów. Pełna międzynarodówka.
Miejsce jest niezwykle urokliwe, to w zasadzie cała olbrzymia leśna polana na wzgórzu, zasypana kwiatkami które właśnie zakwitły po dzisiejszych deszczach ( to z tych chmur na horyzoncie) i obłędną panoramą na każdą stronę świata. Przygotowane w pełnej zgodzie z naturą - czyli tłumacząc na polski, z bardzo podstawowymi wygodami. Ale za to ze świetnym pomysłem, specjalnym miejscem z olbrzymimi hamakami na podziwianie gwiazd (a zanieczyszczenie światłem zerowe), osobnym miejscem na podziwianie zachodu słońca i specjalną dedykowaną zachodowi słońca huśtawką.
Na zachód słońca wybieramy się jak na randkę za starych dobrych czasów - tylko zamiast taniego wina jest drogi cydr ;-).
A na wieczór gospodarze zapalają ognisko - gazowe ;-). Grzeje dużo gorzej, niż zwykle, ale swój urok ma.Read more
Spotkanie z Drzewcami
May 27 in the United States ⋅ ☁️ 4 °C
Prognoza pogody zapowiada załamanie tejże, deszcz ze śniegiem i temperatury poniżej zera. Jak dobrze, że akurat na tę noc zatrzymaliśmy się w jurtach ;-).
W porannej mgle góry wyglądają wyjątkowo magicznie, pożegnalna herbata smakuje wyśmienicie, zakładamy co się da w warstwach na siebie i już jesteśmy gotowi na podbój Parku Sekwoi.
Zaczynamy od 1800 m n.p.m. i pniemy się we mgle i mżawce w górę. Pierwsze wrażenie jest dość niewinne, drzewa, owszem, spore, ale tu w Ameryce wszystko jest duże, więc może one tak mają po prostu. Na 2000 mżawka zamienia się w zmarznięty śnieg, malutkie kuleczki styropianu, tylko dużo, dużo twardsze. Las w tej temperaturze nie pachnie żywicą, tylko mgłą i dymem z rozpalonych ognisk. Ścieżka wąska na pół kroku wije się wśród sosen, jodeł, malutkich sekwoi, i zarośli rododendronów (w lecie, kiedy wszystkie zakwitną wrażenie musi być nieziemskie). I wreszcie - są. Aaaaaah, nieprawdopodobne. Jasne, widziało się je na zdjęciach, czytało w opisach, ale tak na żywo, to dosłownie zapierają dech w piersiach.
Powiedzieć majestatyczne, to nic nie powiedzieć.
Pnie jak spore wieże, korony toną w chmurach. U podstawy gigantyczne pnie rozszczepiają się, tworząc dziuple jak jaskinie i tunele. W dodatku sekwoje to drzewa towarzyskie - chętnie rosną w grupach, a i nawet zrastają się pniami, może za potrzeby serca, a może dla stabilizacji życiowej. Kora nosi ślady kolejnych pożarów (bo, tu lekkie zaskoczenie, sekwoje potrzebują regularnych pożarów żeby rosnąć i rozmnażać się). Inne rośliny w pobliżu (albo i nie) dosłownie płoną na ołtarzu rosnących gigantów.
A po osiągnięciu dojrzałości (zajmuje im to bagatela 1500 lat) sekwoje przechodzą w tryb rozmnażania, i rozrzucają szyszki, które też potrzebują, żeby ogień roztopił żywicę, którą są posklejane.
Nic dziwnego, że kiedy przywieziono pierścienie jednej ściętej na światową wystawę w Filadelfii w 1983, zostały okrzyknięte „kalifornijską ściemą”.
Poranny start po raz kolejny procentuje; udało się zobaczyć korony generałów Granta i Shermana, tego drugiego to właściwie rzutem na taśmę.
Podtrzymując tradycję Shenandoah, Trollveggen i trasy Transfogarskiej większość parku pokonujemy w tempie ślimaczym, podziwiając podstawy pni drzew spowite gęstą ciemną chmurą.
