Polaki z o.o. Marta - mama, llama llama, podroznik, Wojtek - tata, yak llama, podroznik, Mieszko - wedrowniczek, alpaca llama,13 lat Maya - wedrowniczka, vicuna llama,11 lat Message
  • Day5

    Oszukani przez pogodę

    July 27 in Italy ⋅ ⛅ 17 °C

    A w zasadzie prognozę pogody. Wczorajszy wieczór zakończył się wśród burz, dzisiejszy poranek obudził nas rzęsistym deszczem i mgłą. A w prognozie pogody zapowiedź burz od 2 po południu. Więc choć niebo przetarło się z porannego deszczu i mgły decydujemy się jedynie na krótką, dwugodzinną wycieczkę po najbliższej górce. I z tęsknotą spoglądamy na panoramę otaczającą nas z każdej w zasadzie strony. Rzeczywiście, chmury i to dość ciemne, przetaczają się po szczytach, grożąc ulewą, ale w efekcie spada na nas zaledwie mały deszczyk, a zapowiadane burze nie tylko nie następują ani w naszej, ani w okolicznych dolinach, ale znikają również ze wszystkich stron z prognozą pogody. I w ten właśnie sposób spędzamy pogodne popołudnie bezpiecznie grając w Terraformację Marsa przy kuchennym stole, zamiast w sławie i chwale zdobywać szczyty.Read more

    Traveler

    Great photos

    7/30/22Reply
     
  • Day4

    Aklimatyzacja że świstakiem

    July 26 in Italy ⋅ ⛅ 18 °C

    Nasz wynajęty domek został przez nas wszystkich zgodnie okrzyknięty chatką Harrego Pottera - od wejścia wygląda bardzo niepozornie, tak, że kilka razy czytamy opis gospodarzy "Wasze mieszkanie jest na najwyższym piętrze po prawej". Jakim piętrze??? Jakiej prawej??? Tu przecież będzie co najwyżej jedna izba...W środku jednak chatka zakrzywia przestrzeń i mieści trzy duże mieszkania, nasze istotnie pod samym dachem, i z fantastycznym widokiem z okna. Do tego dostępu bronią 4 znaki zakazu wjazdu, które z duszą na ramieniu (ale słusznie) ignorujemy, docierając do celu po coraz węższych i bardziej stromych dróżkach. Domek, jak wszystkie inne w okolicy, jest przyklejony do stromego zbocza, i pod naszym balkonem rozpościera się w zasadzie przepaść. Na wypadek pożaru do balustrady przyczepiona jest zwinięta metalowa drabinka, do opuszczenia zapewne w rzeczona przepaść. Liczymy na to, że nie będzie trzeba z niej skorzystać.

    W ramach aklimatyzacji wyruszamy na pobliski szlak, i to, jak prawdziwe mieszczuchy, krzesełkiem prawie na sam szczyt, aż wstyd się przyznać. Za to ze szczytu prowadzi szlak przez głazy i kosodrzewinę, który pozwala się nam na chwilę oddalić od centrum turystycznego - i nieoczekiwanie spotkać ze świstakiem! Niestety, na horyzoncie zbierają się czarne chmury, a w prognozie pogody zapowiadali burze - na dzisiaj odgwizdujemy więc koniec wycieczki, choć panorama gorzkich szczytów wabi i zachęca do wędrówki.
    Read more

