Polaki z o.o. Marta - mama, llama llama, podroznik, Wojtek - tata, yak llama, podroznik, Mieszko - wedrowniczek, alpaca llama,13 lat Maya - wedrowniczka, vicuna llama,11 lat
Message
  • Day3

    Wodospady (oczywiście)

    August 30, 2020 in the United Kingdom ⋅ ☀️ 16 °C

    Po wczorajszym wyczynie padliśmy spać o 8 wieczorem, więc mimo, że budzi nas pełne słońce, dziś decydujemy się na dzień ulgowy - mały spacer w okolicy (M'n'Ms sugerują, że te górki które otaczają kemping w zasadzie by całkiem wystarczyły), a wieczorem ognisko.

    Spacerów w okolicy krótszych i dłuższych jest mnóstwo, do wyboru, do koloru. Wygrywają, jak zwykle, wodospady. Trasa zaczyna się w okolicy pobliskiego Bedgelert, gdzie udaje się nam zaprowiantować ( bez lodówki, nawet mimo zimnego wiatru, z przechowywaniem jedzenia jest trudno), więc jak to mówią, dwie sroki złapane.

    Mimo, że znad gór przylazły chmurzyska, wycieczka jest naprawdę sympatyczna. Pierwszy wodospad zachęca do kąpieli ( może w cieplejszy dzień), a zakątek jest tak urokliwy, że zatrzymuje nas na długo. Dalej ścieżka prowadzi obok strumyków i przez kamienne mostki, i mimo, że decydujemy się skrócić i nie zdobywać szczytów, widoki są warte wysiłku. Na horyzoncie widać może i (chyba) piaskową plażę, a w okół góry większe i inne nie takie duże. Sporo z nich na oko jeszcze ciekawszych od Snowdona, który z daleka wygląda jak gdyby ktoś nasypał kopiec na długiej i płaskiej grani.

    Do tego ruiny kopalni miedzi, rzeźby drewniane i kamienne, znowu mostki, znowu wodospady ( to już w bonusie). M'n'Ms, mimo że wymęczone dniem wczorajszym, też sobie chwalą wycieczkę.

    A przy okazji znajdujemy szlaki prowadzące przez góry z jednej miejscowości do drugiej, więc pomału rodzi się pomysł na następne wyprawy.
    Read more

  • Explore, what other travelers do in:
  • Day2

    Atak szczytowy

    August 29, 2020 in the United Kingdom ⋅ ⛅ 12 °C

    Rano budzą nas chmury i wiatr tak silny, że nie sposób zagotować wody na herbatę. Po krótkich pertraktacjach mniej wyczynowa część drużyny wygrywa, i wyciągamy z bagażnika namiot rozmiarami dostosowany do pogody w UK.

    Okoliczności przyrody nadal są wspaniałe, i widok z namiotu (dowolnej wielkości) zachwyca.

    Wiatr wzbiera, chmur przybywa, BBC prognozuje jutro dużo bardziej sprzyjający dzień, ale - po pierwsze, kto by tam wierzył BBC, po drugie, jak dziś się nie uda, jutro będzie druga szansa ( jak widać, podejście mamy dość ostrożne, nauczeni doświadczeniem).

    Jeszcze tylko śniadanie, jeszcze tylko ogarnięcie obozowiska i już o 1 po południu wyruszamy na trasę :). Krótki dojazd do Rhyd-ddu ( zgodnie ustalamy, że to w zasadzie Rytro - wszystko się zgadza, stacja kolejowa jest, góry są, i początek szlaku też - brakuje tylko spożywczego i poczty) i zaczynamy walkę.

    Jest pięknie - ścieżka trochę kamienista, trochę kręta, wije się delikatnie w górę, i zarówno trasa przed nami, jak i krajobrazy dookoła zadowalają najbardziej wymagających. Miejscami trasa prowadzi strumykiem - więc jest zabawa - miejscami po grzęzawisku - ale w zasadzie nic to w porównaniu ze Szkocją - i bardzo szybko docieramy do grani.

