• 4 x 8 nog
  • Wojtek Polak
  • 4 x 8 nog
  • Wojtek Polak

Hellada

A 15-day adventure by 4 x 8 nog & Wojtek Read more
  • Trip start
    June 13, 2026

    Rydwany

    June 14 in Greece ⋅ ☀️ 25 °C

    Rydwan pierwszy, powietrzny. W życiu nie braliśmy udziału w tak niezorganizowanym załadunku samolotu. Opóźnienie tylko 30 min, ale za to załoga bardzo serdeczna, pilot wychyla się przez okienko i macha z uśmiechem do stojącego i w zasadzie wcale nie zdenerwowanego ogonka przed schodami, załoga pełna serdeczności z uśmiechem znosi wszystkich uciążliwych pasażerów (jeden akurat siedzi zaraz przed nami). Tylko całkiem mylą zamówienia, zupełnie nie wiedzą, kto gdzie siedzi, ale z każdym pożartują, porozmawiają, i w końcu przyniosą to co potrzebne tam gdzie potrzebne. Mamy tylko nadzieję, ze pilot jest bardziej wdrożony… czyżby Grecy byli typowymi południowcami??
    Lądujemy w Salonikach w środku nocy i przesiadamy się do rydwanu drugiego, lądowego. Wiadomo od razu, że wyjazd jest ambitny i na pełnych obrotach, kiedy taksówkarz zaczyna się niepokoić dowożąc nas do zarezerwowanego miejsca noclegowego. To nic, że zaraz koło lotniska, pośród opuszczonych, i zdezelowanych wypożyczalni aut. To nic, że w zasadzie wśród ogródków działkowych. Kończy się dwupasmówką, asfalt, kierowca robi did coraz bardziej nerwowy, kończy się bitą droga, kierowca zaczyna się wypytywać czy na pewno wiemy, co robimy, kolejny zakręt w coraz mniejszą dróżkę - i nagle, jest. Dom jak na zdjęciu w folderze, wyszykowany, ukwiecony, pod winoroślą. Na której, jak się okazuje rano, rosną całkiem prawdziwe, i choć zupełnie niedojrzałe, winogrona.
    I wyprawa po rydwan trzeci, do Centaura :-). Centaur jest, a jakże, południowo powolny, południowo niezorganizowany, i południowo dolicza połowę tego, co ustalone, bo, wiecie, rozumiecie, to co na sieci, to taka ściema. Chwyt marketingowy. Niby jesteście ubezpieczeni, ale tak naprawdę to nie. Aaaaarghhh. Co zrobić, rydwan trzeba mieć…
    Read more

  • Litochoro: Krynica górska i zarazem morska

    June 14 in Greece ⋅ ☀️ 25 °C

    W cieniu Olimpu, wspinając się wąskimi i bardzo pokręconymi uliczkami po zboczach, złotymi domkami pod ceglastymi dachówkami, zatopione w gajach oliwnych, winorośli, i jaśminie, który wieczorem oszałamiająco pachnie, z obłędną panoramą na szafirowe Morze Śródziemne.
    To nie Arkadia, ale blisko, naprawdę blisko.
    Przy głównym bulwarze, na zachód widok na Olimp, na wschód na Morze Śródziemne, galeria restauracji i barów, kelnerzy pochyleni w pas, i śródziemnomorski poczęstunek zaczynający się od “czekadełka” (gorąca bułka z pastą z oliwek), a kończący na cieście i rakiji (czy co to tam po grecku jest). Której nie sposób ominąć, bo kiedy nie przystosowani podnosimy się od stołu po zapłaceniu rachunku, dopada nas kelnerka z okrzykiem “gdzie wam się wydaje, że idziecie??? Jeszcze deser!!”.
    Nakarmieni pod korek wspinamy się stromymi uliczkami pośród przechadzających się w niespiesznym, południowym rytmie kotów, które tu są w zasadzie wszędzie, podziwiamy maleńkie domki wplatane architektonicznie w sąsiadów, zobaczę, ogródki, murki i drzewa oliwkowe. Na każdym domu balkoniki, podcienie, dziedzińczyki, i masa zieleni i kwiatów. Ozdobione, wypieszczone, a każdy inny. Zza jednych wygląda Olimp, zza drugich morze.
    I nasz, całkiem nowoczesny, na samej górze Litochoro (przynajmniej na razie, bo Litochoro ciągle rośnie w górę, nad nami jeszcze jest no szkoła, więc dzieciaki tu mają naprawdę pod górkę…).
    Zgodnie z tematem, z sypialni balkon z widokiem na góry, a balkon kuchenny - na ceglane dachówki i morze. A w szafce kryjącej okap - kapliczka.
    Read more

  • Half way there

    June 15 in Greece ⋅ ☀️ 15 °C

    Wspięcie się na Olimp wymaga dwóch dni. A w zasadzie, trzech, bo zejść przecież też trzeba. Dzień pierwszy za nami, odpoczywamy w schronisku Spilios Agapitos, na wysokości 2060 m n.p.m., zmęczeni, ale w sumie zaskoczeni łatwością podejścia.
    Z Litochoro Olimp jawił się groźnie, na pewno zapowiadając spore wyzwanie, a może nawet nieco przerażająco. A pierwszy etap (no dobrze, trochę oszukany, bo na początek szlaku do Prioni na 1,100m podjeżdżamy autem, ale tak robią absolutnie wszyscy, to jest oficjalny początek szlaku) mija całkiem bezboleśnie, choć w palącym upale . Na szczęście większa część kamienistą ścieżką przez ocieniający las bukowo -sosnowo -świerkowy, ocieniający, ale suchy na wiór. Wszystkie strumyczki, źródełka i studzienki wyschnięte na piach, na szczęście większość ciężaru na plecach to woda. Na trasie kilka innych grup, w zasadzie wszyscy idący tym samym tempem, więc co przystanek się wyprzedzamy - za pierwszym razem tylko “cześć cześć”, w rozmaitych językach świata, za drugim porównujemy mapy i ocenę odległości, za trzecim omawiamy inne podejścia, od Karpat do Shenandoah, do Pirenejów, na czwartym przedstawiamy się oficjalnie i wymieniamy planami na zdobywanie Olimpu. Który, jak się okazuje ma 52 wierzchołki (pięćdziesiąt dwa), więc jest z czego wybierać :-)).
    Po około 2/3 drogi wychodzimy z lasu na skalne zbocze, i dopiero teraz wiadomo, że to dla tych widoków wysiłek i hektolitry potu. Nad nami (jedne z) szczyty Olimpu, otulone romantyczną chmurką, a pod nami, a jakże, Morze Egejskie.
    I całkowicie bez wątpienia, śnieg - jęzor lodowcowy, brudny jak siedem nieszczęść, ale niewątpliwie, śnieg.
    I wreszcie schronisko, w którym nocleg trzeba rezerwować z wyprzedzeniem kilku miesięcznym, oblężone przez turystów, wszystkie ławeczki zajęte, do bufetu niekończącą się kolejka (stała od pierwszego wejścia do samego wieczora). I szalony wybór w menu- albo spaghetti bolognese, albo spaghetti z pulpetami, albo ziemniaki z dziczyzną. Nie zgłębiamy, jaka to dziczyzna, kawałki na tyle duże, że musiał być większa niż wiewiórka albo szczur. Z drugiej strony, żadnej dziczyzny w czasie naszej wspinaczki nie było widać… może się pochowała, na wszelki wypadek. Przebieramy się w obowiązkowe klapki, zamawiamy po jednej opcji dla każdego, i już jesteśmy gotowi na wizytę u Zeusa i kolegów, jutro z samego rana.
    Read more

