• Yosemite - park i Yosemite - wodospady, dwa!

    May 24 in the United States ⋅ ☀️ 15 °C

    Z San Francisco wyjeżdżamy przez most Richmond- San Rafael, dzielący zatoki San Francisco i San Pablo. Mijamy drogowskazy na
    San Quentin, San Rafael, San Lorenzo, San Ramon, San Leandro, Sacramento i wiele wiele innych świętych (?) miejsc - od samego przejazdu człowiek staje się bardziej uduchowiony ;-).

    I całe szczęście, bo droga do Yosemite jest przeraźliwie nudna, długie 2.5h wśród podupadających przedmieść, zaniedbanych łąk, parków przemysłowych (nie mam pojęcia dlaczego na skupisko paskudnych budynków przemysłowych, biur i hal mówi się „park”).
    Jedyna ciekawostką są niewielkie wzgórza, wyglądające jak hałdy usypane z piasku, albo gigantyczne wydmy. Ciekawe, ale też nienachalnie piękne.

    Dopiero przy samym Yosemite krajobraz płynnie przechodzi w Beskidy, choć może trochę w innej skali. Wzgórza są zdecydowanie wyższe, zwieńczone koronami nagich skał i kamieni, sosny i sekwoję wysokością przyprawiają o zawrót głowy. Nareszcie!!!

    Po tej kompletnie nie inspirującej podróży padamy spać - jutro pobudka o 5 rano, żeby dotrzeć do parku (narodowego, z górami, drzewami, i wodospadami i rzeką) przed świtem, znaleźć miejsce parkingowe (co nie będzie łatwe, bo akurat wypada amerykański długi weekend), i ruszyć na szlak zanim słońce zacznie prażyć.

    W zasadzie wszystko idzie zgodnie z planem. Pobudka nie jest problemem dzięki zmianie stref czasowych, błyskawicznie pakujemy plecaki i ruszamy, kiedy parking pod motelem jesteś zasadzie pełny. Ale to nie znaczy, że jesteśmy sami na drodze! Co chwila z każdego niemal wyjazdu dołączają kolejne auta, z turystami bardziej zdeterminowanymi :-).

    Do parku docieramy przed świtem, dopiero po jakimś czasie pierwsze promienie oświetlają El Capitan i inne szczyty. Doliną robi niesamowite wrażenie - płaska jak stół, a dookoła wystrzelają w górę pionowe skałyMijamy zatoczki po bokach trasy dojazdowej, ciągle jeszcze puste, z nadzieją na miejsce bliżej początku szlaku. A na ostatniej prostej wita nas znak - parkingi pełne. O 6.30 rano…
    Nie wierzymy znakom, i słusznie (!). Udaje się nam upolować jedno z ostatnich miejsc, adrenalina jak na prawdziwych zawodach :-).

    Yosemite to oczywiście wspaniałe skały wspinaczkowe, z ikonicznym El Capitan, ale także, co może mniej oczywiste, kraina niesamowitych wodospadów. Wspinaczka to nie nasz styl (choć na kempingu na którym zaopatrujemy się w wodę i zostawiamy śmieci całkiem bez autoryzacji, witają nas jak swoich i przepytują jakie ścianki dziś będziemy zdobywać ), wybieramy więc wyprawę na wodospady. Dwie „naj” wg opisu z przewodników to „najpiękniejsze widoki” i „najpiękniejsze wodospady”.

    Stawiamy dzisiaj na widoki, zwłaszcza, że trasa jest ciut krótsza, więc będzie w sam raz na rozgrzewkę.

    Wodospady są wielostopniowe, i trasa też podzielona na kilka etapów. Pierwszy prowadzi średnio stromo, wśród drzew, pomykamy więc rączo mijając kolejne grupy. Co chwilę ścieżka zakręca, a co dugą chwilę przed oczami roztacza się widok na dolinę Yosemite, z coraz wyższej perspektywy. Temperatura podnosi się nieustannie, ale na szczęście chronią nas drzewa rzucając miły cień. W zasadzie - łatwizna :-). Niższy wodospad mijamy prawie niezauważalnie, i pniemy się dalej w górę, do podnóża drugiego, Yosemite upper.
    Najpierw zaczyna być go słychać, głuchy pomruk i szum dochodzi zza drzew. Kolejna vista, I- jest! Piękny, w całej okazałości, niebotycznie wysoki, z setkami ton wody spadającej z olbrzymiej wysokości. Pomruk przeradza się w huk i łoskot, przypominający odrzutowca przekraczającego barierę dźwięku. Nawet z odległości kilkuset metrów dosięga nas piana, a bryza od wodospadu przyjemnie chłodzi jak orzeźwiającą mgiełka.

    Podchodzimy bliżej i bliżej, i jest już, prawie na wyciągnięcie ręki.

    Teraz już tylko wspinaczka na szczyt.
    Coraz bardziej stromo, początkowo wzdłuż samego wodospadu, więc wędrówkę co i rusz przerywa konieczność zrobienia kolejnego zdjęcia.
    Drzewa są coraz rzadsze, coraz bardziej karłowate.
    Droga coraz bardziej stromą.
    Stok całkowicie południowy.
    I nagle jesteśmy na całkiem otwartej przestrzeni, wystawieni jak na patelni na bezlitosny żar, uderzający z nieba, odbijający się od skał, zwielokrotniający w ciągle podnoszącej się temperaturze.
    Każdy krok to zwycięstwo, okupione zasobami silnej woli. Krok za krokiem, od załomu skał do cienia pod jakąś krzewinką, posuwamy się coraz bardziej wykończeni.
    Jakby grając w Zakazaną Pustynię co i rusz wyciągać kartę Sun beats down.
    Jeszcze 2 km.
    Jeszcze 1.7, 1.5, 1.3, 1….
    Ufff, jest jakiś strumyczek, można wylać na głowę wiadro lodowatej wody, i ruszać dalej.
    A bezlitosne słońce świeci coraz mocniej.

    I wreszcie pierwsi wracający z góry mówią - to już naprawdę niedaleko. Jeszcze 500m, 300, już widać koniec, 100.

    I znak: do wodospadu 300m.

    Pfffffffff.

    Na szczęście, najpierw po płaskim, a potem stromo w dół.

    Widok na dolinę jest wspaniały.
    Widok na wodospad? Hmmm. Z dołu robił większe wrażenie :-).

    Odpoczywamy pod żywiczną sosną na rozgrzanych kamieniach jak jaszczurki.
    Wiemy, że sosna jest żywiczna, bo zaczynamy się kleić do niej my, nasze plecaki, polary, buty, i nawet jedzenie.
    Ale za to wszystko obłędnie pachnie 🫣.

    I już czas na powrót - zaczynamy schodzić w samo południe. I teraz my powielamy przekaz do tych umierających z gorąca pod szczytem - najpierw: to już zaraz za zakrętem. Potem: to już naprawdę niedaleko. Potem: świetnie wam idzie, dacie radę. A po kolejnych 100m - cisza. I tylko jak ktoś zapyta ile jeszcze, to ciche zapewnienie : świetnie Ci idzie…

    Patrzymy na tych, którzy walczą, i myślimy sobie - kurczę, ale byliśmy dzielni!!

    *Uwaga dodatek od polacko wiec widoczny spadek jakości języka pisanego.

    Po zejściu słanialiśmy się na nogach i podejrzewam blisko udaru słonecznego. Wiec po 15 minutach odpoczynku stwierdziliśmy ze trzykilometrowy spacer bedzie w sam raz
    Read more