• 4 x 8 nog
  • Wojtek Polak
  • 4 x 8 nog
  • Wojtek Polak

Lewady, wulkan i wino z prądem

A 7-day adventure by 4 x 8 nog & Wojtek. Read more
  • Trip start
    October 6, 2026

    Spacer nocny i spacer dzienny

    October 6 in Portugal ⛅ 19 °C

    A oba nad Atlantykiem :-).

    Ale zanim do spacerów dojdziemy…

    Madera to tytułowe akwedukty (lewady) i wzmocnione wino, a także klify, baseny w zagłębieniach lawy, bajkowe miasteczko Funchal ( wymowa fun - ciao :-)), wędrówka trasą górską z jednego końca wyspy na drugi (z zachodu na wschód, albo jeśli ktoś woli, z północy na południe, obie przecinające się okolicy najwyższego szczytu Pico Ruivo i oczywiście wybrzeże Atlantyku. Całe 150 km. Zatoczki i groty wzdłuż wybrzeża. Delfiny i wieloryby. A także jeden z 13 (????) najpiękniejszych ogrodów botanicznych na świecie, do którego dociera się kolejką linową. Trasa 25 źródeł ( i wodospadów). Wodospad spadający prosto na szosę biegnącą wzdłuż wybrzeża. Unikalne, wiecznie zielone i mgliste lasy wawrzynowe. A my przyjechaliśmy tu tylko na 5 dni….

    Będzie intensywnie :-). Ale na wstępny wieczór tylko spacer nad oceanem, i po najbliższych uliczkach, tętniących życiem mimo późnej pory. Trudno się dziwić - balsamiczne 25•C, wiatru w zasadzie nie ma, łódki spokojnie kołyszą się na wodzie obiecując przygodę, kelnerzy zapraszają do barów, tawern, pijalni soku, winiarni, piwiarni i restauracji. Pachnie morzem i grillowaną rybą. A nad oceanem zbierają się ciemne, deszczowe chmury. Zaraz, zaraz. Podobno na Maderze rzadko pada deszcz?? Czyżby to właśnie na naszą cześć?
    Tak czy inaczej, będzie intensywnie :-).

    Dzień wita nas pełnym słońcem :-). I cudownie, bo w planie jest oglądanie delfinów i wielorybów o poranku. Najpierw tylko wyspowe śniadanie (a menu śniadaniowe jest bardzo bogate), kremy przeciwsłoneczne i kapelusze, i już jesteśmy gotowi na podbój oceanu (przybrzeżnego).

    My jesteśmy gotowi, ale łódka nie… najpierw nie możemy jej namierzyć - przebiegamy nabrzeże tam i z powrotem wytężając wzrok, co jest wysiłkiem dość płonnym, jako, że łodzi stoi setki, a my nie wiemy jak się nasza nazywa. My biegamy, a pogoda się zmienia, warstwa chmur nad wzgórzami coraz grubsza, coraz ciemniejsza. Może dzięki ochłodzeniu w końcu zmieniamy strategię i odnajdujemy właściwą budkę firmy od łódki. Po przeciwnej stronie mariny. Tyle, że pustą. Uruchamiamy nasze umiejętności zwiadowcze, i nie tylko udaje się nam poznać nazwę łódki (Gaviao), imię właścicielki (Ann), lokalizację łódki, (po przeciwnej stronie mariny), ale też skontaktować z właścicielką. Która biega wzdłuż mariny ze zwrotem przeciwnym, w poszukiwaniu nas ;-).
    Okazuje się, że nasz rejs został odwołany, o czym powiadomiono nas mailem, którego nie dostaliśmy. My przepraszamy, że jesteśmy późno, i że nie dostaliśmy maila. Ann przeprasza, że musi odwołać, i że nie dostaliśmy maila. Po 15 minutach wzajemnego przepraszania się ustalamy, że można wyprawę przełożyć na popołudnie.

