• Stany skupienia wody

    October 9 in Portugal ⛅ 16 °C

    Nie chciały przyjść chmury do Mahometów, to przyszli Mahomeci (?) do chmur.

    W Funchal pełne słońce, ocean błyszczy się, migocze i lśni głębokim błękitem, a my wspinamy się uliczkami jedna za drugą, a każda kolejna coraz bardziej stroma. Na szczęście nie wypożyczonym autem, bo kto wie co by się ze sprzęgłem stało ;-).
    Na zboczach tysiące bananowców, (swoją drogą, czy Madera to republika bananowa? Uprawowo na pewno się kwalifikuje, bananowce rosną tu na każdym zboczu, w ogrodzie, pod wiaduktem, w każdej szczelinie i w każdym rowie), a my suniemy wzdłuż oceanu, na zachód, tą droga którą wczoraj nie było wolno.

    Mijamy bezpieczny przejazd przez środek wyspy, i dopiero po kolejnych 20 km skręcamy na północ, a jakże, ostro pod górę. Wysokości przybywa (szybko, tu również nie wierzą w serpentyny i łagodne podjazdy), temperatura spada, a chmury kłębiące się oczywiście nad wierzchołkami przybliżają. Już są na wyciągnięcie ręki, już pod nosem, i już zanurzamy się w nie całkowicie. Prognoza pogody: max 11•C i deszcz. A przed nami 11 km po zalesionych górach, z oczekiwaniem na zapierające dech panoramy na punktach widokowych.

    Nasz kierowca ma bardzo nietęgi wyraz twarzy kiedy nas wysadza w środku lasu w pełnej mgle, my patrzymy na niego z niepokojem, bo ma teraz te 1500 m do zjechania po śliskiej drodze z górki na pazurki. Bariera językowa uniemożliwia podzielenie czy pomnożenie zmartwień, każdy oddala się więc we własną stronę, w pełnym przekonaniu że poradzi sobie bez problemu.

    Krajobraz jest cichy, (bardzo) mokry, i zamglony. Woda kapie z drzew, zmienia ziemię w błoto, i oblepia nas szczelnie mokrą chmurą. Zakładamy kurtki, wyciągamy kijki, i zagłębiamy się w bardzo pierwotny, i bardzo tajemniczy las. Co prawda nie jest to folderowy las wawrzynowy Fanal, ale atmosfera mglistego, cichego pustkowia jest całkiem niesamowita, i jeszcze potęgowana warunkami aury. Nie zdziwiłoby nas, gdyby zza obrośniętych mchem, poskręcanych konarów i pni drzew, albo spomiędzy mokrych, nisko wiszących gałęzi, wynurzył się Herne, albo jaki Drzewiec (choć dla drzewca byłoby cokolwiek ciasno).

    Mitologicznych stworów jednak brak, a my schodzimy ostrożnie, kijek za kijkiem, noga za nogą, głębiej i głębiej w mokrą i mglistą zieloność. Co i rusz szlak przegradzają zwalone pnie drzew, a ściany urwisk porośnięte są gęstym dywanem mchu i jakichś traw, po których spływa, kapie i pryska woda.

    Im niżej, tym bardziej pierwotny szlak przypomina dżunglę. Omszałe drzewa przerastają olbrzymie paprocie, rododendrony (sądząc po liściach), i masa splatanych krzewów.
    Chmury na chwilę się rozstępują, jak na zawołanie - bo akurat przed nami krótkie przejście po otwartym zboczu, z widokiem z jednej strony na Sao Vincente (tak, to samo co wczoraj) a z drugiej na dolinę otoczona zielonymi górami, zupełnie jak z Ameryki Południowej.

    Kolejne strome zejście po mokrym lesie, i dołączamy do szlaku lewad, czyli wodnych kanałów, przeprowadzających wodę z deszczowej północy na wyschnięte południe (i plantacje bananowe). Sieć lewad zaczęto wykuwać w XV w, ręcznie, w skale, oczywiście olbrzymim kosztem ludzkim. Łączna długość sieci ma bagatela lekko ponad 3000km, z czego 40 km to tunele. Wykute ręcznie. W bazaltowej skale…
    Wzdłuż lewad prowadzą szlaki górskie, częściowo bardzo wygodne, i bardzo widokowe, z obłędnymi wodospadami, może i nie najszerszymi, ale spadającymi z niebotycznych zboczy w których są wykute lewady. A czasami wąskie na 30-40 cm półki skalne, w rzeczonych tunelach, nierówne, jak kocie łby, i częściowo zalane wodą skapującą nieustannie z mokrych ścian.

    Wrażenie niesamowite - i dżungla, i urwiska, i lewady, i nawet, a może właśnie dodatkowo, mgła i siąpiący deszcz.
    Read more