    A tam taki wygwizdów, że brakuje kurtek, polarów, czapek i rękawiczek - wciągamy na siebie co się da, ale wszystkiego mało. Szczyt tonie w chmurze ( a jakże!) więc nie wiadomo jak długo trzeba będzie marznąć... Idealny pokaż jak s górach pogoda może się nagle załamać, i dlaczego w słoneczny dzień trzeba brać kurtki puchowe (których oczywiście nie mamy. Człowiek uczy się na błędach - ale Snowdon ma ledwie 1085 mnpm, a nie, dajmy na to, ponad 4000! Kto by przypuszczał...)
    A grań staje się coraz bardziej wyczynowa, i urwisko zaraz obok, na wyciągnięcie ręki albo... nieostrożne postawienie stopy. Dzielnie wspinamy się coraz wyżej, mimo, że miny niektórych są mocno nietęgie. Tak po prawdzie,to jakieś łańcuchy by się przydały, czy liny poręczowe... Na szczęście mijamy innych wspinających się i wracajacych, bo prawdę mówiąc miejscami można się zastanawiać czy aby na pewno jesteśmy na trasie.

    I nagle mgłą się rozsnuwa, i okazuje się, że w zasadzie szczyt jest tuż tuż, za następnym podejściem. I to szczyt prawdziwy, z nie żadne oszukaństwo - z tabliczką, cokolikiem, zamknięta kafejka (Covid, oczywiście) i kolejką do cokolika jeśli ktoś ma ochotę uwiecznić te chwilę na zdjęciu.

    Udało się! Bez haków, raków i czekana, ( choć po powrocie czytamy na tablicy informacyjnej, że tak po prawdzie to zalecają...), w dobrym czasie, i że strat własnych tylko całkowicie wymarznięci. Snowdon zdobyty, korona wysp brytyjskich zdobyta, i co tu teraz dalej robić??
    Read more

  • Day1

    Base camp ;-)

    August 28, 2020 in the United Kingdom ⋅ ⛅ 11 °C

    Do zdobycia korony szczytów UK, tak zwane " Three Peaks" : Scaffel Pike, Ben Nevis is Snowdon, każdy jeden najwyższy w swoim kraju, brakuje nam tylko Snowdona. I to brakuje dotkliwie, bo próbowaliśmy go zdobyć dwukrotnie, i za każdym razem zawracał nas (spod szczytu) albo wiatr z deszczem, albo zapadająca noc. Z narady rodzinnej wynikło, że prawdopodobnie problemem była za każdym razem niesprzyjająca pora roku, czyli...listopad :). Dlatego zachęceni zdobyciem Ben Nevis, postanawiamy wykorzystać ostatni weekend wakacji na atak szczytowy na Snowdon.

    Wybieramy też inną niż zazwyczaj trasę, bo Miners track, choć malowniczy, przejadł się nam całkowicie. A do tego (oczywiście) miejsce startowe dyktuje położenie kempingu na którym w ostatnim momencie udało się nam znaleźć miejsce...

    A kemping (na farmie) położony jest w zjawiskowo pięknej dolinie, do której Google Maps by Nas nie dowiózł (bo chciał nas prowadzić całkowitym bezdrożem), a i tak, jadąc za mapa, prawie zostawiliśmy po drodze zawieszenie, ochronę silnika i tłumik. Nawet w zapadających ciemnościach jest jasne, że okoliczności przyrody są obłędne, mimo, że po ostatnich deszczach pole jest tak nasiąknięte woda, że chlupie.
    Jak się wkrótce okaże, kemping ma także inne pozytywne strony - bardzo sympatyczną właścicielkę, która obdaruje nas cebulą i marchewką (zakładamy, że z własnego ogródka), a także drewnem na ognisko, rozwożonym quadem do namiotów przez dwóch chyba 10 letnich chłopaczków, i zaskakująco czyste i nowoczesne sanitariaty. Do stron negatywnych, niestety, trzeba zaliczyć położenie tych ostatnich ( na trzecim z kolei polu, albo, wg krokomierza, za 600 kroków, co zwłaszcza w nocy jest bolesne) a także problemy z wodą, której co i rusz brakuje ( pewnie że względu na liczbę biwakujących, bo na pewno nie przez brak opadów w bliższej i dalszej przeszłości).