Szkoda strzępić pióro, zdjęcia oddają klimat dużo lepiej.Read more
Pożegnanie z Jeepem
May 27 in the United States ⋅ ☀️ 22 °C
A taki był śliczny, hamerykański…
Przewiózł nas po Yosemite, i po parku sekwoi. Pokonał przewyższenie 2,200m.
I co?
I jadąc po dolinie zaczął wysyłać sygnały SOS. Najpierw, że potrzebuje serwisu (po 2000 km z fabryki???). Potem, że ma kłopoty z układem hamulcowym - konkretnie prawdopodobnie mu szwankuje system unikania kolizji. To nas już z lekka zaniepokoiło - zwłaszcza kwantyfikator prawdopodobnie. Ale chwilę później, zamiast grzecznie przyspieszać i nabierać prędkości na (prawie) równej autostradzie zaczął kaszleć i skakać. A bak 3/4 pełny…
Kiedy przed nami powrót w dzicz, i kilometry przez Death Valley bez stacji serwisowej, bez zasięgu, bez ludzi … hm… już to przerabialiśmy.
Więc sentymenty w kąt, zjeżdżamy do ostatniej większej miejscowości po tej stronie Sierry i dzwonimy do wypożyczalni po pomoc. Najlepiej natychmiastową, bo przed nami jeszcze 4h po pustkowiach.
I tu okazało się, że fortuna sprzyja - śmiałym? Szalonym? Zgodzimy się na wszystko :-). W odległości mili jest lotnisko, i oddział wypożyczalni, gdzie możemy wymienić naszego kaszlaka na bardziej niezawodny sprzęt.
Chętnie dalej jeepa, nawet taki stoi przed wypożyczalnia. Niestety, jak się okazuje, również do naprawy. Na nasze nieme pytanie w wypożyczalni odpowiadają - cóż, amerykańskie dziadostwo, czego się spodziewaliście….Także tak.
Ku wielkiej rozpaczy kierowcy przesiadamy się w VW Tiguan, bez szyberdachu, bez sznytu, ale za to z pełnym bakiem, dobrym zawieszeniem, i dalekim zasięgiem :-).
Tak więc kontynuujemy zdobywanie dzikiego zachodu w słabszym stylu, ale za to w mniejszym stresie.
A przed nami bezdroża piaskowożółtej Death Valey. Zostawiamy za sobą Sierrę i kłębiące się nad nią chmury, wysokość obniża do poziomu morza, temperatura podnosi się już do 20C, a w perspektywie +37 i pełna depresja.Read more
Dolina Śmierci
May 28 in the United States ⋅ ⛅ 23 °C
Tu się nawet nie trzeba wysilać nad ciekawym tytułem wpisu, sama nazwa geograficzna brzmi wystarczająco zawadiacko :-). Do tego jest w pełni uprawniona - w lecie temperatura przekracza 50C, upał taki, że własny pot parzy, a słońce wysusza spojówki na piach (z relacji bezpośredniej znajomego Brytyjczyka, więc na pewno nie przesadzonej).
Teraz późną wiosną jest przyjemne 29-30 stopni, w zasadzie relaks, w lecie ma się nadzieję, że tyle będzie przed świtem.
Szlak prowadzi w głąb piaskowego kanionu, a przy wejściu witają nas sprzeczne drogowskazy: na pierwszym - opis szlaku o długości 6.4km, na drugim ostrzeżenie: temperatury ekstremalne, przebywanie na zewnątrz dłużej niż 10 min grozi śmiercią. Myślę, że nawet Usain Bolt tego nie pogodzi, zwłaszcza temperaturach ekstremalnych.
Zakładamy, że groźba śmierci dotyczy pełni lata, wypełniamy plecak butelkami z wodą, i zanurzamy się w piaskowe korytarze.
