Księżyc nad Zatoką
May 30–31 in the United States ⋅ ☀️ 22 °C
Żegnamy Oazę, żegnamy pustynię, niesamowite skały na punkcie Zabriskiego, kolorowe piaski i słone przestrzenie.
Mijamy Tronę, ostatnią ostoję cywilizacji (???) przed Doliną Śmierci, założoną na początku XXw, w celu wydobywania i przetwarzania minerałów (akurat nie boraksu a półtorawęglanu sodu. Obecnie Trona to osada - widmo, z 1700 mieszkańcami i 4 kościołami (to tylko te przy drodze) - ale tu trudno się dziwić, w końcu na takim pustkowiu trzeba szukać jakiejś pociechy.
Ostatnie pasma górskie giną na horyzoncie, a my przez zupełnie płaskie pustkowia kierujemy się nad Pacyfik. Droga prosta jak strzelił, żadnych zabudowań, tylko przez setki kilometrów słupy trakcyjne - nie wiedzieć dokąd i po co prowadzące.
Plan jest taki, że od LA do San Diego będziemy jechać nad samym oceanem, ale jak to z planami bywa, tylko rozśmieszają los. Akurat tam gdzie chcemy jechać chce jechać pół populacji Kalifornii, sat nav kieruje więc nas niestety objazdem.
Tak czy inaczej nad ocean przybywamy przy samym San Diego, w zatoce La Jolla, gdzie fale oceanu rozbijają się z łoskotem o skalisty brzeg, na którym uchatki i stada pelikanów zgodnie się wylegują. Jak się okazuje, pelikany w przeciwieństwie do uchatek to zwierzęta stadne, i zgodnie przelatują nad głowami w eleganckich kluczach. Tzn eleganckich, dopóki nie zaczynają lądować, bo tak pokracznych stworzeń jak lądujące pelikany ze świecą szukać.
Uchatki za to pilnują swoich rodzinnych terytoriów, i co i rusz wybucha walka , kiedy jakiś niezaproszony młokos chce się przyłączyć do plażującej grupy.
Znowu z naszych założeń kąpieli w oceanie nici, fale są naprawdę srogie, a wybrzeże straszy potrzaskanymi głazami. Niby po wierzchu wygładzone przez wodę aż błyszczą, ale jest spora szansa, że lądowanie na nich mogłoby się skończyć solidnym poturbowaniem.
Tym niemniej ocean jest przepiękny, groźny, majestatyczny, a prawie zachodzące słońce jeszcze dodaje uroku. Na słońce całkiem zachodzące nie czekamy, bo goni czas, więc żegnamy La Jollę i w świetle obłędnego wielkiego księżyca w pełni, którego oczywiście nie udaje się sfotografować, przejeżdżamy mostami nad rozlicznymi zatokami do San Diego.
I tu kolejne zaskoczenie - mimo tego, że centrum San Diego bawi się rozgłośnie i wesoło długo w noc, większość restauracji jest pozamykana przed 10 wieczorem, a tuż poza ścisłym centrum miasto jest ciche i ciemne. Nieustająco pełne uroku, ale bardzo dziwi taka spokojna noc skąpana w świetle księżycowym, zanurzona w plusku fal zatoki, i przesycona zapachem morza.
Zadziwieni więc idziemy na spacer wzdłuż zatoki, żegnając się z Pacyfikiem, i z kolejnymi wakacjami na Zachodnim Wybrzeżu.Read more





















Traveler
Outstanding photo 🥰
4 x 8 nogBy Wojtek :-)