    Traveler

    looking good

    7/27/22Reply
    Traveler

    keep walking

    7/27/22Reply
    Traveler

    very sweet

    7/27/22Reply
     
  • Day3

    W obozie Marka Aureliusza

    July 25 in Germany ⋅ ☀️ 33 °C

    A w zasadzie spotkanie ze wspomnieniami po Marku Aureliuszu.
    Zupełnie poza planem, zainspirowani zdjęciami z Wikipedii, decydujemy się zawinąć do Regensburga, który, jak się okazuje, jest jednym z największych zachowanych średniowiecznych miast, z 1500 autentycznymi budynkami i statusem dziedzictwa UNESCO.
    Na początek (oczywiście!!) restauracja, tym razem włoska, z pizzą o średnicy ponad pół metra, która została zaakceptowana jako "porządne włoskie jedzenie w Niemczech" przez naszego lokalnego znawcę. Ale i tak podobno ranking słabszy, niż porządne niemieckie jedzenie....
    Upał niestety nadal obezwładnia, na szczęście zabytkowe uliczki są na tyle wąskie, że zapewniają cień. Regensburg nie rozczarowuje, kamieniczki nie tylko zabytkowe, ale starannie odnowione. Jest i panorama ze starego kamiennego mostu (AD circa 1200, nazwany zgodnie ze słynnym niemieckim polotem i rozmachem "Stary Kamienny Most"), i koncert na wiolonczelę i pianino, i Dunaj, odpowiednio majestatyczny.
    A na dodatek, poniekad zgodnie z tematem naszej wyprawy, ślady imperium - brama ustawiona za czasów Marka Aureliusza, prowadząca do obozu jednego z legionów Armii rzymskiej, datowana na AD 179. I zgodnie z przysłowiowym niemieckim pragmatyzmem, wkomponowana w bardziej współczesne mury.
    Zdecydowanie warto odwiedzić - najlepiej w ramach wyprawy z biegiem Dunaju po stolicach europejskich. Regensburg stolicą państwa co prawda nie jest, ale był pierwszą stolicą Bawarii, a do tego podpisano tu rozwiązanie Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, więc status ma zdecydowanie wystarczająco historyczny.
    Read more

  • Day3

    Kemping nad rzeką Naab

    July 25 in Germany ⋅ ☀️ 25 °C

    I zaczęły się prawdziwe wakacje. Zaraz po obudzeniu, prosto z namiotu, myk popływać do rzeki. Albo, jeśli ktoś woli, na krzesełku z książką (wszyscy czytamy Mistborn, więc przy śniadaniu dodatkowo roztrząsamy allomancję i feruchemię (niewtajemniczonym polecamy bardzo, bardzo gorąco. Niełatwo jest nas zaskoczyć w świecie fantasy, ale Sandersonowi zdecydowanie się udało). A z rzeki korzysta każdy kto może, kajakarze, deskarze, poławiacze motyli i ważek - a dodatkową atrakcją jest pływanie z nurtem. Dla leniwych - spacerem w górę rzeki i wiuuu z prądem. A dla zawziętych, jak łososie i pstrągi, przeciw prądowi, i przeciw wrażeniu, że mimo wysiłku stoi się w miejscu :-).
    I taki relaks aż do południa, kiedy zbieramy się w drogę dalszą, do królewskiego miasta Regensburg, i dalej na naszą docelową przełęcz. Tylko zgrzyt - za kemping też nie da się zapłacić kartą, więc na zakończenie czekał nas rajd w mokrych strojach kąpielowych do bankomatu w pobliskiej mieścinie, żeby zdazyc odzyskać paszport przez zamknięciem recepcji. Trzeba rzeczywiście się przyzwyczaić na powrót do obiegu monetarnego...
    Read more

