• Half way there

    June 15 in Greece ⋅ ☀️ 15 °C

    Wspięcie się na Olimp wymaga dwóch dni. A w zasadzie, trzech, bo zejść przecież też trzeba. Dzień pierwszy za nami, odpoczywamy w schronisku Spilios Agapitos, na wysokości 2060 m n.p.m., zmęczeni, ale w sumie zaskoczeni łatwością podejścia.
    Z Litochoro Olimp jawił się groźnie, na pewno zapowiadając spore wyzwanie, a może nawet nieco przerażająco. A pierwszy etap (no dobrze, trochę oszukany, bo na początek szlaku do Prioni na 1,100m podjeżdżamy autem, ale tak robią absolutnie wszyscy, to jest oficjalny początek szlaku) mija całkiem bezboleśnie, choć w palącym upale . Na szczęście większa część kamienistą ścieżką przez ocieniający las bukowo -sosnowo -świerkowy, ocieniający, ale suchy na wiór. Wszystkie strumyczki, źródełka i studzienki wyschnięte na piach, na szczęście większość ciężaru na plecach to woda. Na trasie kilka innych grup, w zasadzie wszyscy idący tym samym tempem, więc co przystanek się wyprzedzamy - za pierwszym razem tylko “cześć cześć”, w rozmaitych językach świata, za drugim porównujemy mapy i ocenę odległości, za trzecim omawiamy inne podejścia, od Karpat do Shenandoah, do Pirenejów, na czwartym przedstawiamy się oficjalnie i wymieniamy planami na zdobywanie Olimpu. Który, jak się okazuje ma 52 wierzchołki (pięćdziesiąt dwa), więc jest z czego wybierać :-)).
    Po około 2/3 drogi wychodzimy z lasu na skalne zbocze, i dopiero teraz wiadomo, że to dla tych widoków wysiłek i hektolitry potu. Nad nami (jedne z) szczyty Olimpu, otulone romantyczną chmurką, a pod nami, a jakże, Morze Egejskie.
    I całkowicie bez wątpienia, śnieg - jęzor lodowcowy, brudny jak siedem nieszczęść, ale niewątpliwie, śnieg.
    I wreszcie schronisko, w którym nocleg trzeba rezerwować z wyprzedzeniem kilku miesięcznym, oblężone przez turystów, wszystkie ławeczki zajęte, do bufetu niekończącą się kolejka (stała od pierwszego wejścia do samego wieczora). I szalony wybór w menu- albo spaghetti bolognese, albo spaghetti z pulpetami, albo ziemniaki z dziczyzną. Nie zgłębiamy, jaka to dziczyzna, kawałki na tyle duże, że musiał być większa niż wiewiórka albo szczur. Z drugiej strony, żadnej dziczyzny w czasie naszej wspinaczki nie było widać… może się pochowała, na wszelki wypadek. Przebieramy się w obowiązkowe klapki, zamawiamy po jednej opcji dla każdego, i już jesteśmy gotowi na wizytę u Zeusa i kolegów, jutro z samego rana.
    Read more