  • Z wizytą u Zeusa

    June 16 in Greece ⋅ ☁️ 15 °C

    Zdobywać Olimp z przewodnikiem czy bez przewodnika, o to jest pytanie. Przeglądamy relacje, reportaże, zdania uczonych są podzielone, z wyjątkiem stron agencji turystycznych, ale przekonują nas zdjęcia. Ostatni odcinek, prawie godzinne podejście na Mytikas, najwyższy szczyt Olimpu, i Grecji, wygląda zdecydowanie wyczynowo, i raczej średnio bezpiecznie wybierać się tam bez asekuracji. Sprzętu nie mamy, zatem : przewodnik.

    Tassosa spotykamy wieczorem w schronisku, i zarządza wyjście o 6:30 rano. Nasz ko-wiec się cieszy, wreszcie znalazł bratnią duszę. Cóż, przynajmniej 1/3 ekipy jest zadowolona.
    Może i jest w tym jakaś racja, bo prognoza zapowiada załamanie pogody i deszcz, a nawet ryzyko burzy popołudniu, a zdecydowanie nie chcemy poddać wyprawy pogodowym walkowerem. Tassos co prawda mówi, że będzie pięknie, trzeba brać krem z filtrem i okulary, bierzemy więc oczywiście wszystko.

    Świt jest zdecydowanie piękny, i wynagradza wczesną porę, ale chmury przychylają się raczej do zdania pogodynki, niż przewodnika. Nie ma czasu na zbędne dyskusje, tu macie uprząż, tu macie kaski, ruszamy. Tassos przypomina borsuka, ale po szlaku pomyka jak gazela. Spogląda tylko co i rusz przez ramię, czy nadążamy, po czwartym razie pyta lekko zaskoczony czy nie za szybko, ale trafiła kosa na kamień. Przemy pod górę, tylko co jakiś czas jedno z nas zatrzymuje się na chwilę by na zdjęciu coś uchwycić. Słońce nad morzem Egejskim nieustannie piękne. Tassos zaskoczony, ale zaczyna patrzeć na nas z lekkim szacunkiem. Dostajemy tytuły Ej, Vojtek, my lady i young lady. Hmmmm. Nie jestem do końca pewna jak się czuję z tym, że to nie ja jestem young lady, ale przynajmniej “my”… mogło być gorzej.
    Nagle Tassos zwalnia, pokazuje żeby być cicho - a przed nami zza załomu skały wychodzą kozice. Zupełnie nie przejmują się naszym całkiem niemym zachwytem, i spokojnie przeżuwają resztki starej, zeszłorocznej trawy. No dobrze, może było warto wstać przed świtem.
    Bardzo zadowoleni z siebie idziemy dalej, aż do momentu kiedy spotykamy kilka osób … schodzących ze szczytu. Co za bezczelność!!

    Olimp ma wg naszego przewodnika nie 52 ale 55 wierzchołków, nie za bardzo wiemy co zrobić z tą informacją. My wspinamy się na pewno na dwa: Skala (2866 mnpm), z której wychodzi się na Mytikas (to ten ambitny, najwyższy, 2918 mnpm i Skolio, taki bardziej spacerowy, 13 m niższy) no i właśnie Mytikas.

    Na Skali zmienia się nie tylko profil wycieczki, ale też pogoda, już na podejściu uderza w nas całkiem rześki wiatr, chętnie zakładamy więc nie tylko uprzęże i kaski, ale też wszystkie warstwy które tu ofiarnie przynieśliśmy.

    A z względnie wygodnej, choć chrzęszczącej pod nogami trasy, przechodzimy ostro w dół na rumowisko skalne, gdzie nie tylko ścieżki jako takiej nie ma, to jeszcze pod każdym krokiem rumowisko może się usunąć. Stromo w dół. W jedną z przepaści. Albo na jedną z obłędnych, potrzaskanych form skalnych. Albo dla odmiany na język lodowca.

    Tassos związał nas liną, nie wiadomo w zasadzie po co, bo oprócz tego, że do siebie, i Tassosa, nie jesteśmy przypięci do niczego. Za to nadaje rytm schodzenia, i pokazuje które kamienie wybierać, i jak przeprawiać się przez rumowisko. Gratulujemy sobie decyzji, tu się może i da samodzielnie, ale błędny krok może naprawdę dużo kosztować.

    Najpierw stromo w dół. Potem stromo w górę. Potem trzeba się wspiąć wąskim żlebem wśród kamiennych kolumn. Potem via ferrata stromo w dół. I już tylko ostro pod górę, po ostatniej ściance - tu nawet jesteśmy przypinani do uchwytów :-). A Tassos nie daje złapać oddechu, prowadzi dalej jak gazela, a my chcąc nie chcąc za nim, bo lina trzyma na krótko…

    I jesteśmy. Mytikas i panorama w całej krasie. Tron Zeusa i 12 bogów, Płaskowyż Muz, i oczywiście Morze Śródziemne. I flaga grecka na wszelki wypadek metalowa. Pięknie jest. A w oddali słychać grzmot - czy to Zeus, czy przepowiadana burza, trudno stwierdzić, na szczęście na tyle daleko, że można się z niego śmiać.