    Traveler

    beautiful wish we were there

    7/25/22Reply
    4 x 8 nog

    thanks Sue🤩

    7/25/22Reply
    Traveler

    have a great time

    7/25/22Reply
    3 more comments
     
  • Day2

    Rothenburg - miasteczko średniowieczne

    July 24 in Germany ⋅ ⛅ 28 °C

    Na dzień dobry zmiana podejścia do przejazdu przez Europę. Zamiast gnać do celu (jak Hannibal) postanawiamy podzielić przejazd na etapy, i zwiedzać malownicze miasteczka. Przystanek pierwszy - Rothenburg. Obłędnie malowniczy, tak, że mimo równie obłędnego upału (po wyjściu z klimatyzowanego auta upał 35C powala, na wszelki wypadek chowamy naboje z gazem pod auto i liczymy na cień) młodzież dzielnie zwiedza i nie marudzi (za bardzo). Na szczęście głównym punktem programu jest przejście po kompletnie zachowanych murach miejskich, które są pieknie zadaszone, i zacienione. Głównym, oczywiście oprócz zjedzenia w porządnej niemieckiej restauracji porządnego niemieckiego obiadu, a nie jakiegoś francuskiego badziewia - cytuję za znawcą tematu, czyli Mieszkiem "jedzenie jest najważniejsze". Okrążamy więc Rothenburg sumiennie, i uwieczniamy na tysiącach zdjęć. Intrygujące, oprócz panoramy miasta, są wmurowane cegiełki, jedna za drugą, z nazwiskami i lokacjami z całego świata. Zapewne na cześć szczodrych darczyńców. Ale na wielu z nich stoi wykute "1m", "5m", "11m". I tu zagwozdka - bo jeśli m to milion, to te mury po których chodzimy powinny być wykute w złocie. Chyba, że chodzi o wenezuelskie peso, na przykład. A w nagrodę za dzielność próbujemy zakupić lody, które kuszą dziesiątkami smaków. Niestety, okazuje się, że Rothenburg jak na miasto średniowieczne przystało, nie wdrożył płatności kartą...z powodu braku bilonu musimy obejść się smakiem, i, jak zaczasów rzymskich wyposażyć w gotówkę, której już prawie zapomnieliśmy jak się używa.
    A na zakończenie dnia - pierwszy w tym roku (i of niemal roku) nocleg na kempingu. Nad szeroką, powolnie płynąca rzeką, w której można do woli pływać, pod gwiazdami, i wśród ogłuszających świerszczy. Nawet sceptycznie nastawiona część drużyny (ale jak to, trzeba rozbić namioty???? A gdzie komitet powitalny????) przyznaje, że kempingi nie są takie złe, i że ogólnie, wakacje z rodzicami da się przeżyć ( to ostatnie ciągle jeszcze wymaga potwierdzenia).
    Read more

    Traveler

    What a wonderful trip, these photos remind us of Alsace although that was 50 years ago. Have a great time xx

    7/26/22Reply
     
  • Day1

    Przygotowania do wyprawy

    July 23 in England ⋅ ⛅ 22 °C

    Nie mamy co prawda słoni, ale i tak przygotowanie do wyprawy lekko nas zaskakuje. Chyba przez pandemię wyszliśmy z wprawy, bo mimo pobudki (prawie) skoro świt, konsekwentnie przekraczamy wszystkie planowane objętości, liczby toreb, sprzętu, i oczywiście planowane kolejne godziny odjazdu. Ale od początku - najpierw niełatwo było podjąć decyzję o tym, gdzie konkretnie chcemy pojechać. Wraz z odwrotem covida granice otwarte, a z tym możliwości podróży się rozmnożyły, ale na południu Europy pożary, na północy leje, na wschodzie wojna, a z zachodu właśnie chcemy wyjechać. Alpy jawią się względnie bezpieczną opcja - na tyle wysoko, że upał nie powinien nas niszczyć, a pożary dopaść, za to Google map przepowiada, że którąkolwiek drogą podążymy, będziemy się przedzierać przez setki kilometrów robòt drogowych. Alternatywą jest Norwegia - ale to dodatkowy 1000km, no i raczej słońca nie będzie, a do tego wyżywienie tylko we własnym zakresie, bez nastrojowych knajpek i restauracji w śródziemnomorskiej aurze. W rundzie finałowej sprawdzamy pogodę. W Alpach +33 - i leje. W Norwegii +13 - i leje. Całe dwa tygodnie. Za to w Portsmouth pogoda idealna, dwa tygodnie pięknego słońca i +25.
    Ignorujemy to, co uporczywie sugeruje nam wrzechświat, i decydujemy się wyruszyć w Alpy, szlakiem Hannibala, choć bez słoni, i w przeciwną stronę.
    I poniekąd nasza dzielność zostaje nagrodzona, gdyż pomimo dramatycznych opisów w wiadomościach, zapowiadających kilka do kilkunastu godzin opóźnień w dojeździe do Dover, i potem w czasie przekraczania granicy, do portu dojeżdżamy bez najmniejszych problemów, i okrętujemy się też błyskawicznie (choć nadal bez słoni).
    Read more