Niskie warstwy kanionu wyglądają jak hałdy piachu, zalanego wodą, i wysuszonego na słońcu, dopiero powyżej wyrastają z nich postrzępione formacje skalne. Im wyżej, tym jaśniejszy kolor piasku. Z ciepłożółtego przechodzi w kremowy, jasnożółty, by wreszcie przybrać kolor wypalonych słońcem kości. Może to kwestia klimatu doliny, ale skojarzenie nasuwa się intensywnie. Brakuje tylko krążących nad głowami sepów.
Zaskakująca jest głucha cisza, żadnych szmerów, żadnych głosów zwierząt, nie ma nawet jaszczurek czy pająków. Słychać tylko stuk własnych stóp wybijających rytm w ubitym piachu.
Że wzniesienia roztacza się widok na kilometry wydm i skał, nietrudno poczuć się naprawdę zagubionym, a pragnienie wzbiera od samego patrzenia na morze piasku. Tym bardziej zachwyca migocząca na horyzoncie tafla wody, ani chybi jeziora, czy może rzeki, trudno powiedzieć z tej odległości.
Podobnie jak pierwsi zdobywcy doliny podążamy jak ćmy do migoczącej tafli, i podobnie jak oni z zaskoczeniem i niejakim zawodem stajemy u brzegu pustyni solnej (choć nasze rozczarowanie jest temperowane chlupoczącą w butelkach wodą, a rozpościerający się przed nami przestwór soli robi gigantyczne wrażenie). Podobno w większości jest to sól kuchenna, ale nie mamy śmiałości skosztować, zwłaszcza, że sól jest ubita setkami butów przechadzających się po pustyni.
Ale tutejsza pustynia to nie tylko oślepiająca biel soli, jaskrawa biel kości, czy piaskowe złoto. Wulkaniczne minerały w skałach wystawione na pastwę żywiołów utlenione zostały w zupełnie nieprawdopodobne kolory, od zieleni przez róże do bladych fioletów. Choć przejeżdżamy przez tą część doliny w pełnym słońcu, zamiast o rekomendowanym świcie czy zachodzie słońca, Paleta Artysty w pełni zasługuje na swoją nazwę, zaskakując i rozbudzając zachwyt do krajobrazów pustynnych.
A w drodze powrotnej z niepokojem przyglądamy się czarnym chmurom, które najwyraźniej dogoniły nas znad Sierry, i zastanawiamy się jaki, oprócz umierania z godnością, jest protokół zachowania w razie błyskawicznej powodzi.Read more
Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją
May 29 in the United States ⋅ ☀️ 22 °C
Dolina Śmierci w pełni zasługuje na swoją nazwę. Wypalone słońcem pustkowie, głucha cisza, tylko od czasu do czasu zawiewa wiatr i przenosi tumany kurzu. Roslin brak, wysuszona na beton, zasolona ziemia nie daje szans. Solankowa pustynia błyszczy w słońcu. Zwierząt brak, nawet jaszczurki i skorpiony uciekły. Ostatnie zaobserwowanie zwierzątko to szakal, który powitał nas przy wjeździe do Doliny pierwszego dnia, a w zasadzie nocy. Nieruchomo stojący przy drodze jak posąg egipski, i intensywnie wpatrujący się w nas (a może w światła samochodu), ewidentnie chcąc coś nam przekazać.
Trzeba przyznać, miejscowi wykorzystują to do spodu, tylu przypinek, magnesów, podkoszulków, zawieszek, polarów, butelek z motywem czaszki nie ma nawet na koncercie heavy metalowym. Kościotrupy z plecakami, na rowerach, w canoe, sączące herbatę i tańczące w świetle księżyca.
Do tego podnoszące na duchu nazwy miejsc: Palenisko, Góry Pogrzebowe, Zła woda, Widok Dantego, Trumienny Szczyt.