    Jesteśmy przez długą chwilę całkiem sami - aż za nami docierają trzy kolejne ekipy, na lekko, bez asekuracji i bez przewodników, choć jedna w kaskach. Dwie z nich to Polacy - czyżby w nas duch narodowy zginął??

    Zdobycie szczytu to dopiero połowa sukcesu. Teraz trzeba po tym rumowisku przedrzeć się z powrotem - w dół, w górę, via ferrata, w dół, i znowu dluuugo w górę. Zwycięstwo!

    Tassos pyta czy wracamy, a my na to, że tak po prawdzie, to my jeszcze chętnie na Skolio. A potem dookoła kotła przez Agios Antonios (2816) i przez Stavraities (2616). Tassos patrzy się na nas lekko podejrzliwie, ale mówi krótko - no to idziemy. I rusza galopkiem.

    To rumakowanie trochę się mści na ostatnich kilometrach, kiedy każdy krok jest okupiony bólem kolan i bioder, nawet w przypadku young lady. W schronisku meldujemy się pół godziny po południu… słońce praży, nad Mytikas zbierają się chmury. A właścicielka schroniska gratuluję - podobno całkiem nieźle sobie poradziliście :-). Dzięki, Tassos.
    Read more

  • Zemsta Zeusa

    June 17 in Greece ⋅ ☁️ 9 °C

    Tassos wyruszył z kolejną ekipą o 6:30, a my mogliśmy się wylegiwać aż do 8 - co za luksus!
    W schronisku o tej późnej porze zostały już tylko niedobitki, ale za to można było wybierać wśród stolików na tarasie widokowym, z widokiem oczywiście na morze, które słońce przebijające się przez gęste warstwy chmur przystroiło w blaski i cienie.
    No właśnie, gęste warstwy chmur. Nad morzem tylko filtrują promienie słoneczne, ale szczyty Olimpu, wszystkie 52, albo 55, spowite są gęstą, ciemną zasłoną. Albo wczorajsza prognoza niepostrzeżenie przesunęła się na dzisiaj, albo wczorajszą uzurpacją rozjuszyliśmy gromowładnego.

    Zemsta, jak zazwyczaj w przypadku bogów Olimpu może i spektakularna, ale lekko bez sensu - cierpią we mgle i chmurach Ci, którzy dzisiaj wspinają się na Mytikas, a nie my…
    My zbieramy się w drogę powrotną, planując dodatkowo zobaczyć Enipeas Gorge, położony u stóp Olimpu, i podobno pełny dzikiej zielonej przyrody, drewnianych mostków i jeziorek w strumieniu z krystalicznie czystą wodą. Brzmi zachęcająco!

    Ciemne chmury nadają drodze powrotnej charakter trochę groźny, trochę ponury, ale bardzo klimatyczny. Las groźnie szumi, ale i pachnie mokrym igliwiem i żywicą. Powietrze jest ciężkie od kropel wody, a chmury schodzą z Olimpu coraz niżej.
    A w oddali słychać dźwięk dzwonków, trochę jakby owczych, ale o ciemniejszej, głębszej barwie. I zza zakrętu wyłania się karawana osiołków i koni, niosących na grzbietach ciężkie kilogramy zaopatrzenia do schroniska - one na pewno się cieszą z chmur i braku oślepiającego słońca! Krok za krokiem, noga za nogą, wspinają się po kamienistej ścieżce, i systematycznie dorzucają do zapachu igliwia z żywicą ;-).

    Zanurzamy się w coraz ciemniejszy las, chmury coraz niżej, w zasadzie już całkiem na naszej wysokości. Pierwsza kropla, druga, dziesiąta i zaraz całe setki. Cała woda zaklęta w powietrzu i w chmurach wylewa się na nas, przelewa przez kurtki, wlewa do butów, kamieniste ścieżki zamieniają w całkiem rwące strumienie. A Zeus nie odpuszcza! Głuchy łoskot najpierw w oddali, potem 1,2,3,4,5… to jeszcze całkiem dal….. 1,2,3, OK, to już dość blisko. Ufff, ten był ostatni!
    Potoki wody leją się z nieba i po ziemi, do parkingu docieramy w zasadzie wpław.
    Z wąwozu Enipeas raczej nici (dzięki, Zeus, raczej nie masz poczucia humoru!!!), ale chociaż odwiedzamy najbliższy wodospadzik - rzeczywiście wśród wysokich, kamiennych ścian, otoczony zielenią, i tworzący jeziorko, a nawet dwa, krystalicznie czystej wody. O!
    Read more

  • Odpoczynek u Posejdona

    Jun 17–18 in Greece ⋅ ☁️ 24 °C

    Widzieliśmy je z Litochoro, i ze schroniska, i z samego Mytikas. Wabiło, kusiło, zmuszało do podziwu kolorami, światłocieniami i ogólnie obietnicą relaksu i ukojenia.

    Wreszcie jest na wyciągnięcie ręki, szafirowo- szmaragdowe, rozfalowane, krystalicznie przejrzyste, i skutecznie zachęcające do zaprzestania wędrówki choć na chwilę, choć na jeden dzień. Nawet nasz ko-wiec się poddaje, odpuszcza ambitne plany pokazania Zeusowi, że nie z nami takie numery, i powrotu nad wodospady, tylko przyjmuje zaproszenie od Posejdona, i rozsiada się pod parasolem z liści palmowych z książką w ręce.

    A nie było łatwo się tu dostać :-) Nea Messengala to wioska rybacka rozrastająca się bez ładu i planu, asfalt ledwie zahacza o jej brzeg, wszystkie wewnętrzne uliczki są w najlepszym razie bite, w najczęstszym - umowne. Klimatem całkiem przypomina Białą, domki letniskowe zaszyte na działkach pod winoroślą, dwa sklepy w zasadzie ze wszystkim, a po bitych uliczkach i wysuszonym piachu biegają psy i koty maści różnej, głównie bardzo zmieszanej. Tylko zamiast jeziora niekończące się wybrzeże, łodzie rybackie, a na horyzoncie Olimp.