    Jako dzielni zdobywcy ( w niedalekiej przyszłości) Snowdona i prawdziwi podróżnicy, którzy nie zważają na zimno, deszcz i niewygodę, za to są w pełni w zgodzie z naturą, rozbijamy po omacku dwa malutkie namiociki, których w zasadzie w ogóle nie widać na olbrzymiej łące, i idziemy spać, zbierając siły na jutrzejszy atak szczytowy.
    Read more

  • Day19

    I przez Peak District do domu

    August 13, 2020 in the United Kingdom ⋅ ☀️ 22 °C

    Niestety, wczorajsza pogoda była jednorazowym prezentem - albo może została ściągnięta magią Christine i Paula. Budzimy się w deszczu, właściwie w mżawce, a niebo nie daje nadziei na poprawę aury w najbliższej przyszłości. Rezygnujemy więc z trasy zaproponowanej przez Paula, zostanie na następny raz, i postanawiamy zatrzymać się w ostatnich górach w drodze na południe - w Peak District.
    Zwijanie naszego biwaku budzi zaciekawienie ludzi i zwierząt - sąsiedzi z namiotu obok pytają że źle ukrywanym rozbawieniem czy przestraszyliśmy się pogody. Nasze wyjaśnienie, że to krótki przystanek w drodze z Caithness do Portsmouth zamienia rozbawienie i poczucie wyższości w lekki szacunek, i od razu w ich oczach zyskujemy status prawdziwych podróżników...jak to pozory mogą zwodzić. Natomiast zwierzaki, konkretnie cztery kucyki pasące się na polu obok zaglądają do nas zupełnie bez żadnych uprzedzeń, za to z wyraźnym oczekiwaniem na coś do schrupania. Niestety, gdybyśmy mieli, chętnie byśmy się podzielili, ale w zapasach resztki muesli i surowy makaron. Jak widać, pozory mylą również czworonogi.
    Szybki przegląd opcji w Peak District kieruje nas do Castleton, skąd podobno można wybrać się na spacerl z zapierającymi dech widokami, najpiękniejszy w Peak District. No dobrze, brzmi zachęcająco, spróbujemy.
    Po zjeździe z autostrady droga przez park narodowy jest rzeczywiście piękna, wśród lasów, wzgórz, strumyków i jezior. Samo Castleton, jak i inne miejscowości, bardzo malownicze. Ale spacer? I widoki? Hmmm, nie jest źle, ale chyba trzeba wysłać tego, który pisał ulotkę na wycieczkę krajoznawczą żeby miał porównanie z krajobrazami które naprawdę robią wrażenie... Bo góry w Peak District to takie bardziej pagórki, w dodatku zajęte w większości przez farmy, podzielone murkami, i bardzo, bardzo rolnicze. Przyjemne dla oka, nie powiem, ale niczego nikomu nie zapiera. Do tego miało być słońce, a jest dżdżysto i pochmurnie, Mam Tor, na który mieliśmy się wspiąć, jest spowity mgłą, więc wygląda na to, że (po raz kolejny - nie jest to nasze pierwsze podejście do Peak District), pogoda nas tu nie lubi, a my z wzajemnością jesteśmy niezachwyceni okolicznościami przyrody. Dobrze choć, że karmią smacznie 😉.
    Żegnamy Castleton, żegnamy północ, żegnamy Peak District, i wracamy na południowy kraniec Wysp Brytyjskich, gdzie czeka na nas stęskniony kotek i zepsuta lodówka 😂😂😂. Oraz ostatnie 3 dni wakacji, które zapewne spędzimy na rozpakowywaniu, suszeniu i czyszczeniu sprzętu. I planowaniu kolejnych wypraw! W końcu, do zaliczenia 3 Peaks brakuje nam tylko Snowdona.
    Read more