    Wszystko dobre, co się dobrze kończy :-). Delfiny zaczekają, może deszcz przejdzie (bo czarne chmury przedarły się już przez szczyty wzgórz nad Funchal, i kapelusz dawno stał się całkowicie zbędny), a my wracamy, już w tempie turystycznym, spacerem wzdłuż wybrzeża.
    Przed nami fort z 1600 roku, malownicze uliczki zastawione autami parkującymi wśród donic z kwiatami, palmy, i kolorowe małe domki, które może i są w stanie lekkiego rozpadu, ale za to wyrażają artyzm w grafitti na każdych drzwiach.
    Witaj Madero!
    Read more

  • Flora i fauna Madery

    October 7 in Portugal ⛅ 20 °C

    A może Funchal??

    Tak czy inaczej, zmieniamy plan dnia (jest to zdecydowana zaleta, może w zasadzie jedyna, planowania na gorąco) i po krótkiej dyskusji (spacer czy gondola) wyjeżdżamy na szczyt Monte (600 m przewyższenia, == 600 m n.p.m.) gondolką. Zamiast zalanej słońcem panoramy zalewają nas potoki deszczu i mgły; na pewno jest to wyjątkowe doświadczenie na Maderze.

    I zaraz na wstępie zagwozdka. Bo ogrodów botanicznych są dwie sztuki. I jak tu wybrać, który jest tym jednym z 13 najpiękniejszych na świecie. Internet z pomocą AI upiera się, że ogród tropikalny jest bardziej spektakularny, więc mimo solidnych podejrzeń, że chodziło o ten drugi, wybieramy tropiki. Do osądzenia przez tych, którzy przyjdą po nas zostawiamy, czy słusznie.
    Pogoda zdecydowanie pasuje do ogrodu tropikalnego, takiego z lasu deszczowego. Ciepło (27•C, parno, i kapie - albo z nieba, albo z liści). Trochę jak w dżungli w Peru - dużo chaszczy, wielkie drzewa, trochę kwiatów. Ogród wygrywa spektakularność raczej położeniem, i obszarem, niż różnorodnością roślin. Przeważają palmy (trzeba przyznać, różne rodzaje, głównie mające różne pnie), trochę wawrzynów (olbrzymie, nie mieszczą się w obiektywie), oliwki - ponad tysiącletnie, z pniami o średnicy ponad metr, podobno sadzone przez Rzymian (?? Rzymian tu nigdy nie było), sekwoje (?????), i australijskie drzewa paprociowe. Które wyglądają jak palmy, i dopiero jak się człowiek przyjrzy, to widzi, że korona jest z paproci, a nie liści palmowych.

    Z fauny są karpie, piękne, dorodne, i kolorowe, jedna kaczka, dwa łabędzie, stado flamingów i wyłysiałe, chore pawie zamknięte w ptaszarni (podobno dlatego, że chore. Ale być może chore, dlatego, że zamknięte).

    Wrażenie na pewno poprawia malowniczość krajobrazu, obłędny widok na ocean, i aranżacje kulturowe - a to ogród japoński (i wystawa tematyczna „Przygody Portugalczyków w Japonii”, a to szlak rzeźb z Zimbabwe. No i absolutnie rewelacyjna, choć nieduża, wystawa minerałów (głównie z Brazylii (???)).

    Ogólnie lekko sen pijanego artysty, albo encyklopedia kolonializmu, ale spacer całkiem sympatyczny. W podsumowaniu - warto zobaczyć (chyba, że jednak wybór pada na 1 z 13, bo to raczej nie ten).

    Kompromisowy spacer odbywamy w dół, i zdecydowanie jest to wybór poprawny (jest jeden, jeszcze lepszy, wrócić gondolką). Droga z tych 600 n.p.m. prowadzi w dół, prosto jak strzelił, dystans 2.5km. Można sobie łatwo nachylenie obliczyć, dla tych, którym się nie chce, podsumuję: bardzo, bardzo stromo. Tak, że ma się wrażenie, że nogi zaraz spod człowieka uciekną, i potem już będzie tylko turlikanie z górki na pazurki, bez szansy na zatrzymanie przed oceanem. I spektakularne plum na koniec. Koniec wieczysty.