    Udaje się przechytrzyć satnav, i docieramy do naszej willi, pod parasole, nad samo morze.
    Wszystkie przemoczone ciuchy, plecaki, buty, kurtki suszą się w promieniach słońca na balkonie (z którego widok oczywiście z jednej strony rozciąga się na Olimp, a z drugiej prosto na plażę), a my oddajemy się błogiemu lenistwu, ukajani szumem fal, obłędnym świergotem ptaków w pomarańczach, i wylewną gościnnością gospodarzy.

    Tyle na dzisiaj :-)
    Read more

  • Kąpiele u Dionizosa i Afrodyty

    June 19 in Greece ⋅ ☀️ 21 °C

    Prognoza pogody na najbliższy tydzień zakładała pełne słońce. A przed świtem budzi nas wściekła nawałnica, zalewająca strumieniami wszystkie nasze już wysuszone ciuchy, buty, ręczniki i co tam jeszcze ufnie zostawiliśmy na balkonie pod daszkiem zupełnie, jak się okazało, pozornym. Dzięki, Zeusie, figlarzu, całkiem nie śmieszne. Może jednak nie trzeba było drażnić gromowładnego…

    Z premedytacją omijamy więc dzisiaj łaźnię Zeusa, i zamiast nich odwiedzamy wodospady u Dion-izosa i Afrodyty. Podobno zresztą nawet piękniejsze ;-).

    Droga na wodospady prowadzi stromo wąwozem Orilas, prawie jak na Olimp, dobrze, że w gęstwinie drzew, bo słońce smaży jak w prognozie pogody. Wrażenie całkiem jak z dżungli peruwiańskiej, rozbuchana zieleń, parne powietrze, wrzaski i gwizdy ptaków, a spod nóg pryskają całkiem spore jaszczurki i żaby.
    Jak się okazuje, trasa, którą pokonujemy jak się nam wydaje w całkiem niezłym tempie, to trasa maratonu olimpijskiego… trudno sobie wyobrazić bardziej wyczynowy maraton, szczerze mówiąc, tu od samego wchodzenia tętno rośnie niebotycznie.

    Droga, oprócz tego, że przez gąszcz, prowadzi także wzdłuż całkiem sporego strumienia, który co i rusz tworzy malownicze kaskady, syczące i pryskające pianą, jak na wodospady przystało. A każdy wśród skał i kamieni, każdy tworzy głębokie jeziorka krystalicznie czystej wody, nad którymi latają ważki migoczące jak kamienie szlachetne - ciemny szafir czy może onyks. Z każdym kolejnym skala rośnie - trudno się zorientować, czy to jeszcze przystawka, czy już danie główne!

    Temperatura coraz wyższa, szlak bezlitośnie pnie się do góry, i co chwilę ginie wśród chaszczy i kamieni, (Grecy nie mają nabożeństwa do oznakowywania szlaków, zakładają, że wydeptana ścieżka jest w zupełności wystarczająca), ale warto było! 18 metrowy wodospad na czerwonej skalę wygląda całkiem jak z Indiany Jonesa, jeziorko, które tworzy jest w istocie nieprawdopodobnie wręcz przejrzyste, i dokładnie tak, jak przewidujemy, lodowate.
    Nic to! Zanurzyć się trzeba, z pluskiem, rozbryzgiem i okrzykiem bojowym :-).
    Trudno w wodzie spędzić choć minutę, chyba, że tak jak young lady odkrywa się u siebie geny foki…Górskiej :-).

    Orzeźwieni wracamy wąwozem już całkiem skąpanym w promieniach słońca, od ogłuszającego grania cykad kręci się w głowach. Temperatura ciągle się podnosi, a wrażenie tropików tylko się umacnia. Ale na szczęście u kresu drogi Afrodyta zaprasza ponownie do orzeźwiającej kąpieli, znowu pod wodospadem, znowu w przejrzystym jeziorku, znowu wśród migoczących ważek - choć tym razem ścieżka prowadzi stromo w dół, nie sposób się oprzeć.
    Read more

  • Boczne drogi do Panteleimona

    June 19 in Greece ⋅ ☀️ 24 °C

    Dostosowując się do niespiesznego greckiego rytmu życia zamiast autostrady wybieramy podróż bocznymi drogami, wśród sadów pomarańczowych, gajów oliwnych i winnic. Boczne drogi dodatkowo często prowadzą nad samym morzem, a w ramach atrakcji trzeba uważać na wylegujące się na szosie psy, przetwierające koty, i stada kóz. Za to można nimi dojechać do urokliwej wioski Paleos Panteleimonas (Old Panteleimon), położonej 700 m n.p.m., na zboczu Olimpu, z widokiem oczywiście na Morze Egejskie, a dokładniej na Zatokę Thermaikos.

    Można dojechać do, ale nie wjechać, bo po wąziutkich brukowanych uliczkach można poruszać się tylko pieszo.
    Wioska jest rzeczywiście stara, założona w XVw, niesamowicie malownicza, i zatopiona w zieleni i kwiatach. Kamienne domy oplecione winoroślą i jaśminem, który kwitnie na potęgę i nasyca powietrze zapachem. A z ogrodów i sadów dochodzi donośne brzęczenie rojów pszczół.

    Po ulicach przechadzają się, oprócz turystów, (oczywiście!) koty, a miejscowi wzmacniają unikalną atmosferę miejsca, sprzedając zioła, liście herbat, lokalne miody, mydła, gąbki i świeczki zapachowe. A to wszystko z nutą artyzmu i dużą dozą harmonii. I jak tu się nie zachwycać?
    Read more

  • Między ziemią a niebem

    June 20 in Greece ⋅ ⛅ 24 °C

    Zostawiamy Morze Śródziemne i Olimp za sobą, i ciągniemy w głąb lądu, szlakiem zupełnie pustej autostrady, wśród opustoszałych pól, kamieniołomów, w rosnącym żarze. Być może to ten żar powoduje całkowite wyludnienie o tej porze, i tylko nieprzystosowani turyści wypuścili się w drogę, zamiast odpoczywać na sjeście.

    Pod wieczór docieramy do Kastraki, kolejnej malowniczej wioseczki, wtulonej w skały, z wąziutkimi uliczkami, i ogrodami pod winoroślą.
    Nad nami, w cieniu górskiego łańcucha Pindus wznosi się łańcuch kolumn skalnych, zwanych Meteorami, zdumiewających formą i zaskakujących geologicznie. Choć do złudzenia przypominają kolumny granitowe, to zostały utworzone z piasku, błota i kamieni naniesionych przez miliony lat strumieniami górskimi. Triumf prowizorki.