  • Day18

    Robin Hood's Bay

    August 12, 2020 in the United Kingdom ⋅ ⛅ 20 °C

    Przed zakończeniem wyprawy jeszcze jeden miły przystanek, u Christine i Paula w Robin Hood's Bay. Na szczęście covidowe restrykcje nie są radykalne, dzięki czemu możemy wykorzystać wyprawę na północ i ich odwiedzić, oczywiście zachowując dystans i pozostając na powietrzu (to taki nowy sport, "spotkania po latach na długi dystans"). Czyli zamiast uściskać się na powitanie machamy do siebie z kliku metrów, powitalne podarunki przekazujemy zostawiając na ławeczce, do domu wchodzimy pojedynczo i tylko skorzystać z łazienki (dostaliśmy oczywiście osobne ręczniki, ktore Paul podpisał imiennie dla kazdego!!), staramy się nie dotykać żadnych przedmiotów, i siedzimy przy osobnych dwóch stolikach.... Ta cała ekwilibrystyka jest możliwa tylko dzięki pięknej pogodzie. Na szczęście, choć zapowiadano (oczywiście) trzy burzowe dni, tu nas lubią, więc również pogoda się dostosowuje, i poranne gęste mgły zastępuje pełne słońce.
    Widoki z ogrodu są jak zawsze nieziemskie, na pełne morze i samą zatokę, której klif przytrzymuje mgły i chmury żeby do nas nie przyłączy. Podziwiamy widoki i bajkowy ogród Christine, mamy wreszcie okazję nadrobić ostatnie kilka lat kontaktu jedynie mailowego, i podzielić się wszystkimi opowieściami nagromadzonymi przez ten czas, przedyskutować zagadnienia geologiczne, pomartwić sytuacją epidemiologiczną i polityczną, i porównać wrażenia z Caithness, które jak się okazuje jest ich ulubionym rejonem Szkocji. Do tego Christine rozpieszcza nas najpierw lunchem, a potem jeszcze obiadem. Czujemy się, jakby czas się zatrzymał w miejscu, i nawet M'n'Ms nie wyglądają na znudzonych, mimo, że "tylko" siedzimy przy stole i rozmawiamy. A może po prostu nie mają gdzie uciec 😂😂.
    Na zakończenie krótki spacer po okolicznych ścieżkach przez wrzosowiska i farmy - zupełnie pustych, pomimo, że w samej zatoce kotłuje się tłum turystów - i ruszamy na nasz ostatni nocleg, przez malownicze, już ponownie otulone mgłą, Whitby. Rozkładamy mokre namioty, licząc na to, że wyschną do rana, a my jeszcze na pożegnanie przejdziemy szlak nad zatoką zaplanowany i wydrukowany przez Paula specjalnie dla nas.
    Read more

  • Day17

    Na południe!

    August 11, 2020 in the United Kingdom ⋅ ☁️ 20 °C

    I niestety, auto spakowane, canoe na brzegu, machamy na pożegnanie Russelowi, Lynn i bliźniakom, i ruszamy na południe. Jeszcze po drodze piknik z fish and chips w Beauly, zaraz pod murami opactwa (my pod murami na łące, a inni, nie przejmując się, wśród murów, ruin i nagrobków), jeszcze wizyta przelotem w lokalnej destylarni - i jedziemy.
    Po raz kolejny wzdłuż Loch Ness, po raz kolejny widoki niesamowite. A na horyzoncie piętrzą się chmurzyska. A po jakimś czasie, również na horyzoncie, zaczyna błyskać i grzmieć. Hmmm, to zapewne te zapowiadane apokaliptyczne burze, dobrze, że daleko przed nami, i dobrze, że dziś nocleg w hotelu, nie pod namiotem.
    Do tego światło dzięki chmurom jest zupełnie niesamowite, i krajobraz staje się coraz bardziej groźny, i coraz bardziej wyrazisty. Jest pięknie!
    Oczywiście do czasu. Za połową drogi, już w północnej Anglii, doganiamy chmury, i oddają nam wszystko co, przed czym udało się nam uciekać przez ostatnie kilka dni. Ulewa dosłownie tropikalna, w intensywności jeśli nie temperaturze, a do tego ciemno, że oko wykol. A to nie koniec atrakcji. Ufając Google maps z dwóch możliwych dróg wybieramy A1, jako krótszą. Niestety, google nie wziął pod uwagę, że wiedzie ona nad morzem, dzięki czemu zaraz po ustaniu deszczu podróż umila nam mgła gęsta jak mleko. Jak widać, Szkocka aura była dla nas zdecydowanie bardziej przyjazna, a Anglia zniechęca nas do powrotu, jak może. Czyżby odzwierciedlenie brexitowych nastrojów??? Musimy poważnie wziąć to pod uwagę...
    Read more