    Udaje się nam na szczęście utrzymać we względnym pionie, i na zakończenie dnia ruszamy jachtem szukać fauny morskiej, konkretnie delfinów i wielorybów, jak obiecują foldery i szyldy wszystkich przewoźników wzdłuż nabrzeża.

    Nasz kapitan co prawda zastrzega, że jedne i drugie to dzikie zwierzątka, i albo będą, albo nie, i na wszelki wypadek poi nas wzmocnionym winem, pewnie, żeby utrzymać w dobrym nastroju. I tak jest cudownie, chmury kłębią się nad wzgórzami, a nad morzem pełne słońce, gładka tafla ocenami, delikatna bryza (tak delikatna, że grot został rozstawiony tylko pro forma). Pełny błogostan. I nagle - są. Jedne i drugie. Wieloryby i delfiny. Razem, choć to się w zasadzie podobno nie zdarza (ale to przyjmujemy ze szczyptą soli, bo załoga opowiada nam że te wieloryby (pilot whales) są tylko tu, koło Madery, i nigdzie indziej na świecie. 1 gatunek o liczebności ~150 sztuk.). Potem odczytujemy, jak to z nimi naprawdę jest (po pierwsze pilot whales to są delfiny, tylko duże. Po drugie te koło Madery rzeczywiście są prawie udomowione, i nigdzie się stąd nie ruszają, ale co roku przypływają do nich w gości inne z całego świata. Reszta gatunku :-D. No i pojedyncze młode osobniki czasem wypuszczają się na Kanary, przenosząc ładunek genetyczny, jak do przerwania gatunku trzeba.
    Ale to później. Na razie zachwycamy się bliskością zwierzątek, przodujemy uchwycić je w obiektywie, próbujemy rozpoznać, które są które (po płetwach grzbietowych, bo reszty prawie nie widać. Magiczne 15 min, warte całego dnia polowania :-).

    A potem już tylko kąpiel w Atlantyku (woda ma jakieś 24•C, pełny luksus, zupełnie niesamowite!). Powrót przy zachodzącym słońcu. Więcej Madeiry na uczczenie delfinów. I główki portu, oświetlone milionem światełek na wzgórzach, i port wypełniony melodią z gitar, grających gdzieś na brzegu.
    Read more

  • Kratery oceaniczne

    October 8 in Portugal ☀️ 20 °C

    Jedna z wczorajszych rozmów naszych z załogą, na pokładzie Gavião (po kilku godzinach, kiedy już wszyscy zdążyliśmy się zbratać) przebiegała tak:
    - to gdzie tak dokładnie żyją delfiny, tylko na południu wyspy?
    - no nie, one pływają dookoła, ale tylko tutaj zabieramy wycieczki.
    -????
    - bo na północy ocean jest rozkołysany, wiatry silne, i żeglowanie jest sportowe, dla takich, którzy umieją to robić, i cieszy ich adrenalina, jak np ja, a nie tak jak wy, dla relaksu i w zasadzie bez pojęcia :-D

    Tu widzę jak mój mąż ma na końcu języka: młody człowieku, potrzymaj mi maderę :-).

    Nie było wyjścia, dziś wybraliśmy się na północ wyspy.

    Najpierw przeprawa z wypożyczalnią samochodów - którzy bardzo, ale to bardzo chcieli nam pomóc, i zarobić, ale najlepiej, żebyśmy wypożyczyli automat (choć już nie mają na stanie), zrobili kurs obsługi sprzęgła, absolutnie nie jeździli pod górę ani z góry (??? Na Maderze to lekko trudno, a po Funchal w ogóle nie da się), zdecydowanie nie jechali wybrzeżem, jak już koniecznie musimy, to tylko doliną przez środek wyspy, a jeśli zobaczymy na drodze kamienie albo krowy to mamy natychmiast zawrócić i wracać.