    Meteory zachwyciły mnichów prawosławnych w XIV w, którzy zdecydowali osiedlić się na nich, 20m bliżej niebios, i dystansując się od pokus życia codziennego. Żeby te pokusy całkiem odrzucić, zabronili wizyt wszelkim przedstawicielkom płci żeńskiej, niezależnie od gatunku, który to zakaz był mocy do początku obecnego wieku. Dopiero zachętą finansowa, tzn warunek uzyskania funduszy unijnych, przewartościowały pokusy żeńskie na nie takie straszne, i od 15 lat rozpraszanie mnichów przez kobiety nie uniemożliwia im (mnichom) dostania się do królestwa niebieskiego. Albo przynajmniej czyni życie doczesne wystarczająco znośnym. Co świadczy o sile argumentacji i skuteczności pozytywnego bodźca wychowawczego :-).
    Natomiast trudno nie przyznać, że mnisi jednak mają ostatnie słowo, odwiedzać klasztory można tylko w spódnicach do kostek i w koszulach z długim rękawem, co wyjątkowo sprzyja wspinaniu się na 300+ schodów, w żarze lejącym się z nieba…

    Pomysł ustanowienia pierwszego klasztoru na skale okazał się takim sukcesem, że wkrótce za nim zbudowano następne, i w XV w było ich już 24. Jako pierwszy odwiedzamy Megalo Meteoro, do którego prowadzi rzeczone 300 schodów. Nawet przejście tunelami skalnymi nie przynosi wiele ulgi…

    Za to wewnątrz klasztoru same zaułki, podcienie, dziedzińce, i nawet całkiem rozłożyste drzewa. Umartwianie się widocznie zostawiono dla wizytujących. Kolejnym dowodem, że oprócz modlitw do najwyższego mnisi troszczyli się jednak o życie doczesne również - pierwszym, i głównym pomieszczeniem jest winiarnia, i bardzo zacna piwniczka do przetrzymywania wyrobów z tejże, dla niepoznaki oznakowana jako “warsztat stolarski”.

    W centrum klasztoru kaplica, przepięknie zdobiona, złota i wcale nie skromna - niestety fotografowanie jest zakazane, a pilnują tego strażnicy poustawiani w każdym kącie. I jeszcze muzeum pergaminów, zwojów, ksiąg, ikon i obrazów ze zbiorów klasztornych, które z jednej strony imponują stanem zachowania, mimo upływu wieków, ale z drugiej dowodzą zasadności zakazu uwieczniania wizerunków ludzi w niektórych kulturach, bo z obrazów i ikon straszą takie bohomazy, że oglądających otrząsa. I nie są to bynajmniej sceny męczeństwa (chyba, że oglądających).

    Z Megalo Meteora przepięknie widać monastyr Varlaam, zawieszony na samotnej kolumnie skalnej, zdecydowanie najbardziej imponujący ze wszystkich. Docieramy do niego zacieniona ścieżka pod murami, mijając lokalne drzewce, aż do kolejnych setek schodów. Nie ma co narzekać - schody, a wcześniej drabiny, to nowoczesny wynalazek. Zanim je wybudowano, jedynym sposobem dotarcia do monastyrów było zostanie wciągniętym na koszu wolno wiszącym na linią zaczepionej do kołowrotu na wieży czy też dziedzińcu.
    Jak na szczyt dostawali się budowniczy kołowrotu, nie sposób powiedzieć.

    Pozostałe 22 monastyry oglądamy już tylko z oddali, bratając się z wszędobylskimi kotami, które uważnie monitorują wszystkie ścieżki, dziedzińce i parkingi, w oczekiwaniu na odrobinę zainteresowania, a co ważniejsze, poczęstunek.
    Read more

  • Świątynia Apolla

    June 21 in Greece ⋅ ☀️ 25 °C

    Dzień święty święcimy w świątyni - Apolla, w Delfi.

    A tak w zasadzie to w ruinach jej trzeciej wersji, bo świątynia nie miała szczęścia do żywiołów (może Apollo czymś zirytował Zeusa, kto wie).
    Wybudowana w VII w p.n.e., spłonęła w VI. Odbudowana po 40 latach, zniszczona przez trzęsienie ziemi w IV w p.n.e. To właśnie ta trzecia wersja dotrwała w, niestety jedynie szczątkowej, wersji do naszych czasów. Co prawda, według legendy, przed pierwszą świątynią były jeszcze trzy, budowane kolejno z gałęzi, potem piór i wosku pszczelego, wreszcie z brązu. Trochę na kształt bajki o trzech świnkach i wilku, dopiero kamienna przetrwała i przeszła z mitu do historii.

    Kompleks świątynny położony jest przepięknie, na zboczach Parnasu, i od zarania dziejów zmusza pielgrzymów do wspinaczki, oczywiście w dzikim upale. Święta droga rozpoczyna się od agory, w kolejnych wiekach przebudowanej i przemianowanej na rzymską, gdzie można było się zaopatrzeć w wota i podarunki godne Apolla, wyroczni, a na pewno kapłanów.

    Zresztą motyw ofiar materialnych jest zdecydowanie motywem przewodnim. Święta droga prowadzi wśród skarbców wybudowanych przez poszczególne państwa miasta, w których składano wota przed i po wszelkich wyprawach i wojnach, zwłaszcza zwycięskich. A, że Apollo nie był stronniczy, przyjmował podarunki bez względu na to, która armia akurat odniosła zwycięstwo. A podarunki dawano z rozmachem - a to 800 kg srebra i złota, a to kilkudziesięcio- metrową kolumnę, a to replikę konia trojańskiego. Najciekawsze, że ze wszystkich budowli skarbiec Aten zachował się najlepiej, z czego wynika, że na materiałach też nie oszczędzano.

    Za to ze świątyni Apolla niestety zachowało się jedynie sześć kolumn, i kamienna podłoga. Kolumny dumnie wzbijają się w niebo, ale trochę szkoda, że tylko tyle zostało z najważniejszej swego czasu obiektu sakralnego. Nie ma śladu po wyroczni, nawet tabliczki pokazującej: tu (prawdopodobnie) przepowiadała.

    Jest za to omphalos, kamień środka antycznego świata. Tzn jest jego replika, bo autentyk przeniesiono do muzeum poniżej kompleksu świątynnego.

