• Dzień drogi i jurty mongolskie

    May 26 in the United States ⋅ 🌧 7 °C

    Żegnamy się z Yosemite, i ruszamy na podbój dzikiego zachodu - na wschód. Trasę planujemy szlakiem stacji benzynowych, mając żywo w pamięci wczorajszy incydent dojeżdżania na całkowitych oparach, wśród dzikiej głuszy, bez zasięgu, bez zabudowań, bez w zasadzie czegokolwiek. Wszystko przez zbytnią ufność dla wskaźników paliwa, i oceny odległości przez autochtonów, których podrzucaliśmy na stopa (już to, że musieliśmy ich podrzucać kilkanaście mil przez leśną głuszę powinno nam dać do myślenia, no ale nie dało :-)). W głuszę wjechaliśmy z 1/4 baku, i dobrym zapasem przewidywanego zasięgu (+ 60-80 mil). ( to nie jest pomyłka, jeep żłopie jak smok). Mieliśmy przejechać po niej 6 km, więc luzik. Autochtoni zapewniali, że stacja jest jakąś milę - dwie po zjeździe z powrotem na główną drogę. Czyli super bezpiecznie…ale przewidywane 60 mil w przeciągu 6 km spada do zera. Nic to, do stacji dwie mile z górki. Dwie mile, pięć mil, dziesięć mil - stacji brak. Sygnału brak. Drogowskazów brak. Zabudowań brak. Oddechy wstrzymane, krajobraz przesuwamy siłą woli. Piętnaście mil, dwadzieścia, dwadzieścia pięć. Jest camping. Podjeżdżamy - może choć będą mieć ciągnik żeby nas zaholować jak już wszystko zawiedzie… ciągnika nie mieli, ale podnieśli na duchu, że stacja jest już za … milę…Była. Kolejna katastrofa uniknięta :-).
    Więc teraz tankujemy co sto mil :-D.

    Jedziemy wśród łąk wypłowiałych słońcem na jasne złoto, milą za miłą, kilometr za kilometrem. Czy to prerie?? Ale prerie wydawały się być płaskie - a tu, pagórki. Pagórki coraz wyższe, coraz bardziej jałowe, coraz groźniejsze - tylko patrzeć jak wyskoczy spośród wzgórz banda zbójników (Nazwa Yosemite to ponoć ostrzeżenie przed rabusiami). Słońce praży nieustannie, ale na horyzoncie zbierają się ciemne chmury, dodając pagórkom dramatyzmu i uroku. Wjeżdżamy wyżej i wyżej, 500 m, 1000, 2000 (Będzie z czego zjeżdżać w razie braku paliwa).

    Preria zamienia się w las, a my nabierając wysokości wjeżdżamy w chmury i z wygodnej drogi asfaltowej wjeżdżamy w potrzaskaną lokalną, a potem asfalt zamienia się w szutr.

    Zatrzymujemy się na obrzeżach King’s Canyon Park, na łonie natury w … jurtach mongolskich …prowadzonych przez Holendrów. Pełna międzynarodówka.
    Miejsce jest niezwykle urokliwe, to w zasadzie cała olbrzymia leśna polana na wzgórzu, zasypana kwiatkami które właśnie zakwitły po dzisiejszych deszczach ( to z tych chmur na horyzoncie) i obłędną panoramą na każdą stronę świata. Przygotowane w pełnej zgodzie z naturą - czyli tłumacząc na polski, z bardzo podstawowymi wygodami. Ale za to ze świetnym pomysłem, specjalnym miejscem z olbrzymimi hamakami na podziwianie gwiazd (a zanieczyszczenie światłem zerowe), osobnym miejscem na podziwianie zachodu słońca i specjalną dedykowaną zachodowi słońca huśtawką.
    Na zachód słońca wybieramy się jak na randkę za starych dobrych czasów - tylko zamiast taniego wina jest drogi cydr ;-).

    A na wieczór gospodarze zapalają ognisko - gazowe ;-). Grzeje dużo gorzej, niż zwykle, ale swój urok ma.
    Read more