    Po dłuższej dyskusji udało się wydębić Skodę fabię, auto jak na Maderę luksusowe i XL, i ruszyliśmy na północ. Oczywiście zaraz za pierwszym skrzyżowaniem ostro pod górę, ale był wybór albo tak, albo wzdłuż wybrzeża, wśród bojowych krów.

    Droga całkiem niesamowita, (bardzo wygodna, pozbawiona krów i kamieni) prowadzi dnem doliny przecinającej wyspę, z niemal pionowymi zboczami po obu stronach. Trudno uwierzyć, że jest naturalna, tak dogodnie stwarza warunki transportu północ- południe. Zbocza strome, wysokie, porośnięte palmami, pnączami, zaroślami, zasnute mgła i mokre deszczem, przywołują klimaty Indiany Jonesa, tylko patrzeć, jak wynurza się z nich jakieś ruiny - albo wroga ekspedycja. O górach będzie więcej już od jutra, więc nie ma sensu się rozpisywać, ale zdecydowanie robią olbrzymie wrażenie.

    A na północy ocean rzeczywiście jakby bardziej wzburzony, fale szarpane wiatrem rozbijają się o przybrzeżne skały, ciemne chmury wiszą nad urwiskami - klimat dla prawdziwych twardzieli.

    Ale my, na przekór żywiołom, przywozimy ze sobą słońce, i krajobraz dramatyczny zamienia się w zachwycającą dziką przyrodę. Wzgórza pokryte tarasami, zupełnie jak na południu, tylko, że tu hoduje się winogrona, a na południu - banany. Na zboczach co i rusz malowniczy wodospad, a po wspięciu się widać urokliwe miasteczka - Sao Vincente, Seixal i Porto Moniz. Te dwa ostatnie z obłędnymi basenami wulkanicznymi w zestalonej bazaltowoczarnej lawie.

    Bo Madera to tak naprawdę jest wulkan. Jak się dowiadujemy, tarczowy, czyli nie wybuchający gwałtownie, tylko powoli sączący lawę niskokrzenionkową, która niespiesznie rozlewa się po dużej powierzchni. I tworzy Maderę. Albo Olympus Mons. A na Maderze - rzeczone rewelacyjne baseny, w których można zażywać kąpieli w wodzie oceanu, wśród poszarpanych skał magmowych.

    Więc jednak relaks a nie adrenalina :-D
    Read more

  • Stany skupienia wody

    October 9 in Portugal ⛅ 16 °C

    Nie chciały przyjść chmury do Mahometów, to przyszli Mahomeci (?) do chmur.

    W Funchal pełne słońce, ocean błyszczy się, migocze i lśni głębokim błękitem, a my wspinamy się uliczkami jedna za drugą, a każda kolejna coraz bardziej stroma. Na szczęście nie wypożyczonym autem, bo kto wie co by się ze sprzęgłem stało ;-).
    Na zboczach tysiące bananowców, (swoją drogą, czy Madera to republika bananowa? Uprawowo na pewno się kwalifikuje, bananowce rosną tu na każdym zboczu, w ogrodzie, pod wiaduktem, w każdej szczelinie i w każdym rowie), a my suniemy wzdłuż oceanu, na zachód, tą droga którą wczoraj nie było wolno.

    Mijamy bezpieczny przejazd przez środek wyspy, i dopiero po kolejnych 20 km skręcamy na północ, a jakże, ostro pod górę. Wysokości przybywa (szybko, tu również nie wierzą w serpentyny i łagodne podjazdy), temperatura spada, a chmury kłębiące się oczywiście nad wierzchołkami przybliżają. Już są na wyciągnięcie ręki, już pod nosem, i już zanurzamy się w nie całkowicie. Prognoza pogody: max 11•C i deszcz. A przed nami 11 km po zalesionych górach, z oczekiwaniem na zapierające dech panoramy na punktach widokowych.