    Mimo, że pielgrzymka kończyła się w świątyni Apolla, powyżej antyczni dobudowali amfiteatr, na 5000 widzów, prawdopodobnie żeby czcić Apolla nie tylko modlitwą, ale i czynem. A jeszcze kilkadziesiąt metrów wyżej - stadion. Na 6500 widzów, którzy przybywali oglądać igrzyska Pytii. Jak widać, Apollo doceniał wiele przejawów zaangażowania i pobożności.

    Stadionu niestety nie da się zobaczyć, podobnie jak świątynia Ateny jest w remoncie. Można za to oglądać autentyczne fragmenty płaskorzeźb, kolumn i fasad odkopanych w świątyni i skarbcach, i przeniesione do muzeum. W większości wytarte na gładź, bezimienne twarze, bezgłowe i jednonogie korpusy, zupełnie niepojęte, jakim cudem zostało ocenione, że ta noga, np, należała do Hermesa, a ten kawałek tuniki, do, dajmy na to, Ateny.

    Tym niemniej, miejscami, żywioły zupełnie losowo oszczędziły kamienne wzory, i można docenić kunszt i detal, przynajmniej we fragmentach. I tak właśnie coraz bardziej żal, że tylko szczątki wielkości się zachowały, okruchy dokładności i kunsztu włożonego w budowle i zdobienia, i z wielowiekowej potęgi zostało pięć potrzaskanych kolumn, wytarte płaskorzeźby, no i skarbiec.
    Read more

  • Bezdroża i zaułki

    June 21 in Greece ⋅ ☀️ 22 °C

    Malowniczość: +100. Adrenalina:+500.
    Tak w skrócie można podsumować nawigację po Grecji z GPSem.
    Znacząco mniejszy współczynnik malowniczości wynika z wysokiego poziomu tła, przede wszystkim poza miastami (które, nawiasem mówiąc, są paskudne, trzymamy się więc od nich z daleka).

    Natomiast dla GPSa zarówno plątanina uliczek, jak i polne drogi stanowią algorytmową przeszkodę nie do pokonania. Jeśli przejeżdżając otrzesz sobie z obu stron lusterka, przewrócisz doniczkę, zrzucisz komuś pranie i wystraszysz kota, ale wg algorytmu zaoszczędzisz 20m, tak właśnie poprowadzi. Jeśli na polnej drodze, która miejscami jest, ale głównie jej nie ma, a do tego stworzona została zapewne przez traktory, nie ma ograniczenia prędkości, algorytm twierdzi, że tędy właśnie jest najkrócej i najwygodniej. Co ciekawe, zanim człowiek w pętli zadecyduje, że to nie był dobry pomysł, jest już za późno, i trzeba, z adrenaliną +500 i na szczęście rydwanem ubezpieczonym od wszystkiego, jechać dalej.

    Aż do zaskoczonego stada owieczek i równie zaskoczonych pasterzy, którzy przypatrują się z niedowierzaniem, jak gdyby właśnie zobaczyli UFO, ale grzecznie pozdrawiają, na wszelki wypadek (wiadomo, do szaleńców trzeba być na wszelki wypadek grzecznym).

    I tak 3km… aż do domku w ośrodku narciarskim :-) Kto i gdzie tutaj jeździ na nartach, trudno orzec, wyciągu nie znaleźliśmy. Jest za to cała wioska, prawie alpejska, z rozlicznymi domkami, sklepami narciarskimi, serwisami… to się nazywa optymizm w dobie globalnego ocieplenia :-). Jesteśmy w końcu na zawrotnej wysokości ~1000 mnpm.

    Pod nami Arachova, flagowy ośrodek narciarski-żeglarski, choć do morza, jak i do szczytów, równie daleko. Za to malowniczość już +300, w naszej ocenie.

    Zostawiamy Arachową za rufą rydwanu i pędzimy drogą szybkiego ruchu wśród gajów oliwnych, z widokiem na akwedukt i na morze, całe 50 km na godzinę (to w końcu nie droga polna, tu grecka drogówka zaleca ostrożność. W dodatku może na nas wyskoczyć dzik) w kierunku Peloponezu..

    Jeszcze przystanek, żeby złapać oddech po tym zapierającym w piersiach wyścigu, w Nafpaktos, nad brzegiem Cieśniny Korynckiej, przed obłędnym zawieszonym mostem, jednym z najdłuższych w Europie (choć z tym kwantyfikatorem to jak przy wodospadach, każdy jest naj…) i zdecydowanie nieprawdopodobnie malowniczym.

    Naupaktos, jak je drzewiej nazywali, położone strategicznie prawie jak Portsmouth, przechodziło z rąk do rąk od czasy wojen peloponeskich. Efekt - niezwykła architektura, port wenecki, zamek, łaźnie otomańskie, pomnik upamiętniający ostatnią bitwę galer wiosłowych i przegląd kafejek nad wybrzeżem i w podcieniach starych murów.

    Do zamku i łaźni niestety nie udaje się dotrzeć. Zapobiegając rozpuszczeniu się decydujemy podjechać rydwanem, i tu GPS polega całkiem na tarczy, plątanina uliczek + roboty drogowe inspirują algorytm do wysyłania nas w ciąg wąskich uliczek pod prąd (na szczęście nie tylko nas), każdy kolejny skręt w kierunku zamku zablokowany, aż w końcu na tarczy lądujemy i my, poddając się i wracając na drogę niezbyt szybkiego ruchu - ale za to z przepięknym mostem.

    +300 do malowniczości, adrenalina - 100 co najmniej, albo nawet mniej, w dzikim upale…
    Read more

  • Olimpia: jak zachwyca, jeśli nie zachwyca??

    June 23 in Greece ⋅ ☀️ 30 °C

    No, może trochę zachwyca, zwłaszcza, jeśli przyjmiemy, że rządzi tu kult Hery, ale głównie irytuje odrzuconą szansą zachowania splendoru i wielkości miejsca.

    Podobnie, jak w Delfi, muzeum, i stanowisko archeologiczne. Podobnie, w muzeum opisane i odtworzone eksponaty - może opisane w trochę nudny sposób, ale względnie wiadomo o co chodzi.