  • Day4

    Śladami króla Artura i nimf

    May 2 in England ⋅ ⛅ 13 °C

    Ostatni dzień wolnego, i przed nami 5h drogi powrotnej, ale nie od tego mamy k-owca, a nawet dwóch, żeby nam takie drobiazgi przeszkadzały w układaniu planu wycieczki z rozmachem. Na liście lądują Tintagel Castle, St Nectar Glen, baseny skalne w Loop i rybacka wioska w Polperro.

    Babcie, choć zaopatrzone w buty sportowe, żeby na pewno było wygodnie przemierzać kilometry, słuchają tych planów z lekkim niepokojem, ale dzielnie robią dobre miny do ambitnej gry. Zamek Tintagel jest łatwo dostępny - w zasadzie idzie się po płaskim, i w dół, do platformy widokowej. Jako, że sam zamek jest w całkowitej ruinie, odpuszczamy sobie wspinanie się na most i przebieżkę po wyspie, na której stoi. Ale, zamiast skorzystać z opcji wygodnego powrotu landrowerem, Babcie decydują wspiąć się na klif, w poszukiwaniu mocnych wrażeń zapewne, i satysfakcjonujących dusze widoków. Rzeczywiście, widoki są zdecydowanie warte wysiłku, i ryzyka nadwyrężenia kolan. Jak to na wybrzeżu wysp brytyjskich, z każdym krokiem niemal otwiera się nowy obłędny widok - a to piaszczysta zatoczka, a to skały sterczące z fal, w dodatku romantycznie zamglone, a to zupełnie nowa perspektywa na zamek. Trudno sie oprzeć, i wspinaczce, i robieniu tysięcy zdjęć. Robimy je zresztą wszyscy, zajmując gigabity na kartach komórek i aparatów, uwieczniając po wielokroć zupełnie te same widoki (ale każdy z własną artystyczną interpretacją!).

    Powrót jest zdecydowanie większym wyzwaniem, zwłaszcza że ścieżka jest stroma, kamienista, mokra i zdradliwa, a w perspektywie ostre podejście asfaltem w górę. Na szczęście obiecane landrowery materializują sią jak na zawołanie, i wymęczone, ale zadowolone Babcie w zachwycie pokonują ostatni odcinek w wielkim stylu, budząc dziką zazdrość wnuczek.

    I tu niespodzianka od K-owców (dwóch). Bo zamiast zarządzić powrót i koniec atrakcji po takim wyczynie, dają wybór - albo wodospady, albo kamienne baseny morskie. Wybór jest trudny, i w zasadzie sprowadza się do określenia, gdzie jest krótsze i łatwiejsze odejście. Zwyciężają wodospady (tylko pół godzinki po płaskim, a potem krótkie schody w dół w kontrze do. - w zasadzie nie wiemy jak długo trzeba będzie chodzić). I wszystko jest pięknie, aż do momentu, kiedy łagodna ścieżka wzdłuż strumyka zaczyna gwałtownie wznosić się w górę, który to fakt zupełnie k-owcom (dwóm) umknął. W oczach Babć pojawia się chęć mordu, a na pewno nie ponownego zejścia do wodospadu (już naprawdę super krótkiego, i łagodnego i po wygodnych schodkach, w relacji mówcy motywacyjnego naszej wycieczki). Jednak duch w drużynie jest wielki, i decydujemy się na ostateczny atak, w dół zjawiskowego wąwozu, gdzie uduchowieni zwiedzający pozawieszali setki wstążeczek, karteczek i wotów, a także poustawiali małe acz cieszące oko kurchaniki z otoczaków. Teorii na temat co inspirowało takie dekoracje jest kilka, od oceny, że były zawieszane żeby zapewnić sobie powrót w to miejsce (po schodach od wodospadu), aż do przekonania że są to ofiary dla Św Wojciecha, patrona k-owców, tzn wędrowców. Tak czy inaczej, w drodze w dół humory dopisują, a sam wąwóz i wodospad wynagradzają całą męczarnię dojścia. Ściany wąwozu, nie dość, ze majestatycznie wysokie i przytłaczające, są do tego porośnięte jakimiś kłączami, lianami i innymi wiszącymi wodorostami, czujemy się więc żywcem jak poszukiwacze zaginionej arki. Wszyscy bez zawahania zrzucajmy buty i skarpetki, żeby brodząc w lodowatej wodzie dotrzeć do jaskini z wodospadem, i w zasadzie nic już nie przeszkadza, ani zmęczenie, ani odrętwiałe i pokłute stopy. A k-owce dwa puchną z dumy.