    Nasz kierowca ma bardzo nietęgi wyraz twarzy kiedy nas wysadza w środku lasu w pełnej mgle, my patrzymy na niego z niepokojem, bo ma teraz te 1500 m do zjechania po śliskiej drodze z górki na pazurki. Bariera językowa uniemożliwia podzielenie czy pomnożenie zmartwień, każdy oddala się więc we własną stronę, w pełnym przekonaniu że poradzi sobie bez problemu.

    Krajobraz jest cichy, (bardzo) mokry, i zamglony. Woda kapie z drzew, zmienia ziemię w błoto, i oblepia nas szczelnie mokrą chmurą. Zakładamy kurtki, wyciągamy kijki, i zagłębiamy się w bardzo pierwotny, i bardzo tajemniczy las. Co prawda nie jest to folderowy las wawrzynowy Fanal, ale atmosfera mglistego, cichego pustkowia jest całkiem niesamowita, i jeszcze potęgowana warunkami aury. Nie zdziwiłoby nas, gdyby zza obrośniętych mchem, poskręcanych konarów i pni drzew, albo spomiędzy mokrych, nisko wiszących gałęzi, wynurzył się Herne, albo jaki Drzewiec (choć dla drzewca byłoby cokolwiek ciasno).

    Mitologicznych stworów jednak brak, a my schodzimy ostrożnie, kijek za kijkiem, noga za nogą, głębiej i głębiej w mokrą i mglistą zieloność. Co i rusz szlak przegradzają zwalone pnie drzew, a ściany urwisk porośnięte są gęstym dywanem mchu i jakichś traw, po których spływa, kapie i pryska woda.

    Im niżej, tym bardziej pierwotny szlak przypomina dżunglę. Omszałe drzewa przerastają olbrzymie paprocie, rododendrony (sądząc po liściach), i masa splatanych krzewów.
    Chmury na chwilę się rozstępują, jak na zawołanie - bo akurat przed nami krótkie przejście po otwartym zboczu, z widokiem z jednej strony na Sao Vincente (tak, to samo co wczoraj) a z drugiej na dolinę otoczona zielonymi górami, zupełnie jak z Ameryki Południowej.

    Kolejne strome zejście po mokrym lesie, i dołączamy do szlaku lewad, czyli wodnych kanałów, przeprowadzających wodę z deszczowej północy na wyschnięte południe (i plantacje bananowe). Sieć lewad zaczęto wykuwać w XV w, ręcznie, w skale, oczywiście olbrzymim kosztem ludzkim. Łączna długość sieci ma bagatela lekko ponad 3000km, z czego 40 km to tunele. Wykute ręcznie. W bazaltowej skale…
    Wzdłuż lewad prowadzą szlaki górskie, częściowo bardzo wygodne, i bardzo widokowe, z obłędnymi wodospadami, może i nie najszerszymi, ale spadającymi z niebotycznych zboczy w których są wykute lewady. A czasami wąskie na 30-40 cm półki skalne, w rzeczonych tunelach, nierówne, jak kocie łby, i częściowo zalane wodą skapującą nieustannie z mokrych ścian.

    Wrażenie niesamowite - i dżungla, i urwiska, i lewady, i nawet, a może właśnie dodatkowo, mgła i siąpiący deszcz.
    Read more

  • Szlaki otwarte, szlaki zamknięte

    October 10 in Portugal ⛅ 13 °C

    Ci, którzy czytają uważnie, pewnie zauważyli, że nasza wczorajsza trasa prowadziła cały czas w dół. Dokładniej, z Bica da Cana, 1600 m n.p.m. do Encumeada, 900 m n.p.m. A jak wiadomo, w górach jeśli się zeszło, to potem trzeba się wspinać… na 1850 m n.p.m., ale dla utrudnienia, nie z 900 tylko z 519 m n.p.m.

