• Okolozwrotnikowa Norwegia

    May 25 in the United States ⋅ ☀️ 13 °C

    Dziś wyruszamy na Mglisty Szlak, najpiękniejszy, i najpopularniejszy w Yosemite. Wiemy, że z parkingiem będzie trudno, i że słońce da nam w kość, wyruszamy więc jeszcze wcześniej - pobudka o 4:30, odjazd o 5, na szlak ruszamy, po kempingowym śniadaniu na parkingu, o 7.

    Zdecydowanie czuć różnicę, poranny chłód przenika do kości, żeby szczękają, przynajmniej przez pierwsze dwa kilometry, o kremie przeciwsłonecznym czy okularach nawet nie myślimy.

    Po dwóch dniach intensywnej aktywności wędrówkę zaczynamy z lekkim dreszczykiem emocji - co komu dzisiaj da w kość pierwsze - kostka? Kolano? Biodro? Achilles/y? Możliwości jest co niemiara. Tym niemniej, z wiekiem dojrzałym przychodzi może nie mądrość, ale na pewno doświadczenie. W jednej kieszeni ibuprom w maści, w drugiej w tabletkach, tylko kroplówki nam brakuje :-).

    Ale, przynajmniej początkowo, nie ma się o co martwić, oprócz protestu przemęczonych mięśni nic nie szwankuje, ruszamy więc dziarsko przed siebie.

    Zgodnie z zapowiedziami, szlak jest absolutnie zjawiskowo przepiękny. Zaczynamy od łagodnej części strumienia (łagodnej e sensie nachylenia, bynajmniej nie oznacza to spokojnego nurtu. Strumienie wezbrane roztopami śniegowymi pędzą jak szalone, rozbijając się o wszystkie kamienie i pnie, rozbryzgując pianę na brzegi i okolicznych przechodniów).

    Zaraz po pierwszych kilkuset metrach pierwszy mostek i pierwsze wodospadziki, aaaach jakie piękne. Wszyscy zatrzymują się na rzeczonym mostku, gdzie nagle robi się wyjątkowo tłoczno, i usiłują znaleźć ujęcie nie bezpośrednio pod słońce, które właśnie przebija się nad dolinę. Bez powodzenia - wodospad jest centralnie ze wschodu na zachód :-).

    Tu pierwsi turyści z dziećmi będą kończyć wędrówkę, ale dla nas to przecież zaledwie rozgrzewka. Pędzimy dalej, na rzeczony Mglisty Szlak. I tu, zaraz za zakrętem, zaczynają się schody. Dosłownie. Z wielkich granitowych bloków, tak, żeby na pewno nikomu nie było wygodnie po nich się wspinać. Nie dajemy się przepłoszyć, i wspinamy się, mamrocząc pod nosem nie do końca cenzuralne uwagi na temat schodów. Ale tylko przez chwilę, bo zaraz słychać znany już nam pomruk i szum spadających z łoskotem hektolitrów wody. I zza kolejnego zakrętu wyłania się on - przecudny wodospad Vernal, syczący, pieniący się, i rozbryzgujący pianę na dobre kilkaset metrów dookoła. Mglisty szlak, dobre sobie. Powinno się nazwać ten szlak Spacer w Deszczu. Miejscami ulewnym. Mokra jest trawa, mokre są kamienie, schody, mokrzy wreszcie jesteśmy wszyscy, którzy po tych schodach się wspinają. Niektórzy ze stoickim spokojem przechodzą przez deszcz w podkoszulkach (zaraz wyschnie w promieniach słońca), niektórzy sportowo zakładają nieprzemakalne kurtki turystyczne, ale jest też osobna kategoria prawdziwych profesjonalistów, którzy naciągają na siebie specjalne plastikowe peleryny wodospadowe. Z napisami „Niagara”, „Angel Falls”. A my myśleliśmy, że jesteśmy nieźle przygotowani…

    Tak czy inaczej, wodospad zachwyca. Ogromem, potęgą żywiołu, i rozszczepianiem promieni słońca, które usłużnie go oświetla coraz to z innej strony, wędrując po niebie. Parafrazując wieszcza (kto wie ten wie) : „aż się tęcza robi, śliczna ze o rany. A woda bęc, łubudu, bach i rachu-ciachu.”

    Jest przepięknie. A to dopiero połowa drogi!
    Nad wodospadem Szmaragdowe Jeziorko, do którego z hukiem wpada środkowy bieg strumienia. Jeszcze bardziej gwałtowny, spieniony i wystrzeliwujący w górę tworząc fale na podwodnych przeszkodach.

    A nad brzegiem tabliczki z długim tekstem ostrzegającym - nie wchodzić do wody, wysokie kary, akcja ratunkowa na koszt wchodzącego, rodzice płacą za dzieci…

    My dalej w górę. Zostawiamy za sobą większość tłumu, i ciągniemy dalej, nad wodospad Nevada.
    A tam, na samym szczycie - Valhalla. Strome ściany nad płaskimi granitowymi płytami, spomiędzy których przebijają się do słońca sosny. Słońce praży jak na Kalifornię przystało. Wodospad huczy, sosnowy las w oddali szumi. Brakuje tylko łososi wyskakujących w górę wodospadu. Choć takiego łososia, któremu by się to udało, ja bym się bała! Woda nad wodospadem rozlewa się szeroko i płytko, można zamoczyć zmęczone stopy - na minutę, bo woda przepiękna, ale lodowata.

    A przy zejściu w pobliże wodospadu kolejna tabliczka, tym razem lapidarna: uważaj - wpadniesz- zginiesz. I trudno się nie zgodzić, widok z mostka w dół wodospadu nie pozostawia złudzeń.

    I już powrót, po stromych, śliskich kamieniach, wśród rozbryzgów, tęcz, i światła. I pytania tłumów na początku szlaku - czy to jeszcze daleko??? Do pierwszego wodospadziku - nie. Ale co wy tam przy tym pierwszym zobaczycie…

    Na zakończenie idziemy zobaczyć zwierciadlane jeziorka, w których można już całkiem bezpiecznie moczyć nogi, a nawet i pływać, jeśli komuś nie przeszkadza woda o temperaturze około 6-8•C. A są tacy, którym nie przeszkadza! Dookoła las sosnowy, obłędnie pachnący żywicą w wiosennym upale, cisza, pustka na szlaku, wszystko co żyje pognało na wodospady. A nad jeziorkami górują granitowe ściany skalnych gigantów, gdyby to namalować, wyszedł by kicz straszliwy.

    Na pożegnanie Yosemite wybieramy się jeszcze samochodem na Glacier Point, skąd obiecywane są najpiękniejsze widoki na park. I rzeczywiście! Widoki są, jest Pół Kopuła, jest szlak panoramy, na który może wybierzemy się kolejnym/innym razem, i są nasze wodospady w oddali - olaboga, to myśmy aż tak wysoko wleźli???
    Read more