    Natomiast w samej antycznej Olimpii postawiono na rozrzucone kamienie. Jeśli któraś kolumna się ostała, niech sobie stoi, ale reszta - przewróciła się, niech leży. Antyczni potrafili odbudowywać i rekonstruować w 4 w p.n.e. a teraz…. Niech leży. I rozpada się dalej. A turyści niech się cieszą, że mogli wejść do takiego znanego, historycznego miejsca, i niech się sami przed wejściem przygotują na to, co chcą zobaczyć (dokładniej, którą hałdę gruzu). Bo z tabliczek opisujących trudno wywnioskować cokolwiek, z wyjątkiem odkopane w dajmy na to 1913 roku przez dajmy na to Rajmunda Totumfackiego. Nie ma nawet informacji gdzie rozpalany jest ogień olimpijski, i trzeba samodzielnie pytać Google czy chatGPT :-(i próbować identyfikować konkretne kamienie w terenie :-(.

    aaaaaaaarg, czy jak tam w antycznej Grecji pomstowali.

    A miejsce samo w sobie jest przepiękne, rozległe, mieści kilka świątyń, w tym główną Świątynię Zeusa, z której odtworzono jedną kolumnę (czyli da się!), i mimo, że postawiono schodki, w teorii umożliwiające podejście do poziomu świątyni, na wszelki wypadek zablokowano je sznurkiem, Więc z świątyni Zeusa ogląda się przede wszystkim rumowisko, wsród którego ewidentnie widać elementy pozostałych kolumn. Nic tylko pozbierać, odtworzyć rozmach i atmosferę świątyni teraz, i zachować dla przyszłych pokoleń.
    Gdybym była Zeusem, to dopiero tu porządnie bym się wkurzyła.

    Jest za to dużo lepiej zachowana Świątynia Hery - Heraion, jeden z najstarszych budynków w Olimpii, dużo wcześniejsza, niż świątynia Zeusa. Patronuje też stadionowi, na którym co cztery lata odbywały się igrzyska żeńskie na cześć Hery właśnie. A w czasach współczesnych, to przed nią właśnie, oczywiście, rozpalany jest ogień olimpijski. Najwyraźniej historia uznała Zeusa za uzurpatora, i zachowała dla potomności świątynię właściwej bogini. Hmmm, irytacja na na roztrzaskane kolumny jakby lekko blednie ;-).

    Do tego Palestra, łaźnie greckie, z sauną, pokaźniej przerobiona na Heroon, czyli pokój bohaterów, łaźnie rzymskie, Leonidaion (biura i urzędy), łaźnię dla tychże, Theikeēon (pomieszczenia dla kapłanów i skrybów), kwatery Nerona, zamknięte dla zwiedzających, i warsztat Fidiasza, jako jedyny w części zrekonstruowany, i oddający klimat dawnych epok. I kilkanaście innych budowli, z których pozostało naprawdę niewiele.

    A niezależnie od świątyń i budynków administracyjnych, część sportowa - Stoa, rząd kolumn przez który chodzili atleci, stadion, i hipodrom.

    Olimpia spokojnie mogłaby zapierać dech w piersiach, zamiast budzić (zapewne zamierzone) nostalgię, melancholie, i, produkt poboczny, dla niektórych, irytację.
    Read more

  • Mykeny - kiedy światem rządził Posejdon

    June 25 in Greece ⋅ ☁️ 30 °C

    500 lat przed Zeusem, niebem, ziemią i morzem władał Posejdon, wspólnie z Boginią - Matką.
    Nie wznoszono im świątyń, tylko czczono w sali tronowej pałacu, albo w domowych świątyniach.
    Król był półbogiem, i zarazem najwyższym kapłanem (najwyraźniej nie zawracano sobie głowy konfliktem interesów), a bohaterów, królewskich lub militarnych, chowano w olbrzymich grobowcach przypominających gigantyczne ule.

    Pierwsze zapiski (!!!) pismem linearnym pochodzą z 1600 lat p.n.e., a figurki wotywne różnią się od tych 1000 lat młodszych tylko tym, że wykonano je z gliny. Zresztą, zachowane są podejrzanie dobrze, podobnie jak ceramika i biżuteria. Albo Posejdon chronił swoich wyznawców od katastrof geologicznych i innych, albo nie różnią się pochodzeniem od tych w sklepiku muzealnym ;-).

    Zgodnie z legendą, Mykeny założone zostały przez Perseusza, syna Zeusa, który do budowy murów ponoć zatrudnił Cyklopów. Choć zachowały się tylko resztki ścian, budowa i rozmach nadal imponują, ucieleśniając legendę. W gigantycznych grobowcach głos niesie się dźwięcznym echem, a cień przemykającego pod ścianą psa przyprawia o dreszcze.
    Charakteru dodaje idylliczne położenie pałacu mykeńskiego, wśród łagodnych pagórków zapełnionych gajami oliwnymi i pomarańczowymi, gdzie horyzontu strzegą potężniejsze wzgórza. Widok z komnat musiał cieszyć oko władcy i dworu :-).

    Zaskakuje nie tylko zaawansowanie artystyczne Mykenczyków, jak donoszą mapy w muzeum, królestwo miało również niesamowity rozmach ekonomiczny. Handlowano nie tylko z najbliższymi wyspami, czy wzdłuż wybrzeży Morza Śródziemnego, ale też z ludami bliskiego wschodu, a nawet z Brytami i Wikingami (czy kto to tam żył 1600 lat p.n.e.).

    Aż do XII w p.n.e… Kiedy to kultura mykeńska gwałtownie się załamała, do dziś nie rozstrzygnięto, z jakich powodów. Być może klimat gwałtownie się zmienił, być może nastał głód albo żeglarze przywlekli epidemie. Jak podają legendy, upadek mógł zacząć się od Atreusza, syna Pelopsa, który przez przypadek (???) nakarmił swojego brata jego własnym potomstwem, co, zupełnie niezrozumiale, ściągnęło na Mykeny gniew bogów, i klątwę tegoż brata. Potem potoczyło się już gładko. Syn Atreusza, Agamemnon (tak, ten od Troi), został zamordowany po powrocie przez własną żonę, i jej kochanka. Oreos, syn Agamemnona, zamordował w odwecie matkę i kochanka, przez co, a jakże, ściągnął na siebie gniew bogów i musiał uciekać do Aten. I tu chyba Posejdon nie zdzierżył , bo syn Oreosa, Tisamenos, został zabity przez Ateńczyków z synami Heraklesa, co zakończyło cywilizację Myken.
    Hmmmm. Kulturalnie byli rozwinięci, społecznie chyba nie do końca…