    Te dodatkowe 400 metrów to niekoniecznie dla sportu, ale z powodu zamknięcia części szlaku :-(. Nie tylko zaburzyło to nasz plan przejścia drogi od wybrzeża do wybrzeża, ale wymogło na nas połączenie wędrówki z przejażdżką - musimy przemieścić się taksówką do Cantinho do Urzal, skąd zaczyna się PR2, kolejna bardzo malownicza, ale też i bardzo stroma, trasa. Mijamy więc po raz kolejny Sao Vincente, i wspinamy się przez urokliwą Boaventurę do Canthino. Słońce pięknie przygrzewa, po uliczce przechadzają się bardzo zaaferowane koty, tropiące lokalną zwierzynę (zapewne jaszczurki), a my wyruszamy w drogę.

    Od razu pod górę, bez żadnej rozgrzewki, tzn rozgrzewamy się w zasadzie błyskawicznie, mijamy uprawy winorośli nad wsią, i zanurzamy się w las. Znowu ciemno, znowu tajemniczo, może lekko mniej mokro niż wczoraj, ale na pewno upiornie duszno. Noga za nogą, bez chwili wytchnienia, metr za metrem w górę. Omszałe drzewa, pnącza, paprocie, są nawet olbrzymie skrzypy. Omszałe są również skalne zbocza, i schody, wykute dla ułatwienia, czy też utrudnienia wędrówki.

    Wreszcie, po 5 km, docieramy na przełęcz, gdzie łączą się cztery szlaki, łącznie z tym zamkniętym, otwiera się widok szczytów na południe, a szlak prowadzi dużo bardziej odsłoniętym zboczem. Krajobraz jest zupełnie niesamowity, nie tylko przez przetaczające się nad nami, i przez nas, chmury, nie tylko przez sterczące kikuty spalonych drzew, ewidentnie świadków gigantycznego pożaru, ale same formy skalne są całkowicie fantastyczne. Wierzchołki układające się w potwora z Loch Ness, gigantyczne piramidy z naturalnymi tarasami, całe płachty zboczy pokryte jednolitym dywanem porostów, gładkich jak obrus, a do tego wulkaniczne ściany, wyglądające całkowicie jak zrobione przez człowieka, o długości niekiedy kilkudziesięciu metrów - pełna rewelacja.

    Samo Pico Ruivo spowite jest gęsta mgła, zostawiamy więc ostatnie 100 metrów wspinaczki na jutro, z nadzieją na słoneczną panoramę, z horyzontem wytyczonym oceanem opływającym Maderę.

    Przy Pico też gwałtownie zmienia się zagęszczenie populacji - od rana na szlaku spotkaliśmy może z 10 osób, z czego 7 na skrzyżowaniu szlaków, a tu nagle tłumy jak na Krupówkach. Szlak też jest dostosowany do popularności, zamiast śliskich ścieżek w błocie po kostki, przykrytych warstwą rozkładających się liści, brukowana ścieżka, może nie za szeroka, ale na pewno dużo wygodniejsza :-). My na szczęście tym bulwarem mamy tylko kilometr, do schroniska, przed którym jak się okazuje wybudowano słusznej wielkości parking, w chwili obecnej wypełniony taksówkami, czekającymi na zdrożonych turystów. Może to jest forma turystyczna, typowa dla Madery? Taxi- wędrówki??
    Read more

  • Z górki na pazurki

    October 11 in Portugal ☁️ 15 °C

    Budzimy się przed świtem. W sam raz, żeby podziwiać twardzieli, którzy ruszają na szczyt oglądać wschód słońca. I w zasadzie bez poczucia winy, przewracamy się na drugi bok - przed nami i tak dzień wyczynowy.