  • Day17

    Szlakiem wodnym przez trzciny i wąwóz

    August 11, 2020 in the United Kingdom ⋅ ☁️ 15 °C

    I nastąpił nieuchronnie koniec naszego biwakowania w Cannich. Na wszelki wypadek wczoraj wieczorem zmieniliśmy duży namiot na dwa malutkie, co okazało się nader słusznym posunięciem. Obudził nas zapowiadany rzęsisty deszcz (najwyraźniej Cannich też smutno, że wyjeżdżamy), i w tym deszczu i wśród wściekłych meszek zwijamy resztki obozowiska. Jak również usiłujemy zjeść śniadanie pomykając truchtem od drzewa do drzewa ( uciekanie przed meszkami z talerzem musli w ręce też powinno być dyscyplina olimpijską).
    Mimo załamania pogody duch w drużynie nie upada, i zakutani w przeciwdeszczowe kurtki i spodnie ruszamy na spływ canoe po rzece Beauly. A że prognozy zapowiadają ulewy i burze, przygotowujemy się na spływ wyczynowy.
    Oczywiście, zupełnie niepotrzebnie - jak zwykle w Szkocji, pogoda ma w nosie prognozy BBC, i zadecydowała dać nam w prezencie upalny, słoneczny dzień - w sam raz na wycieczkę w nieprzemakalnych ubraniach 😂.
    W Struy spotykamy się z naszym przewodnikiem Russelem i jego rodziną, i wodujemy 4 canoe + prowiant + apteczki itp + 8 sztuk wioślarzy + wszystko tylko nie krem z filtrem, gotowe do wyprawy. Woda Beauly jest gładka jak lustro, a nurt super spokojny. Nawet dla naszej mało wyćwiczonej ekipy nawigowanie nie stanowi problemu - choć mniej doświadczona część drużyny pokonuje 2 razy dłuższy dystans płynąć zygzakiem ( wszystko po to żeby się lepiej przyjrzeć co drzemie w trzcinach, oczywiście). Za to 11 letnie bliźniaki Russela prowadzą canoe wyczynowo, i dosłownie zataczają wokół nas kółka. Nic dziwnego, pływają na canoe od 3 roku życia, a rzekę Beauly znają jak własne podwórko.
    I dzięki tej wiedzy lokalnej zwiedzamy malownicze zatoczki i plaże, a także wąwóz o którym podobno mało kto wie. Wąwóz jest zresztą zupełnie zaskakujący, pojawia się znienacka po wpłynięciu w zupełnie niepozorne odgałęzienie rzeki. Wrażenie robi ogromne, nagle, zamiast płynąć wśród łąk i trzcin, gdzie z wody widać daleko co się dzieje na brzegu, dookoła rzeki wyrastają na oko 30 metrowe ściany skalne i urwiska. Ot, kolejne geologiczne odkrycie do kolekcji Mai.
    Wąwóz zresztą podoba się nie tylko nam, na miejsce gniazdowania wybrał go sobie rybołów z rodziną. Nie jest on zresztą zachwycony naszym przybyciem - początkowo próbuje nas zniechęcić bojowymi okrzykami, ale potem wyrusza sprawdzić na ile jesteśmy groźni. Żeby go nie denerwować i nie płoszyć płyniemy cicho jak myszy, i względnie szybko.
    Wawoz, choć naprawdę malowniczy, nie jest bardzo długi. Ale nawet po wypłynięciu brzegi pozostają wysokie, więc na zakończenie wyprawy trzeba canoe wytaszczyć kilkadziesiąt metrów w górę stromego brzegu. Dopiero wtedy okazuje się, jakie te bestie są ciężkie!!! A brzeg jest nie tylko strony i wysoki, ale także z ziemi i gliny. Zdrowia życzę tym, którzy je taszczyli w deszczu albo zaraz po, kiedy ta ziemia zamienia się w błotne lodowisko...
    I przez cały czas wyprawy pogoda jak marzenie - czyli Highlands nie płaczą po nas aż tak bardzo.
    Albo może zachęcają do powrotu!?
    Tak czy inaczej, zwiedzanie Szkocji w canoe to bardzo ciekawa opcja - Russel podrzuca nam różne inne ciekawe trasy, dłuższe i krótsze, ale zawsze wśród dzikiej przyrody i w zgodzie z naturą. Polecamy! A dla pamięci albo w żeby rezerwować kolejne wyprawy w canoe link: http://kushiadventures.co.uk/?LMCL=Zny2LL
    Read more