    Tak czy inaczej, erę po upadku kultury mykeńskiej nazywa się wiekami ciemnymi, z których cywilizacja musiała ponownie odrodzić się właściwie od zera - choć wiernie kontynuując estetykę mykeńską, mimo upływu tak wielu stuleci.
    Read more

  • Nafplio, pierwsza stolica nowożytnej Grecji

    June 26 in Greece ⋅ ☀️ 32 °C

    Miał być już tylko wypoczynek nad morzem, i pełen relaks.
    Ale nic nie da się poradzić, jeśli na Peloponezie każda najmniejsza wioska przesiąknięta jest historią i mitologią - tu ruiny cytadeli, tu świątynia Apollo, a tam, na wzgórzu, o, świątynia Hery. I relaks z pływaniem w morzu zostaje odwieszony na kołku, a zaczyna się eksploracja lokalna.

    Naplio to jedna z takich właśnie niespodzianek, i ciekawostek o których podróżując dowiadujemy się na miejscu :-).
    Jak się okazuje, Nafplio, założono jeszcze w okresie późnomykeńskim, choć już kilkaset lat po rodzinnej serii morderstw w samych Mykenach.

    I od czasów mykeńskich dzielnie pełniło funkcje obronne, przechodząc z rąk do rąk, i kolekcjonując warownie, fortece i zamki od antyku, przez czasy weneckie, bizantyjskie, otomańskie, aż do ustanowienia tam pierwszej nowożytnej stolicy Grecji, na początku XIX w. Na kilka lat tylko co prawda, ale tablica oznaczająca granice miejskie chwali się tym do dziś.

    Tak więc na otaczających wzgórzach góruje forteca Palamidi (wenecjanie) od strony morza Naplio jest bronione przez malutki fort Bourtzi, dumnie zwany fortecą na skale, a nad starym miastem wznosi się Acronauplía, najstarsza z fortec, budowana stopniowo od antyku do współczesności, z wieżą zegarowa dorzucona przez w XIXw przez króla Ottona w i szpitalem wojskowym też w XIX w, ale już po rewolucji greckiej. Jednak naprawdę liczy się dobra lokalizacja!

    A w starym mieście oczywiście malownicze uliczki i zaułki, pełne kafejek, restauracji i sklepików z rękodziełem, zalana słońcem promenada nad brzegiem morza, i dziesiątki jachtów, motorówek i statków wycieczkowych, dla których najwyraźniej Nafplio nie było całkowitą tajemnicą.
    Read more

  • A jednak relaks :-)

    June 26 in Greece ⋅ 🌙 29 °C

    Wpis krótki, bo i rozpisywać się nie ma o czym :-).

    Domek na urwisku, nad samym morzem, strome schody, część prawie jak starożytne kamienne ruiny, część skrzypiące wysmagane żywiołami drewniane stopnie. Malutka kamienna plaża w zatoczce, żaglowce i Nafplio po drugiej stronie zatoki.

    Morskie fale, czasem lekko za mocne, słone i z białymi grzywami od wiatru.

    Słońce. Rodzina albo dwie kotów. Pełen relaks.
    Read more

  • Ostatni przejazd wzdłuż wybrzeża

    June 27 in Greece ⋅ 🌬 32 °C

    Na upływający czas nie ma mocnych, ale staramy się wykorzystać ostatnie chwile do maksimum.
    W planie Teatr w Epidauros, wybudowany w świątyni Asklepiosa, kanał koryncki, i świątynia Apolla w Koryncie. A pomiędzy widoki nadmorskie i plaże - idealne zakończenie wyprawy po Helladzie.

    Widoki zdecydowanie są. Droga prowadzi dokładnie wzdłuż wybrzeża, miejscami tuż przy plaży, tak że pada na nią cień trzcinowych parasoli, czasem po klifie kilkaset metrów powyżej, z którego rozciąga się obłędną panorama. No chyba, że akurat rosną chaszcze, wtedy to nie.

    Pierwszy przystanek kończy się lekkim rozczarowaniem. Otóż teatrów w Epidaurosach jest co najmniej dwa, i ten, do którego koniecznie chcieliśmy dojechać, z widokiem prosto na morze, jest niestety zamknięty. W dodatku, choć za siatką, to ewidentnie jest w ciągłym użyciu, a nowoczesne reflektory i materiałowe poduszki na kamiennych siedzeniach uroku nie dodają, a wrażenie zdecydowanie psują. Dlatego dla ilustracji tematu dodajemy zdjęcie z amfiteatru w Larissie ;-).

    Za to Kanał Koryncki zdecydowanie zachwyca. Dojazd do niego prowadzi przez akurat dość paskudne przedmieścia, z betonowymi kostkami, pustostanami, i opustoszałymi stacjami benzynowymi z końca ubiegłego wieku. Wchodząc na most nad kanałem trochę się człowiek zastanawia, po co tu jest, gdy nagle, po kolejnym kroku, otwiera się vista na strome, kilkudziesięciometrowe skalne ściany, i w głębi oślepiająco błękitną wodą kanału, po której suną, chyba tylko do dodania uroku, śnieżnobiałe zagłówki i promy, mikroskopijne z tej wysokości. Dokładnie jak na obrazkach, tylko w rzeczywistości dużo bardziej przejmująco.

    Centrum Koryntu jest za to olśniewająco białe, zastanawia, czy wydano tu jakieś odgórne rozporządzenie, czy też samoistnie wszyscy budowali na biało. W połączeniu z błękitem morza robi to naprawdę duże wrażenie, choć współczesny Korynt architektonicznie niespecjalnie przekonuje. Za to z Koryntu antycznego, do którego trzeba dotrzeć oczywiście znowu przez ścieżki pomiędzy ogródkami działkowymi, została Świątynia Apolla, oczywiście, głównie kolumny, i antyczne kamienie w ziemi. Tak czy inaczej, ładne, i bardzo odpowiednie na zakończenie naszej antycznej wycieczki.

    Jeszcze plaża w Porto Rafti pod Atenami, oddanie rydwanu do Centaura, i już możemy podjąć nierówną walkę z systemem awiacji greckiej, jeszcze bardziej niezorganizowanym dla lotów startujących z Hellady.
    Read more

    Trip end
    June 27, 2026