    Jeszcze tylko wspięcie się w górę wąwozu, powrotne pół godzinki nad strumykiem do auta, i już można zdecydowanie oświadczyć, że wrażeń na dziś dość, i baseny i wioski rybackie muszą zaczekać na następną wizytę. Za to w nagrodzę za niebywałą dzielność i ofiarność wychodzi słońce, więc Kornwalia żegna nas w calej swojej krasie (i nawet Babcie zaczynają wspominać, że może by jednak tak zawinąć nad morze jeszcze raz...)

    A na pożegnanie, za nieocenionym googlem "Good Food Okehampton" zawijamy do The London Inn, w rzeczonym Okehampton. Jest to zdecydowanie local pub for local people, i na wejściu nawet zastanawiamy się czy nie zmienić opcji. Siwy dym, stół bilardowy, piwo i rzutki. Ale przemiła gospodyni już pamięta od progu, że dzwoniliśmy, ma dla nas stoliki, i karty z menu, decydujemy się więc zostać i dać im szansę. I rzeczywiście, nie tylko dziewczyny na zakończenie odkrywają miłość do bilarda, ale do tego jedzenie jest znakomite i bardzo szybko podane, niej słuchać, jak w telefonie wyjaśniają, że mają remont sali jadalnej, i bardzo przepraszają....

    Do zobaczenia Kornwalio!
    Read more

    Traveler

    don't fall

    7/25/22Reply
    Traveler

    Great photo

    7/25/22Reply
    Traveler

    🤣🤣

    7/25/22Reply
    Traveler

    like

    7/25/22Reply
     
  • Day3

    W ogrodzie Edenu

    May 1 in England ⋅ 🌧 11 °C

    Tym razem, nauczeni doświadczeniem jesteśmy tak zorganizowani, że bilety kupujemy już poprzedniego wieczoru, mimo zmęczenia, i fatalnego połączenia z internetem. Niestraszna nam prognoza pogody (bezustanny deszcz), w dużej mierze dlatego, że główna część Eden project jest osłonięta kopułami, zapewniającymi mikroklimat. Zupełnie nie odczuwając upływu czasu, zanurzamy się w gigantycznym ogrodzie botanicznym, najpierw w biomie śródziemnomorskim, a potem przechodzimy do tropików, gdzie stukot deszczu znakomicie wpisuje się w klimat lasów deszczowych.

    Na rozbuchaną roślinność jesteśmy przygotowani, natomiast dużym zaskoczeniem są wszechobecne ptaki, które na okrągło dają koncert, potęgując wrażenie. Do tego są tak przyzwyczajone do tabunów zwiedzających, że publiczność im zupełnie im nie przeszkadza, ani w poszukiwaniu robaków, ani w koncertowaniu, ani w pędzeniu życia rodzinnego. Wręcz patrzą z oburzeniem, jeśli muszą ustąpić miejsca jakimś wielkoludom również (bezczelnie) korzystającym z ich ścieżki.