  • Day15

    Kozice rzeczne

    August 9, 2020 in the United Kingdom ⋅ ⛅ 17 °C

    Co tu dużo mówić, nogi po wczorajszej wyprawie ( i poprzednich) bolą. A tu BBC zapowiada ostatnie dwa dni przepięknej pogody przed apokaliptycznym załamaniem, z ulewami, burzami i wichurami (od tygodnia wysyłają ostrzeżenia, więc nie ma wyjścia, zbliża się apokalipsa).
    Więc po negocjacjach, przeglądaniu map, stron internetowych i blogów i przemyśleniu różnych opcji decydujemy się jednak dziś zebrać ostatnie resztki sił i wyruszyć na krótki spacerek (6km) wzdłuż rzeki i wodospadów, połączony z kąpielą w Loch Affric.
    Spacerek warty jest wysiłku. Nastawieni na miniaturę trasy którą okrążaliśmy Loch Affric jesteśmy całkiem zaskoczeni odmiennością krajobrazu - mimo, że trasa prowadzi w okolicy rzeki Affric, czyli blisko. Wysokie sosny, brzozy, poszycie z borówek i paproci przypominają jednym Bory Tucholskie a drugim Beskid. Za to jeziorko do którego zmierzamy to wypisz wymaluj Ósemka 😉.
    A po spacerze M'n'Ms przeistaczają się w kozice wodne, skacząc po kamieniach w górę rover Affric ( i w dół też, zabawa świetna, jako że rzeka jest porządnym rwącym strumieniem górskim) i sprawdzają jak długo im zajmie wpadnięcie do wody względnie porwanie przez bystrzycę (dla zainteresowanych: Mieszkowi krócej, za to Maya wykąpała się dokładniej).
    I na zakończenie, specjalnie na życzenie Marty, która z utęsknieniem oglądała pewna dziką plażę za każdym razem, kiedy przejeżdżaliśmy wzdłuż Loch Affric, kąpiel w jeziorze. Plaża jest piękna, i całkiem słusznie zapisana na pierwszym miejscu w rankingu " pływanie na dziko w Szkocji" (serio serio, jest taki) i trochę przez chwilę żałujemy, że nie jesteśmy przygotowani na zapalenie ogniska - ale zaraz przychodzą meszki i już całkiem pogodzeni z losem wracamy na kemping, do namiotu, za moskitierę.
    Read more

  • Day14

    Najwyższy szczyt UK zdobyty!

