• Pożegnanie z Jeepem

    May 27 in the United States ⋅ ☀️ 22 °C

    A taki był śliczny, hamerykański…
    Przewiózł nas po Yosemite, i po parku sekwoi. Pokonał przewyższenie 2,200m.
    I co?
    I jadąc po dolinie zaczął wysyłać sygnały SOS. Najpierw, że potrzebuje serwisu (po 2000 km z fabryki???). Potem, że ma kłopoty z układem hamulcowym - konkretnie prawdopodobnie mu szwankuje system unikania kolizji. To nas już z lekka zaniepokoiło - zwłaszcza kwantyfikator prawdopodobnie. Ale chwilę później, zamiast grzecznie przyspieszać i nabierać prędkości na (prawie) równej autostradzie zaczął kaszleć i skakać. A bak 3/4 pełny…
    Kiedy przed nami powrót w dzicz, i kilometry przez Death Valley bez stacji serwisowej, bez zasięgu, bez ludzi … hm… już to przerabialiśmy.
    Więc sentymenty w kąt, zjeżdżamy do ostatniej większej miejscowości po tej stronie Sierry i dzwonimy do wypożyczalni po pomoc. Najlepiej natychmiastową, bo przed nami jeszcze 4h po pustkowiach.

    I tu okazało się, że fortuna sprzyja - śmiałym? Szalonym? Zgodzimy się na wszystko :-). W odległości mili jest lotnisko, i oddział wypożyczalni, gdzie możemy wymienić naszego kaszlaka na bardziej niezawodny sprzęt.
    Chętnie dalej jeepa, nawet taki stoi przed wypożyczalnia. Niestety, jak się okazuje, również do naprawy. Na nasze nieme pytanie w wypożyczalni odpowiadają - cóż, amerykańskie dziadostwo, czego się spodziewaliście….Także tak.

    Ku wielkiej rozpaczy kierowcy przesiadamy się w VW Tiguan, bez szyberdachu, bez sznytu, ale za to z pełnym bakiem, dobrym zawieszeniem, i dalekim zasięgiem :-).

    Tak więc kontynuujemy zdobywanie dzikiego zachodu w słabszym stylu, ale za to w mniejszym stresie.

    A przed nami bezdroża piaskowożółtej Death Valey. Zostawiamy za sobą Sierrę i kłębiące się nad nią chmury, wysokość obniża do poziomu morza, temperatura podnosi się już do 20C, a w perspektywie +37 i pełna depresja.
    Read more