    Dziewczyny, niespodziewanie, też są zachwycone ogrodami, i biegają jak szalone pomiędzy kopułami. W zasadzie nie ma się co dziwić, z każdego hmmm...no nie kąta, bo kopuły są przecież okrągłe, ale każdego zakątka zadziwiają przepiękne kwiaty, w zupełnie niesamowitych kolorach (choć głównie wszystkie odcienie czerwieni i błękitu), a rozmach i wielkość roślinności wprawia w osłupienie. Ale atrakcją nie do przecenienia okazuje się możliwość robienia sobie miliona zdjęć na tle w zasadzie wszystkiego, i zwabianie niczego się, przynajmniej początkowo nie spodziewającej reszty ekipy na most gdzie para bucha znienacka pokazując tworzenie chmur.

    Jeszcze tylko wspiąć się na podniebną, czy w zasadzie podkopułową platformę widokową, z premedytacją oszukując w zasadzie na wszystkich punktach BHP (czy bierzesz leki na nadciśnienie, czy masz lęk wysokości, czy przeszkadzają Ci wysokie temperatury....) - nie będziemy przecież poddawać się ograniczeniom, a ze schodów na platformę można w każdej chwili zawrócić. Albo, jeśli ktoś woli, zejść na czworaka, wyjaśniając, że to dopiero pierwszy raz w historii tak się przestraszył. Nic takiego na szczęście nie nastąpiło, i nasze oszustwa zostały nagrodzone natychmiast panoramą lasu tropikalnego.

    A na sam koniec - podniebna huśtawka, która daje potężny zastrzyk adrenaliny, zwłaszcza rodzicom, którzy się przyglądają z boku. Huśtawka wygląda niepozornie, ale okazuje się, że wygląd bywa mylący. Cała konstrukcja jest wyciągana bardzo, bardzo powoli, na wysokość 10m, i zwalniana gwałtownie, kiedy pasażerowie są odpowiednio psychicznie przygotowani (tzn ich nerwy napięte są do ostatnich granic). Wtedy następuje zwolnienie spustu i wiuuuuu z tych 10 metrów w przepaść. Oczywiście przy akompaniamencie wrzasków, i zachwycie oglądających. Czyli, kolejny sukces.
    Read more