Oprócz kościotrupów w dolinie śmierci jest droga którą można przejechać pustynię z jednego końca na drugi, i całkowicie czarna noc, idealna do obserwacji gwiazd. Zjeżdżają tu amatorzy (i profesjonaliści) nocnej fotografii z całego świata, i wywożą najpiękniejszą zdjęcia drogi mlecznej, odległych galaktyk i pełnych konstelacji. No, chyba, że akurat jest pełnia, i okno ciemności ma zaledwie 11 minut : księżyc zachodzi o 3:34 a astronomiczny świt zaczyna się o 3:45. Tak jak w te kilka dni w które tu się zatrzymujemy.
Do tego wspomniane chmury, które usłużnie przesłaniają nawet to 11 minutowe okienko, i w czwartek, i w piątek w nocy. I, choć trudno w to uwierzyć, deszcz (choć na szczęście tylko w nocy, i na szczęście bez powodzi). W sobotę na polowanie na drogę mleczną o 3 nad ranem nie mamy już siły, dlatego pozostajemy przy fotografii dużych obiektów astronomicznych :-)
Zachód słońca i wschód księżyca dogodnie ustawiają się godzinę od siebie, jedziemy więc na punkt Dantego, żeby mieć widok i na bramę piekieł, i na nieboskłon. Planety udaje się uchwycić już w naszej oazie, na szczęście tym to nawet pełnia księżyca nie przeszkadza. A na wschód słońca została oddelegowana najzawziętsza część ekipy, przywożąc ze sobą widoki uchwycone w obiektywie.Read more
Przystanek Oaza
May 30 in the United States ⋅ ☀️ 34 °C
A w samym środku pustyni, o kilka dosłownie mil od najsuchszych, najgorętszych pól solnych - oaza.
Tak maleńka, że na zdjęciach satelitarnych Google map jej prawie nie widać.
A w oazie - przystanek dla wędrowców. Pod palmami i drzewami tamaryszku, z basenem, fontanną, kilkoma jeziorkami, i… polem golfowym. Oczywiście pola golfowego najbardziej znużonym wędrowcom trzeba.
Oaza jest całkowicie naturalna, powstała na warstwie wodonośnej, która po angielsku brzmi dużo ciekawej: aquafer, która w przedziwny sposób ominęła pułapkę patelni solnych, i teraz zasila trawniki, palmy, bungalowy, fontannę i basen.
Źródło jest, a jakże, ciepłe, dlatego zarówno woda w basenie jak i w kranie ma stałą temperaturę 26C.
W oazie jest także muzeum boraksu, który okazał się prawdziwym zlotem Kalifornii. Zresztą historia eksploatacji złóż boraksu powinna służyć za przestrogę dla każdego odkrywcy/wynalazcy. Bezimienny poszukiwacz złota (i boraksu) opowiedział parze osadników, Aaronowi i Rosie Winters, o zainteresowaniu boraksem w wielkim świecie i pokazał im małe kryształki tegoż, jak również metodę na sprawdzenie, czy dana substancja jest boraksem (polany alkoholem i kwasem siarkowym boraks pali się na zielono).
Aaron i Rosie szybko skojarzyli, że owszem, całe pola takich kryształów zalegają w pobliskiej dolinie, czym prędzej więc odprawili bezimiennego gościa, nabyli tyle gruntu ile się dało, i sprzedali za bardzo okrągłą sumę biznesmenowi z San Francisco. Tak zaczęła się historia wydobycia boraksu w Dolinie Śmierci, Aaron i Rosie ustawili się do końca życia, a bezimienny poszukiwacz pozostał, no cóż, bezimiennym poszukiwaczem.
Moral z tej historii jest oczywiście taki, że należy osiedlać się na terenach potencjalnie przemysłowo użytecznych, i uważnie słuchać opowieści podróżujących naukowców.
Choć to tylko do czasu - teraz Dolina Śmierci to przede wszystkim atrakcja turystyczna, a resztkowe osady przemysłowe - widma straszą w dzień i w nocy. W dzień chyba nawet bardziej, bo dokładniej widać stopień dewastacji (akurat budynków, tereny są nadal przepiękne).Read more
Księżyc nad Zatoką
May 30–31 in the United States ⋅ ☀️ 22 °C
Żegnamy Oazę, żegnamy pustynię, niesamowite skały na punkcie Zabriskiego, kolorowe piaski i słone przestrzenie.