    Już od wczoraj słyszymy, za każdym razem, kiedy prezentujemy dzisiejszą marszrutę, „do Ilhy? Uuuuu, to będzie stromo. Baaaaardzo stromo. Na pewno czujecie się na siłach??”. Więc trochę z duszą na ramieniu sprawdzamy osprzęt, plecaki, kolana, biodra i decydujemy jednak wygodnie dospać ile się da.

    Zwłaszcza, że przed uuuu jak stromym zejściem, chcemy jeszcze zdobyć Pico Ruivo, z nastawieniem na słoneczną panoramę. I rzeczywiście. Słońce praży od rana, chmurki - obłoczki leniwie przetaczają się po niebie, gęste deszczowe chmury dopiero zbierają się nad oceanem, a mgły jeszcze śpią w dolinach.
    Z okna roztacza się obłędny widok na centralny masyw Madery (nie mylić z masywem centralnym we Francji :-) Google myli…), wulkaniczne, czarne skały, sterczące poszarpanym grzbietem w niebo, które dziś będziemy oglądać w każdym ujęciu.

    Droga na Pico Ruivo ze schroniska, a właściwie z parkingu pod schroniskiem, gdzie po raz pierwszy i jedyny sprawdzają skrupulatnie przez nas wykupione bilety (osobne na każdy odcinek szlaku, z dokładną do 30 min godzina wejścia na szlak -!!!- czysty idiotyzm, kiedy trasa łączy kilka odcinków), prowadzi oczywiście bulwarem.
    Ale, potrzymaj mi maderę, bardzo szybko udaje się nam znaleźć odbicie w bok, które choć nieoznaczone, wyraźnie rozpoczyna ciekawszy szlak. Dodatkowo do Pico Ruivo zdobywamy więc bezimienny szczyt, mijając po drodze myśliwego ze strzelbą i psem ( jak jest po portugalsku „nie jestem dzikiem”???) - trudno wyczuć, na co polującego, bo ze zwierzyny są tu wyłącznie miniaturowe jaszczurki i ptaszki w porywach wielkości wróbli. Na samym szczycie mija nas także szalony biegacz, potwierdzający, że tak, tędy właśnie też prowadzi szlak, i znikający za załomem, gdzie wita nas via ferrata. Szczątków biegacza nie namierzyliśmy, chyba więc dotarł bezpiecznie do celu.

    A na Pico Ruivo oczywiście tłum (tu widać potrzebę wejścia obiletowanego), przepiękna panorama, widok na grzbiet centralnego masywu w unoszących się chmurach, i na naszą wczorajszą trasę.

    Wzmaga się wiatr, chmury nadchodzą, zaczynamy więc nasze uuuuuu, jak strome zejście.
    I co tu dużo mówić - mieli rację. Czy po otwartym zboczu w paprociach i skrzypach, czy przez ciemny, nastrojowy las z powykręcanymi drzewami, czy przez skalny wąwóz, czy przez lewady, całkiem zarośnięte paprociami, że ścieżka tylko właściwie hipotetyczną, do których kierują nas przewodnicy z przypadkowo napotkanego klubu górskiego, jest stromo. Nieustannie, bez chwili oddechu, bez wypłaszczenia. Z górki na pazurki, ślizgając się po błocie, liściach, kamieniach, korzeniach, a na koniec przez moment, chyba najbardziej,po drodze betonowej przykrytej cienką warstwą błota. Jest bardziej śliska niż lodowisko, a do tego pochyla… Klub górski nie tylko wskazał przyjemniejszą drogę, ale zapewne uratował nas przed skomplikowanymi złamaniami…

    I to już koniec. Na trzęsących się jak galareta nogach zamawiamy bolta (kontynuacja opcji taxi + wędrówka), i wracamy na południe wyspy, na ostatni wieczór nad oceanem, z obiadem w lokalnej restauracji i wzmocnionym winem.

    Żegnaj Madero, jeszcze tu wrócimy!
    Read more

    Trip end
    October 12, 2026