  • Day2

    Południowym wybrzeżem na koniec Anglii

    April 30 in England ⋅ ☁️ 12 °C

    Plan wyprawy ustalamy jak zwykle zgodnie z prognozą pogody. A, że BBC uprzejmie donosi, że jedynie w dniu dzisiejszym będziemy widzieć słońce, wypada to niecodzienne w Kornwalii zjawisko wykorzystać. Planujemy zatem wycieczkę wybrzeżem szlakiem atrakcji turystycznych - Mount St Michael, Minnack Theatre, no i tytułowy Lands End. Tyle tylko, że jak się okazało plany należy konfrontować z rzeczywistością.
    Na przystanek pierwszy - Mount St Michael - udało się nam dotrzeć, zupełnie przypadkowo, w idealnym czasie, w czasie najniższego odpływu. Na wyspę, i pod klasztor, można było zatem dotrzeć łatwo i zupełnie suchą nogą. I...ani kroku dalej, bo wyspę zamknięto z powodu ślubu siostrzenicy właściciela wyspy. Powtórzę - wyspa, z opactwem i podegrodziem, ma prywatnego właściciela ...
    Pozostał nam zatem tylko spacer po plaży, z przeskakiwaniem strumyków i rzeczek (nie do końca udanym, ku uciesze kibiców), obgadywanie gości weselnych, i jedzenie pierogów kornwalijskich z widokiem na klasztor.
    Zwiedzanie przystanku drugiego, Minnack Theatre, czyli amfiteatru wykutego w skale z widokiem na ocean, zakończył się równie spektakularnym niepowodzeniem. Z parkingu, z nieziemską cierpliwością i iście angielskim opanowaniem odesłała nas pani kierująca ruchem. W zasadzie nie powinno nas tam być, bo od pierwszego skrętu tablice wielkie jak stodoła, że wstęp tylko za uprzednią rezerwacją. Za to wolno odwiedzić plażę nieopodal, a kto bardziej ambitny, powspinac się na coastal path, z przepięknymi widokami. Decydujemy się zatem odwiedzić plażę, a tu kolejna niespodzianka. Za parking przyjmowana jest opłata tylko w monetach, nie ma żadnej innej opcji. Co prawda, jak to w Kornwalii, nie ma ani zasięgu telefonu, ani internetu, więc ma to sens - ale co z tego, skoro dla nas to całkowicie nieosiągalne.
    Na szczęście, nieoceniona Ania nosi że sobą prywatny bank, i w dwudziestopensowkach uzbierała 2x£2.30.
    Plaża jest zupełnie obłędna, ze złotym piaskiem, i niebiesko-zielonym morzem, które mimo wczesnowiosenne temperatury wzywa (niektórych nawet skutecznie).
    Kiedy część ekipy rozgrywa intensywnie piłkę plażowa,babcie decydują się na spacer po klifach. I, ambitnie, zamiast szukać ścieżki opisanej jako ŁATWY DOSTĘP postanawiają zdobyć powyższe klify w ataku bezpośrednim. Mimo korzeni, głazów, pnączy i butów na koturnie. Wysiłek uwieńczony sukcesem, i nagrodą, jako, że z klifu otwiera się widok na kolejną zatoczkę, z jeszcze piękniejszą plaża, bardziej intensywnym morzem, i całkowicie bez dostępu. Jest to jakaś rekompensata za brak wizyty w amfiteatrze...
    I na koniec Lands End, gdzie jak twierdzi Maddie, są najwspanialsze lody, na które już od rana wszyscy ostrza sobie żeby. Ale zgodnie z motywem przewodnim dnia dzisiejszego - docieramy za późno, wszystkie sklepy i lodziarnie pozamykane, a do tego maszynka parkingowa domaga się 2x£3 w monetach, a tego już nawet portmonetka Ani nie pomieściła. Więc tylko galopem do brzegu,, zdjęcie południowo-zachodniego krańca Anglii, i uciekamy.
    Żeby całkiem nie stracić twarzy, dodajemy przystanek czwarty, St Ives, gdzie mamy nadzieję uda się kupić lody i kawę na zakończenie dnia. St Ives jest bardzo malownicze, lodziarnia otwarta, i nie tylko 37 smaków lodów, ale i kawa i lody bezmleczne. Za to dostępu broni sto stromych schodów przez wąskie zaułki, i stada żarłocznych mew, polujących (niestety, skutecznie) na rzeczone lody. Ale z pominięciem utraty jednej gałki lodów na rzecz mew, i utraty ducha przez część ekipy na widok schodów, udaje się odnieść sukces na zakończenie dnia i wycieczki, i wrócić do domu zdecydowanie z tarczą.
    Read more

  • Day1

    Wycieczka pełna znaczeń

    April 29 in England ⋅ ☁️ 9 °C

    Wycieczka nietypowa - po pierwsze, w zdecydowanie większym składzie, aż 10 osób, Szuberty z babcią Elą i my też z babcią - Kasią. Po drugie - bez Mieszka, który zainspirował się królową angielską, i zdecydował obchodzić 17 urodziny wtedy, kiedy jest najwygodniej, i pogoda dopisuje, czyli w maju, a w dodatku kiedy rodzice są oddaleni bezpiecznie o setki mil i nikt nie będzie monitorował zabawy. Po trzecie - to dla mnie przerwa pomiędzy starą i nową praca, całe 4 dni na zresetowanie systemu. A po czwarte, zatrzymujemy się w wypasionej chacie, a nie jak zwykle pod namiotem czy w przyczepie. Chata jest ogromna, 5 sypialni, dwa salony, dwie werandy - każdy może się zaszyć we własnym kącie, albo bawić w chowanego do woli. A gdyby było jeszcze mało, to dookoła grunty posiadłości, jezioro, strumień, las, i pewnie coś jeszcze, choć po ciemku nie widać.
    Więc tym razem ekskluzywnie, ale program jak zawsze wypełniony maksymalnie, więc dziś tylko laba i odpoczynek po długiej drodze, po coraz węższych dróżkach
    Read more

Join us:

FindPenguins for iOSFindPenguins for Android