    August 8, 2020 in the United Kingdom ⋅ ⛅ 13 °C

    Nasz rodzinny kaowiec zadecydował, że w okolicy Glen Affric jest za mało gór i że dla dobra wyprawy powinniśmy zdobyć szczyt najwyższy, szczyt przedstawiający prawdziwe wyzwanie, szczyt z którego roztaczają się najpiękniejsze widoki, słowem szczyt na miarę naszych możliwości.
    Z tego też powodu zrywamy się o barbarzyńskiej (jak na tę wakacje) porze, czyli o 7.30 i już o 8:08 wyruszamy w drogę, licząc na panoramę Loch Ness (chętnie z potworem) i względnie sprawne wyjście na Ben Nevis ( wg walking Highlands trasa zajmuje 7-9 godzin).
    Krajobrazy wzdłuż A82 są rzeczywiście fantastyczne, ale same Loch Ness przesłaniają przez większość drogi krzaki. Dzięki wysokości geograficznej 9 rano jest ciągle czasem kiedy podnoszą się mgły, więc przybliżające się pasmo Nevis wygląda tajemniczo i bardzo, bardzo pociągająco.
    Po dotarciu na miejsce, okazuje się, że podobny pomysł na słoneczną niedzielę miało pół populacji Szkocji (jak również turyści), i parking jest całkowicie zapełniony. Zatrzymujemy się na poboczu, licząc na to, że dobrze pamiętamy wytyczne Highway Code, a jeśli nie, na miłosierdzie lokalnej straży miejskiej (zresztą, jak można się domyślić , nie jesteśmy jedyni).
    Jeszcze szybkie śniadanie, i w drogę. Trasa jest wyjątkowo szeroka, jasno wytyczona, i względnie płaska, podstawowym utrudnieniem jest omijanie grup turystów, którzy, tak jak my, postanowili wybrać się na szlak. Wygląda na to, że wszyscy posłuchali Borysa, nawołującego do nie wybierania się na plażę, i zamiast za to wybrali się na Ben Nevis. Chodzenie w tłumie to żadna przyjemność, a do tego z każdym zaobserwowanym oddechem oczy wyobraźni widzą miliony virionow Covida, więc kiedy szybkie tempo i wymijanie kolejnych grup nie pomaga, decydujemy się na zejście z głównej trasy i wędrówkę po trawie oraz korytami wielu strumyków. Dodatkową zaletą jest spore urozmaicenie wspinaczki, bo prawdę mówiąc, jest ona dość nudna - baaardzo długa, zakosami praktycznie po płaskim w poprzek góry, po kamienistym trakcie. Za to widoki są rzeczywiście rewelacyjne - i Fort Williams jawi się bardzo malowniczo, i w Glen Nevis rozsiane są (oczywiście) większe i mniejsze jeziorka, a po dotarciu na szczyt jest w 100% jasne, że wdrapał się człowiek na najwyższą w okolicy górę. Panorama zachwyca (kiedy akurat jest dziura w chmurze) a żaden z otaczających szczytów ( a jest ich wiele) nawet w przybliżeniu nie dorównuje Ben Nevis wysokością. Ale zanim dotrzemy na szczyt trzeba pokonać dwa spore strumienie, wspiąć się po piargu, zaobserwować akcję ratowniczą helikoptera (powinna iść muzyka kina akcji w tle) i 3 razy przeżyć rozczarowanie że to jeszcze nie szczyt :). A im bliżej do szczytu, tym temperatura wyraźnie niższa - od momentu zastąpienia łąk przez kamienie para leci z ust, a ręce grabieją. Idealna demostracja inwersji temperaturowej - startując z poziomu morza wspięliśmy się na 1344m (wg GPS) i straciliśmy około 15C.
    Dzięki popularności trasy wśród wędrujących na szczyt można zaobserwować niezły przekrój pomysłów na urozmaicenie trasy. Są oczywiście drużyny wspierające konkretne fundacje charytatywne (różowe Princessy obu płci w spódniczkach tutu idą prawdopodobnie dla fundacji wspierającej pacjentki z rakiem piersi), są drużyny (sądząc po zdjęciu na T-shirtach) upamiętniające konkretną osobę, są wyczynowy pokonujący trasę biegiem, ale jest też szaleniec zjeżdżający z Ben Nevis na rowerze, jak i inny wspinający się na boso...A są i tacy których na szczyt wwozi helikopter.
    Wśród tych wszystkich inspirujących wariacji na temat czujemy się wyjątkowo zwyczajni w porównaniu, naszym jedynymi wyróżnikami są niezłe tempo (6h z postojem na szczycie) i autorska trasa, która zresztą szybko została zaadoptowana przez naśladowców.
    A na zakończenie wycieczki czeka nas wyśmienite steak pie w lokalnym pubie w Cannich (gorąco polecamy i pie, i pub) - M'n'Ms mówią, że przez sporą część drogi niosła je wizja tego pie na końcu drogi 😆.
    Read more

Never miss updates of 4 x 8 nog with our app:

FindPenguins for iOS FindPenguins for Android