Mijamy Tronę, ostatnią ostoję cywilizacji (???) przed Doliną Śmierci, założoną na początku XXw, w celu wydobywania i przetwarzania minerałów (akurat nie boraksu a półtorawęglanu sodu. Obecnie Trona to osada - widmo, z 1700 mieszkańcami i 4 kościołami (to tylko te przy drodze) - ale tu trudno się dziwić, w końcu na takim pustkowiu trzeba szukać jakiejś pociechy.
Ostatnie pasma górskie giną na horyzoncie, a my przez zupełnie płaskie pustkowia kierujemy się nad Pacyfik. Droga prosta jak strzelił, żadnych zabudowań, tylko przez setki kilometrów słupy trakcyjne - nie wiedzieć dokąd i po co prowadzące.
Plan jest taki, że od LA do San Diego będziemy jechać nad samym oceanem, ale jak to z planami bywa, tylko rozśmieszają los. Akurat tam gdzie chcemy jechać chce jechać pół populacji Kalifornii, sat nav kieruje więc nas niestety objazdem.
Tak czy inaczej nad ocean przybywamy przy samym San Diego, w zatoce La Jolla, gdzie fale oceanu rozbijają się z łoskotem o skalisty brzeg, na którym uchatki i stada pelikanów zgodnie się wylegują. Jak się okazuje, pelikany w przeciwieństwie do uchatek to zwierzęta stadne, i zgodnie przelatują nad głowami w eleganckich kluczach. Tzn eleganckich, dopóki nie zaczynają lądować, bo tak pokracznych stworzeń jak lądujące pelikany ze świecą szukać.
Uchatki za to pilnują swoich rodzinnych terytoriów, i co i rusz wybucha walka , kiedy jakiś niezaproszony młokos chce się przyłączyć do plażującej grupy.
Znowu z naszych założeń kąpieli w oceanie nici, fale są naprawdę srogie, a wybrzeże straszy potrzaskanymi głazami. Niby po wierzchu wygładzone przez wodę aż błyszczą, ale jest spora szansa, że lądowanie na nich mogłoby się skończyć solidnym poturbowaniem.
Tym niemniej ocean jest przepiękny, groźny, majestatyczny, a prawie zachodzące słońce jeszcze dodaje uroku. Na słońce całkiem zachodzące nie czekamy, bo goni czas, więc żegnamy La Jollę i w świetle obłędnego wielkiego księżyca w pełni, którego oczywiście nie udaje się sfotografować, przejeżdżamy mostami nad rozlicznymi zatokami do San Diego.
I tu kolejne zaskoczenie - mimo tego, że centrum San Diego bawi się rozgłośnie i wesoło długo w noc, większość restauracji jest pozamykana przed 10 wieczorem, a tuż poza ścisłym centrum miasto jest ciche i ciemne. Nieustająco pełne uroku, ale bardzo dziwi taka spokojna noc skąpana w świetle księżycowym, zanurzona w plusku fal zatoki, i przesycona zapachem morza.
Zadziwieni więc idziemy na spacer wzdłuż zatoki, żegnając się z Pacyfikiem, i z kolejnymi wakacjami na Zachodnim Wybrzeżu.Read more




















































































































































































TravelerGreat start team Polak hope you are rested now 😀
TravelerEnjoy your adventure xx
4 x 8 nogThank you Both! 😍